Zaczęłam ostatnio myśleć o Wielkich Arkanach trochę inaczej niż zwykle. nie jako o kartach do wróżenia, ale jako o pewnym porządku lekcji, przez które każdy przechodzi w życiu. Głupiec rusza w drogę bez doświadczenia, Mag uczy się używać tego co ma, Kapłanka mówi żeby zwolnić i słuchać intuicji... i tak dalej aż do Świata, który zamyka cykl. Zastanawiam sie, czy inne osoby też tak to widzą - że te 22 karty to jakby mapa rozwoju, a nie tylko zestaw symboli do odczytu? I drugie pytanie bo ktoś mi to ostatnio rzucił: czy można korzystać z tej struktury, lubić rytuał rozkładania kart, zapalania świecy, skupienia - i jednocześnie nie wierzyć w żadną duchowość za tym?
to ciekawe ujęcie ale muszę dopytać - kiedy mówisz "mapa rozwoju", to masz na myśli że każdy człowiek przechodzi przez te etapy w tej samej kolejności? Bo moim zdaniem to zbyt uproszczone. Nie ma jednej ścieżki ;). Ktoś może całe życie tkwić w energii Wieży i nigdy nie doświadczyć spokoju Gwiazdy. A co do drugiego pytania - myślę że odpowiedź jest prosta: forma rytuału i przekonania to dwie różne rzeczy. Jeden z lepszych tarocistów jakiego znam jest kompletnym ateistą.
Zgadzam się z Pogodnicą co do tej kolejności. Sam długo myślałem że to liniowa drabinka ale im więcej rozkładam, tym bardziej widzę te karty jako stany, nie etapy. Możesz byc w energii Pustelnika mając 25 lat i w energii Głupca mając 60. to nie jest kwestia wieku ani kolejności wydarzeń. Ale właśnie dlatego ta koncepcja "lekcji życiowych" mnie trochę niepokoi - czy nie upraszcza czegoś co jest z założenia nielinearne?
Ale właśnie to jest coś, o czym chciałam powiedzieć. Widzę u siebie coś takiego - te same Arkany wracają w kolejnych rozkładach przez długi czas, jakby temat się nie zamknął. Ostatnio co chwilę Koło Fortuny. Czy ktoś ma podobne doświadczenie z jedną kartą, która "prześladuje" przez dłuższy okres?
Wracając do pytania z pierwszego posta - kwestia rytuału bez duchowości. Sam od dawna stoję gdzieś w połowie. Lubię strukturę, lubię skupienie, lubię gest zapalenia świecy przed rozkładem. Ale nie przypisuję temu nadprzyrodzonego znaczenia. Dla mnie to bardziej jak rytuał przed ważną rozmową - myjesz twarz, siadasz wygodnie, bierzesz oddech. To przełącza tryb myślenia. Karty robią to samo - zmuszają do zatrzymania i spojrzenia na problem z boku. Więc nie widzę tu sprzeczności.
A ja mam pytanie do Nekromanty - jeśli to tylko zmiana trybu myślenia, to co dla ciebie znaczy że karta "się pojawiła"? Czy to jest dla ciebie przypadek, czy interpretujesz to jako jakiś sygnał? Bo właśnie tu mi sie robi niejasno we własnym podejściu... Lubię rytuał, ale potem sama siebie łapię na tym że traktuję wylosowaną kartę jakby coś mi odpowiedziała.
To co mówi Nekromanta to jest chyba najbardziej uczciwa pozycja jaką można zajść wobec tarotu. I tu wracam do wątku z pierwszego posta - lekcje życiowe z Wielkich Arkanów można czytać całkowicie świecko. Psychologia jungowska od dawna opisuje archetypy, które są identyczne z tym co widzimy na kartach. Jung pisał o cieniu, personie, anima - Wielkie Arkany to właśnie te wzorce ubrane w obrazy. Nie trzeba wierzyć w nic nadprzyrodzonego, żeby Kapłanka mówiła ci coś o twojej intuicji, którą tłumisz.
