Zorka napisała coś co mnie zatrzymało - że błędy które warto zostawić to nie to samo co błędy z których się uczysz. Ale jak ty to rozróżniasz w praktyce? Bo ja jak coś mi nie wychodzi to siedzę przy tym za długo i chyba właśnie to jest mój problem.
Seba mówi o pułapce i muszę powiedzieć że to jest jedno z trudniejszych rozróżnień jakie znam. Próbowałam kiedyś opisać sobie warunki w których daję sobie zgodę na odpuszczenie - i wyszło mi coś nieoczekiwanego. Że właściwie warunki zawsze można dopasować pod decyzję którą już podjęłam. Tzn. racjonalizuję albo wytrwanie, albo odpuszczenie, w zależności od tego czego bardziej chcę w danej chwili. To mnie trochę zszokowało wtedy.
Anastazja to jest szczere i dziękuję że to powiedziałaś. Bo ja też miałam moment kiedy zdałam sobie sprawę że moje 'analizy błędów' były w dużej mierze retrospektywnym uzasadnianiem tego co i tak chciałam zrobić. Teraz pytanie czy to jest zawsze zły znak, czy po prostu tak działa intuicja?
To co Zorka opisuje to jest klasyczny problem w każdym systemie wróżebnym. Interpretacja zawsze przychodzi przez filtr interpretatora. W horoskopach to samo - możesz wyciągnąć z jednego aspektu dwa zupełnie sprzeczne wnioski i oba będą brzmiały sensownie. Nie uważam żeby to dyskwalifikowało metodę, ale oznacza to że uczenie się z błędów jest bardziej skomplikowane niż 'co poszło nie tak i jak to naprawić'.
Przylaszczka mówi o dystansie czasowym i mnie to skierowuje na coś innego. Czy wy w ogóle wracacie do starych błędów? Bo ja mam dziennik i rzadko do niego wracam, a jak wracam to zazwyczaj przy okazji nowego błędu, nie systematycznie.
Mimoza pyta o powracanie do starych błędów i mam wrażenie że właśnie tu jest coś ważnego dla tematu tego wątku. Uczenie się iteracyjne, o którym Zorka napisała na początku, zakłada że błędy z przeszłości są materiałem dla przyszłości. Ale żeby tak działało, to ten materiał musi być dostępny w odpowiednim momencie, a nie archiwizowany i zapomniany. W tarocie mam to samo - widzę te same wzorce w powtarzających się rozłożeniach dopiero jak zestawię kilka sesji, nie w jednej.
Krysztal mówi o rozpoznaniu wzorca po kilku razach i to jest chyba bardziej uczciwe niż to co słyszę zazwyczaj - że praktykujący od razu wyciągają wnioski i rosną. To jest ta presja na wzrost o której wcześniej mówiłam. W rzeczywistości powtarzasz błąd kilka razy zanim w ogóle zorientujesz się że to jest błąd. I to jest normalne, ale rzadko się o tym mówi.
Onyksowa mówi że rzadko się o tym mówi i muszę potwierdzić z perspektywy run. Mam wrażenie że w każdej tradycji jest jakiś mit o praktyku który błąd widzi od razu i natychmiast go koryguje. A ja robię te same błędy w rzutach rún przez długi czas zanim coś kliknęło. I nie chodzi o techniczne pomyłki tylko o głębsze założenia z którymi podchodziłam do odczytu.
To co Saturnella opisuje jest dla mnie ważne bo pokazuje że część uczenia się z błędów wymaga kontaktu z innym człowiekiem. I mam mieszane uczucia co do tego w kontekście magii, bo to jest bardzo samodzielna praktyka. Rzadko kogoś wpuszczam do swojego rytuału czy do swojej analizy po fakcie. I zastanawiam się teraz czy to nie ogranicza mojego uczenia się.
