Cześć chcialam poruszyc temat ktory mnie ostatnio mocno gnębi. Jestem osobą wierzącą chodzę do kosciola, ale od jakiegoś czasu ciągnie mnie do tarota. Nie wiem jak to pogodzić. Z jednej strony karty dają mi jakies ukojenie i wrażenie że coś rozumiem ze swojej sytuacji z drugiej strony mam wyrzuty sumienia i czuję się jakbym robiła coś zakazanego. czy ktoś z was ma podobny dylemat? Jak sobie z tym radzicie? Zależy mi na tym żeby nie rezygnowac ani z wiary, ani z kart, ale za każdym razem kiedy siadam do rozkładu to ten niepokój paraliżuje mnie i nie mogę sie skupić. 🙂
To bardzo częsty dylemat i powiem ci szczerze że nie ma jednej odpowiedzi dobrej dla wszystkich. Zanim powiem co sama o tym myślę, chciałam zapytać: co konkretnie czujesz po takim rozkładzie? Czy ten niepokój pojawia się przed, w trakcie, czy dopiero po, kiedy masz czas żeby to przemyśleć?
To ściskanie przed rozkladem to nie jest wyłącznie kwestia religijna, to może być zwykły lęk przed tym co karty pokażą. Znam osoby, które wogóle nie sa wierzące w sensie kościelnym i też to czują. Pytanie do ciebie, Wanessa: skąd konkretnie bierze się to poczucie zakazu? Z jakichś konkretnych słów księdza, z rodzinnych przekonań, czy to bardziej twoje własne poczucie?
matko, wątek bardzo ciekawy, bo naprawdę dotyka czegoś głębokiego. Tarot ma swoje korzenie w renesansowych Włoszech, pierwotnie to były karty do gry, a symbolika, którą znamy, rozwijala się przez stulecia z różnych tradycji, w tym hermetycznej, kabalistycznej, a nawet z wpływami chrześcijańskiej ikonografii. Papież, Kapłanka, Hierofant, te karty są doslownie zanurzone w religijnym imaginarium. Trudno mówic, że to cos z gruntu sprzecznego z chrześcijaństwem, skoro tyle symboli stamtąd pochodzi. Ale rozumiem, że to tylko jeden wymiar problemu.
Wskocze z boku ale mam pytanie do obu: a jak odróżnić te dwa podejścia w praktyce? Bo jeśli ktoś pyta karty "co będzie z moim zwiazkiem" to czy to jest już wyrocznia, czy wciąż refleksja? Nie wiem gdzie przebiega ta granica i sama się w tym gubie.
Też dorzucę swoje trzy grosze bo znam ludzi którzy są bardzo praktykującymi katolikami i regularnie siadają z kartami. jeden z nich powiedział mi kiedyś, że traktuje rozkład jak modlitwę, czas skupienia i rozmowy z czymś głębszym. Nie mówię, że to jedyne słuszne podejście, ale to pokazuje jak bardzo indywidualna jest ta kwestia. Mnie bardziej ciekkawi to co powiedziałaś na początku, że rytuał czasem paralizuje. Co konkretnei przez "rytuał" rozumiesz? 😉
Śledzę ten watek z uwaga, bo sama przez to przechodziłam. U mnie ten paraliz ustąpił dopierro kiedy przestałam traktowac zapalenie świeczki jako "rytuał" z wielką literą R. Zaczęłam mysleć o tym jak o uspokojeniu się przed wazna rozmową z samą sobą. Nie wiem czy to dobry kierunek dla każdego ale mnie pomoglo. Choc wciiaż czasem mam chwile watpliwości. 🙂
Tylko że kościół i tarot to jednak różne sprawy i nie można ich tak porównywać. w kościele jest jasna doktryna, tarot jest przez kościóół wprost odrzucany. więc paraliz Wanesssy moze być po prostu głosem sumienia który mówi żeby przestała.
Właśnie ta ulga jest dla mnie sygnałem, że coś w tym jest. Chociaż zaraz po rozkladzie często mam mysl "no tak, ale czy to nie przez to że chcialam uslyszec to co usłyszałam". Czy to normalne? Czy wy tez się zastanawiacie czy to nie jest efekt wlasnych pragnień a nie kart? ^^
To jest jedno z najbardziej uczciwych pytań jakie można zadać sobie pracując z kartami. I odpowiem szczerze: tak, zawsze jest to ryzyko. Ale czy to wyklucza wartość rozkładu? Nawet jeśli karta "tylko" pokazuje ci to co chcialaś zobaczyć, to wciąż zobaczylaś cos ważnego o sobie. O tym czego pragniesz, czego sie boisz. A to już jest praca.
Przegladam ten wątek i zastanawiam się nad czymś zupelnie innym, może naiwnym. czy ktoś z was próbował po prostu zapytać o to spowiednika albo ksiedza ktoremu ufa? nie zeby dostać zakaz, tylko zeby porozmawiać? Ciekawe czy ktos mial takie doswiadczenie i co z tego wyszło.
Hmm dobra zapytalam. mam spowiednika, do którego chodze od lat wiec odwazylam sie. Powiedzialam mu wprost że interesuje sie kartami tarota i pytam nie z przekory, tylko dlatego ze naprawde chcę to poukladac. I wie co powiedzial? Że wszytsko zalezy od tego czy traktuję to jako zabawe i refleksje, czy jako probę kontakttu z mocami, kture Kosciol uznaje za niebezpieczne nie powiedział zakaz nie powiedzial blogoslawie powiedział: sprawdź intencję. Nie wiem co z tym zrobić bo to troche jak odpowiedz wymijajaca, ale jednocześnie byłam zaskoczona ze w ogole tak spokojnie porozmawial.