Tekla, muszę się tu wtrącić bo mam wrażenie że to podejście jungowskie jest ostatnio trochę nadużywane jako wytłumaczenie dla wszystkiego. Karty to karty, Jung to Jung. Można zauważyć podobieństwa, ale czy na pewno twórcy tarotu mieli archetypy Junga na myśli? no raczej nie, bo Jung żył kilkaset lat po powstaniu tarotu. Może te podobieństwa biorą się po prostu z tego że oboje - Jung i twórcy kart - sięgali do tego samego źródła, czyli wspólnej symboliki kulturowej?
Czytam tę rozmowę od początku i mam jedno pytanie które mnie trochę niepokoi. Jeśli ktoś używa tarotu tylko jako narzędzia psychologicznego i nie wierzy że za tym stoi cokolwiek poza własnym umysłem, to czy to w ogóle jest jeszcze tarot? Bo chyba pierwotnie te karty miały jakiś duchowy kontekst. Czy nie jest tak ze odcinając ten kontekst, robi się z tarotu coś innego niż on jest?
Mogę się wtrącić? Pracuje z kartami od dość długiego czasu i nigdy specjalnie nie zaprzątnęłam sobie głowy tym czy to "prawdziwy" tarot czy nie. Po prostu rozkładam, patrzę co widzę, i to działa. Dla mnie Wielkie Arkany jako lekcje życiowe to jest po prostu opis tego co przeżyłam - jak patrzę wstecz na różne okresy, widzę że pasują do konkretnych kart. Wieża to był rozwód, Gwiazda to pierwsze miesiące po nim. nie potrzebuję teorii żeby to widzieć.
To co Kazia opisuje to jest znany mechanizm - karty pokazują coś, ale interpretacja przychodzi dopiero gdy mamy kontekst. Pytanie czy to wada tej metody czy może właśnie jej cecha. Bo jeśli tarot ma być lekcją życiową, to może chodzi o to żeby rozumieć po fakcie, a nie przepowiadać?
Mam wrażenie że ta rozmowa cały czas kręci się wokół tego samego pytania - czy karta cokolwiek wie z wyprzedzeniem, czy tylko my wiemy po fakcie. Ale wracając do tytułu wątku - jeśli Wielkie Arkany są lekcjami, to kiedy właściwie ta lekcja sie odbywa :(? W trakcie rozkładu, przed wydarzeniem czy po?
Mam wrażenie że ta lekcja może dziać się na różnych poziomach jednocześnie. Kiedy rozkładam Głupca przed jakimś krokiem który chcę zrobić, to ta karta mówi mi jedno :). Kiedy wychodzi po - mówi coś innego. Ta sama karta, ta sama symbolika, a zupełnie inne pytania które ze mnie wyciąga. Może nie chodzi o to kiedy lekcja się odbywa, tylko ile razy możemy do niej wracać.
Dokładnie to samo rozumiem po swojej historii z Pustelnikiem. Na początku ta karta była dla mnie o samotności w sensie fizycznym. Potem o wewnętrznym wyciszeniu. Teraz jak ją widzę to myślę raczej o tym co pomijam kiedy jestem w hałasie... Karta się nie zmieniła, ja się zmieniłam.
Przy całym szacunku dla Waite'a warto wiedzieć że on sam sporo ukrył celowo i jego komentarze są miejscami niepełne. Ludzie piszący po nim - jak Eden Gray czy Rachel Pollack - rozwinęli znaczenia w kierunkach których Waite nie opisał. Więc ta "historyczna tradycja" jest bardziej żywa i wielogłosowa niż się wydaje...
Chciałam wtrącić coś praktycznego do tej dyskusji. Uczę sie z kart od dłuższego czasu i zauważam że niezależnie od tradycji, Wielkie Arkany mają pewną wspólną strukturę narracyjną - jest w nich jakaś podróż od nieświadomości do integracji. Głupiec na początku, Świat na końcu. I to jest ta "lekcja życiowa" o której mówi tytuł. Nie konkretna przepowiednia, ale archetyp procesu dojrzewania.