Anastazja dotyka czegoś czego nie planowałam poruszać kiedy zakładałam ten wątek, ale może to jest jedno z ważniejszych pytań które z niego wynikają. Czy uczenie się z błędów w magii jest z natury samotne, czy potrzebuje rozmowy? I czy forum takie jak to jest jakąś odpowiedzią na ten brak, czy to zupełnie co innego?
Zorka zadała pytanie które mnie trochę zaskoczyło, bo nie spodziewałem się że dojdziemy do tego miejsca w tej rozmowie. Czy uczenie się z błędów w magii jest z natury samotne. I szczerze - myślę że to zależy od tego co rozumiemy przez błąd. Jeśli błąd jest techniczny, to można go omówić z kimś. Ale jeśli błąd leży głębiej, w tym jak interpretujesz sygnały albo co wnoszysz do rytuału emocjonalnie, to czy ktoś z zewnątrz w ogóle może to zobaczyć? Mam wątpliwości.
Seba pyta o rozłączność i to jest dla mnie serce całej tej dyskusji. Próbowałam to rozdzielać przez długi czas i doszłam do wniosku że to jest sztuczny podział. Błąd techniczny w izolacji prawie nie istnieje, przynajmniej nie w tym co robię. Zawsze jest jakaś warstwa pod spodem. Ale rozumiem dlaczego chcemy to rozdzielać - bo błąd techniczny jest bezpieczniejszy. Łatwiej przyznać że użyłam złego ziela niż że miałam w sobie coś co sabotowało intencję.
Trochę czytam i zastanawiam się - wy mówicie o kimś z zewnątrz kto patrzy na wasz rytuał albo na to co opisujecie. Ale co jeśli się nie ma takiej osoby? Bo nie każdy ma kogoś kto to rozumie w swoim otoczeniu. I co wtedy - forum? Czy to jest wystarczające?
Novaria mówi o tym co zdarza się w trakcie pisania i to rozpoznaję. Mój dziennik działa podobnie - nie po to żeby wrócić i czytać, ale po to żeby myśl musiała przybrać jakąś formę. To jest różne od myślenia o tym samym w głowie, bo mózg lubi chodzić w kółko po znajomych ścieżkach. Zapis wymaga innej precyzji.
Czytam to co piszecie i widzę że gdzieś po drodze wątek o błędach zamienił się w wątek o tym jak się z nimi komunikujemy - sobie i innym. I może to jest odpowiedź na moje pytanie. Że uczenie się z błędów nie jest z natury samotne ani wspólnotowe, tylko że do pewnego etapu można iść solo, a potem potrzeba odbicia w kimś innym. Tylko że - kto decyduje kiedy jest ten moment?
To jest pytanie które zakłada że mamy tę samoświadomość żeby wiedzieć że potrzebujemy odbicia. A Saturnella wcześniej pokazała że właśnie tego jej brakowało - nie wiedziała że jej założenie jest założeniem dopóki ktoś nie zadał pytania. Więc może nie decydujemy kiedy, tylko trafia się kiedy trafia.
Olek mówi coś co mnie uderza. Bo w magii mamy sporo rytuałów które mają stworzyć warunki dla czegoś, nie wymusić efekt. Może szukanie przestrzeni gdzie ktoś może nam zadać trudne pytanie działa podobnie - nie kontrolujesz co zostanie powiedziane, ale tworzysz warunki żeby w ogóle mogło paść.
Seba to porównanie mi się podoba bo pokazuje że to nie jest rezygnacja z intencji, tylko zmiana gdzie tą intencję kierujesz. Nie na gotową odpowiedź, tylko na otwartość na pytanie. Chociaż muszę powiedzieć że mi osobiście łatwiej powiedzieć to teraz niż faktycznie to zrobić kiedy jestem w środku błędu i wszystko boli.