Czytam i szczerze mi troche szczęka opadla. Że mozna po prostu zapytać i dostać taka odpowiedz. Mój strach przed tym właśnie jest taki że bałabym sie że uslysze surowe "nie" i to by mnie zamknelo. ale może właśnie tego unikam zeby nie uslyszec czegoś co by mnie zatrzymalo?
To co opisuje Kunzyt to jest jeden z najuczciwszych momentów w pracy z kartami w ogóle. Ta chwila kiedy pytasz siebie: czego właściwie szukam? Ja po wielu latach mam wrażenie, że ludzie którzy NIGDY nie mają tej wątpliwości, powinni się bardziej niepokoić niż ci, ktorzy ją mają regularnie. Wątpliwość jest zdrowsza niż pewność 🙂
No dobra, szczerze tak. na początku byłam skupiona na tym czy mam prawo czy nie mam prawa. Teraz bardziej mysle o tym jaki jestem stosunek do siebie do tej praktyki, co naprawde robie kiedy siadam z kartami. to jest zmiana. nie wiem czy paraliż zniknie, ale trochę inaczej rozumiem skąd pochodzi.
no, a ja mam pytanie moze troche z boku: czy ktoś z was pracuje z kartami i jednocześnie aktywnie chodzi do kościoła spowiada się, przyjmuje komunię? Nie jako ciekawostka, tylko naprawdę chcę wiedzieć jak to wygląda w praktyce. Czy to sie da pogodzić bez poczucia rozdwojenia?
Wchodzę tu bo mam konkretne pytanie do Eleonorki: czy uważasz, że paraliż który opisuje Wanessa, to głos sumienia, czy może to głos lęku zinternalizowanego z zewnątrz? Bo to są dwie bardzo różne rzeczy i ta różnica ma ogromne znaczenie dla tego jak do tego podejść.
Moge się tu wtracic bo pracuje z kartami odkąd pamietam i jestem ochrzczony, wychowany katolicko, i nadal mam swoj wlasny stosunek do wiary. Ten praliz ktury opisuje Wanessa mi tez byl znany. u mnie minal nie przez decyzję ideologiczną tylko przz praktykę. Po prostu robilem to dalej i obserwowalem co sie ze mna dzieje po. I po kilkunastu rozkladach zobaczylem że nie dzieje mi sie krzywda że to przynosi cos dobrego. To nie była decyzja glowy, to było doswiadczenie. 😀
oj tam to jest stary dylemat: jak odroznic dobre oswajanie od złego przyzwyczajenia. Ale powiem tak bo to jest moje obserwacje z lat: osoby które kartami szkodzą sobie lub innym zazwyczaj nie pytają czy szkodzą. Sama refleksja w tym wątku, sam ten paraliż i te pytania, to jest znak że ktoś podchodzi do tego z intencją, a nie z automatyzmem
Czytam cały wątek i mam jedno małe ale konkretne pytanie do Wanesssy: wspomniałaś na początku że paraliż pojawia sie przed rozkładem i że masz wtedy mysl "to nie jest dla mnie". Czy ta myśl brzmi jak twój glos? Czy bardziej jak głos kogoś innego, np. rodzica, księdza, kogos z przeszlości?
No dobra, oj tam wanessa, to co napisałaś o głosie z dzieciństwa i "nie dla takich jak my" to jest cos bardzo konkretnego. To nie brzmi jak teologia, to brzmi jak rodzinna narracja. Czy w domu mówiono wprost o kartach, czy to było bardziej ogólne - pewne rzeczy są "nie dla nas", "lepiej nie", bez podawania powodów?
Wprost nie. ale był taki klimat że niektóre rzeczy przyciagaja cos złego i lepiej nie ryzykowac. Nie chodzilo tylko o karty, tez o pewne rozmowy, o pewnych ludzi. Ogólna zasada ostroznosci przed czymś nieokreslonym.
"coś złego" bez nazwy to jest bardzo ciekawy mechanizm. Strach przed czymś konkretnym da się skonfrontować, przeanalizować, ewentualnie odrzucić. Ale strach przed nieokreślonym "czymś" jest dużo trudniejszy, bo nie ma jak go uchwycić. Czy masz wrażenie że to "coś" nadal siedzi w tle kiedy siadasz z kartami?
Przepraszam że sie wtracam, bo czytam od początku i nie odzywalam sie ale to co pisze Wanessa o nieokreślonym "czymś" to mi bardzo bliskie. mam podobnie i nigdy tego tak nie nazwałam. czy to znaczy że ten strach nie jest religijny wlasciwie, tylko... rodzinny?
Simma dotkneła czegos istotnego. Są dwie zupełnie różne teologie za zakazem: jedna mówi "to jest bezsilne i głupie, ale bałwochwalcze", druga mowi "to ma realną moc i jest niebezpieczne". Te dwie pozycje są sprzeczne i każda implikuje inny stosunek do samego paraliżu Wanesssy. Zastanawiam się czy ktos z was rozmawiał kiedyś z teologiem albo księdzem który rozróżnial te dwie wersje wprost? :))
To rozróżnienie które robi Aurelek jest klasyczne i rzeczywiście w historii Kościoła obecne były obie linie. Tomasz z Akwinu pisał o wróżbiarstwie inaczej niż późnośredniowieczna demonologia. I właśnie dlatego różni księża mówią różne rzeczy, bo ciągną z różnych tradycji. Natomiast to co Wanessa opisuje jako paraliż, to z żadnej z tych teologii nie wynika wprost. Paraliż nie jest ani nakazany ani pochwalany.
Ale zaraz czy nie ma tu za dużego skoku? z "paraliż nie jest cnota" do "wiec możesz spookjnie robić rozklady" jest jednak spora odległość. Lobelka, czy nie upraszczasz?