przepraszam że się wtrącam ale mam pytanko bo czegoś nie rozumiem. jak karta ma być takim "słownikiem" to czy każdy człowiek ma jakąś jedną kartę z Wielkich Arkanów która jest jakoś jego? serio bo słyszałam cos takiego że można obliczyć swoją kartę z daty urodzenia i to jest twoja "karta życiowa". czy to jest powiązane z tymi lekcjami?
ale jak wychodzi liczba większa niż 21 to co? na przykład mam urodziny w listopadzie i chyba za dużo cyfr mi wyjdzie 🙂
Z tym nakładaniem systemów trzeba ostrożnie, zgadzam się z Zisią. Ale warto rozróżnić dwie rzeczy - karta numerologiczna jako twój "stały profil" to jeden pomysł, a praca z Wielkimi Arkanami jako lekcjami w konkretnym czasie to coś innego. Jedno nie wyklucza drugiego, ale to nie jest ten sam typ pracy.
wracając trochę do tego co pisała Ewunia o podróży Głupca - mam konkretne pytanie. Czy ktoś z was realnie próbował pracować z Wielkimi Arkanami po kolei, jako sekwencją lekcji? Nie losowo, nie rozkładem, tylko właśnie: Głupiec przez tydzień, potem Mag, potem Kapłanka :(. Zastanawia mnie czy ta linearność ma sens w praktyce.
To co opisuje Kinia to jest ciekawy przypadek. no dobra karta jako kontekst dla decyzji, nie jako jej przyczyna. Dokładnie to mam na myśli kiedy mówię o karcie jako punkcie zaczepienia. Pytanie do Kini - czy przez ten czas jak siedziałaś z Magiem, robiłaś jakieś notatki, czy to było bardziej intuicyjne?
Czytam tę rozmowę i wciąż mam ten sam problem co wcześniej. Mówicie o lekcjach Wielkich Arkanów, ale każda z was opisuje coś innego. kinia ma Maga i sprawczość, ktoś ma Pustelnika i wyciszenie. Czy te "lekcje" nie są przypadkiem tym co sami do karty wkładamy, a nie czymś co karta nam daje?
Mam wrażenie że ta dyskusja o lekcjach i o tym co karta "daje" jest trochę podobna do dyskusji o symbolice w astrologii. Planeta nie "robi" czegoś człowiekowi, ale jej symbolika opisuje pewien archetyp. Wielkie Arkany działają podobnie - są archetypami, nie instrukcjami. Lekcja nie przychodzi z karty, przychodzi ze zetknięcia twojego życia z tym archetypem.
Chcę tylko doprecyzować jedną rzecz przy tej rozmowie o archetypach - Wielkie Arkany nawiązują mocno do tradycji hermetycznej i tam archetypy mają bardzo konkretne znaczenia, nie są dowolne. Jak mówimy że karta "daje lekcję", to ta lekcja jest osadzona w konkretnej tradycji filozoficznej. Świeckie użycie jest jak najbardziej możliwe, ale warto wiedzieć skąd te symbole się wzięły żeby nie gubić sensu.
Ale jest różnica między Dostojewskim a kartą tarota :D. Dostojewski napisał konkretny tekst z konkretnym zamysłem, możemy go badać historycznie. Karta tarota - no, skąd wiadomo co Waite "zamierzał" że ona znaczy? Znaczenia są ustalone przez tradycję, tak ale ta tradycja jest dość krótka i niejednolita.
Pozwolę sobie wejść z perspektywy astrologicznej bo czytam tę dyskusję o tym co karta "znaczy sama w sobie" a co "wkładamy". W astrologii mamy ten sam problem - symbole planet mają konkretne znaczenia od tysięcy lat, a mimo to każdy astrologer interpretuje je trochę inaczej. I nikt z tego powodu nie odrzuca astrologii jako systemu. Może to jest właśnie cecha systemów symbolicznych, a nie ich słabość?
Hej, a wracając do pracy sekwencyjnej bo mnie to naprawdę ciekawi - czy można to robić będąc kompletnym początkującym? czy trzeba najpierw znać wszystkie znaczenia żeby praca z jedną kartą przez tydzień miała sens? bo ja dopiero zaczynam i nie wiem czy wskakiwać od razu w taką praktykę.