Anastazja mówi o zmianie stosunku do dyskomfortu i to dla mnie jest bardziej konkretne niż większość rad które słyszę na ten temat. Chociaż zastanawiam się czy to nie jest za łatwe do powiedzenia a za trudne do zrobienia kiedy naprawdę siedzisz w tym. Czy tobie naprawdę to działa w momencie, czy raczej po?
Czytam ten watek od jakiegos czasu i mam pytanie troche z boku - czy wy kiedy mowicie o bledach to macie na mysli ze cos nie zadzialalo tak jak chcieliscie, czy ze zrobiliscie cos czego pozniej zalujecie? Bo dla mnie to sa dwie rozne kategorie i chyba inaczej sie z nimi wychodzi.
Dagmarka.pl wnosi coś czego faktycznie przez całą rozmowę nie rozróżnialiśmy. Błąd jako niedziałanie i błąd jako żal - to są różne stany i chyba wymagają różnej pracy. Z tym pierwszym możesz iść analitycznie, sprawdzić co technicznie nie zagrało, zmienić coś w kolejnym podejściu. Ale z żalem za intencją? To jest zupełnie inny poziom i nie wiem czy w ogóle da się to przepracować tym samym trybem co korektę techniczną.
Dagmarka pyta o rozróżnienie w trakcie i to jest dla mnie centralne pytanie tej rozmowy w ogóle. Ja przez długo czaas mieszałam to dokladnie tak jak opisujesz. Dopiero jak ktoś z zewnątrz zapytał mnie dlaczego żałujesz akurat tego, to zaczełam rozumieć że mój żal nie był o rytuał tylko o przekonanie które miałam zanim zaczełam. Rytuał tylko go odsłoniął.
Saturnella mówi o tym że nieprzewidywalność może być warunkiem a nie błędem i to zmienia trochę całą ramę tej dyskusji. Jeśli tak, to uczenie się z błędów nie jest jak debugowanie kodu. Jest bardziej jak... czytanie tego co wyszło, nie tego co miało wyjść. Ale to stawia inne pytanie - co robisz kiedy to co wyszło jest naprawdę trudne? Nie analitycznie trudne, tylko emocjonalnie?
Zorka pyta o emocjonalnie trudne i chcę do tego wejść z własnego doświadczenia. Miałam rytuał który odsłonił coś co potem długo siedziało. I zauważyłam że moja pierwsza reakcja była żeby to zamknąć, zapomnieć, uznać że się nie udało i ruszyć dalej. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałam że właśnie ta reakcja była ważniejsza niż sam wynik rytuału. Bo pokazała mi granicę której nie chciałam przekraczać.
ten test który opisuje Mimoza jakoś mi pasuje, chociaż bym go trochę inaczej nazwała. Dla mnie to jest kwestia czy jak o tym myslę to jest tam napięcie czy spokój. Jak jest napięcie to znaczy że coś wciąż czeka. Chociaż wiem że to brzmi prosto a wcale proste nie jest kiedy masz kilka rzeczy jednocześnie i nie wiesz które napięcie od czego pochodzi.
słucham tej rozmowy i trochę mi kręci się w głowie. Wy mówicie o rozpoznawaniu tego co czujecie po rytuale jakby to było coś do nauczenia się. A ja jak czegoś nie rozumiem to po prostu nie wiem co czuję bo nie mam żadnego punktu odniesienia. Jak wy to budowaliście, skąd wiedziecie co jest napięciem od rytuału a co po prostu codziennym stresem?
Seba opisuje coś co wraca w tej rozmowie kilka razy - że kluczowe pytania przychodzą przy okazji a nie kiedy ich szukasz. I zaczynam się zastanawiać czy to jest właściwość tej konkretnej pracy, tej magicznej, czy po prostu właściwość każdego głębszego uczenia się. Bo w innych dziedzinach które znam bywa podobnie. Najważniejsze rzeczy przychodzą kiedy jesteś skupiony na czymś innym i trochę zwolniłeś kontrolę nad tym co do siebie wpuszczasz.
