Właśnie. I tu wracamy do tego co jest tematem tego wątku, bo troche odpłynęliśmy w stronę teologii akademickiej. Wanessa napisała że paraliż ją paralizuje, ale też że po rozkładzie czuje że coś dobrego się stało. To jest doświadczeniowy punkt wyjścia, nie doktrynalny. Mam pytanie do Wanesssy: czy ten "paraliz przed" i "coś dobrego po" dotyczą każdego rozkładu czy tylko niektórych?
Ojoj, to jest bardzo ciekawe spostrzezenie. Czyli pytanie z mniejszą stawką = mniejszy lek. Czy to moze znaczyć ze paraliż nie jest zwiazany z samymi kartami, tylko z tym co na nich pytasz? Ze to nie "karty" cię paralizuja, tylko cieżar decyzji?
Prophecyy trafia w coś ważnego pamiętam że u mnie podobnie bylo, przy lżejszych pytaniach ciało reagowało spokojniej. Dopiero przy pytaniach egzystencjalnych czulem coś jak tremę. ale to jest chyba normalne niezaleznie od kontekstu religijnego, bo takie pytania po prostu są ciezkie. 🙂
oj tam, słuchajcie, wrocilam do watku i przeglądam tę wymianę o paraliżu i ciężarze pytania. mam wrażenie że w tym wszystkim gui sie wątek który sama otworzyłam, czyli praktyki obok chodzenia do kosciola. Bo Wanessa nadal nie powiedziala jasno czy chodzi do kościoła regularnie czy to tez jest zawieszone. Czy można to dopytac?
i wlasnie o to mi chodziło od początku. Bo można długo gadać o teologii i typach lęku ale jeśli chodzisz do kościoła rgularnie i robisz rozklady, to jak to wygląda w praktyce? Masz z tym wewnetrzny konflikt na co dzień czy tylko przy konkretnych rozkladach?
ojej, mnie też ciekawi to pytanie. Ja przez długi czas robiłam rozkłady i chodziłam do kościoła i przez jakiś czas te dwie rzeczy po prostu nie dotykały się w mojej głowie. Dopiero jak ktos bliski zapytał wprost, poczułam że musze coś z tym zrobić.
To jest chyba klucz nie? Że nie chodzi o zasadę tylko o to co sie dzieje w srodku przy konkretnej praktyce ale jak to sprawdzic jesli lek maci odczytanei sygnałów z siebie?
E tam, u mnie to rozroznienie przychodziło z czasem i raczej przez powtarzanie niż przez analize. Przy pierwszych rozkladach wszystko bylo napieciem. Potem zacząłem widzieć różnicę między napieciem kture ostrzega a napieciem ktróe po prostu jest przyzwyczajony do strachu
To co opisuje Wieszczbiarz jest w gruncie rzeczy bardzo bliskie ignaciańskiemu rozeznaniu duchowemu które rozróżnia pociechę i strapienie właśnie po owocach, nie po intensywności doznania. Ciekawe że dochodzimy do tego samego wniosku zupełnie różnymi drogami. Chociaż Ignacy miałby pewnie inne zdanie o samych kartach.
Przepraszam może to głupie pytanie, ale czy ktoś z was rozmawiał o tym z księdzem, nie ogolnie o tarocie ale właśnie o tym, że jednocześnie praktykuje wiare i karty? Jak to wyglądało?
Hmm ale to jest chyba waza obserwacja. wanessa nie chce pytac, bo boi sie gotowej odpowiedzi. A to znaczy że gdzies wewnętrznie juz podjeła decyzje i szuka nie tyle odpowiedzi, co potwierdzenia. Czy tak to czujesz?
To zdanie Wanessa jest dla mnie najważniejsze w całym wątku. "Czy mogę" to pytanie o granicę wyznaczoną przez kogoś innego. "Jak to rozumieć" to pytanie o własne ułożenie się z czymś. I może paraliż jest właśnie efektem mieszania tych dwóch pytań 🙂
To zdanie Betali o mieszaniu dwóch pytań trafia w coś bardzo konkretnego. ale chciałam zapytać czy ten paraliż, o którym pisze Wanessa w opisie tematu pojawia sie przed rozkładem, w trakcie, czy dopiero po? bo to chyba ma znaczenie dla tego, skąd pochodzi.
to jest bardzo ważna informacja. refleksja paralizuje, działanie nie. To moze oznaczać, że sam kontakt z kartami nie jest zrodlem napięcia, tylko narracja wokół niego. pytanie co jest w tej narracji, że tak mocno blokuje?
O matko, u mnie było podobnie. Najgorsze było to myślenie po, taki wewnętrzny przesłuchanie z pytaniami, czy zrobiłam dobrze, czy nie grzesze, co by powiedzieli w kosciele. I to dopiero to mnie wykańczało nie same karty
To co opisuje Halineczka jest klasycznym ruminowaniem, nie rozeznaniem. Rozeznanie prowadzi do decyzji albo do spokoju. Ruminowanie tylko zużywa energię i zostawia człowieka w tym samym miejscu. Ale wracając do Wanessa, ten spokój w trakcie wydaje mi się tu kluczowy. Co się dzieje z wiarą w tamtym momencie? Czy gdzieś znika, czy jest jakoś obecna?
no cóż, to co opisuje Wanessa jest bliskie temu, co niektórzy teolodzy nazywaja modlitwą pytająca, nie prośbą o konkretny dar, tylko otwarciem się na orientację. I jeśli tak to przeżywasz, to pytanie czy tarot jest w konflikcie z wiarą staje się zupełnie innym pytaniem niż gdybyś traktowała karty jako wyrocznię.
Troche mnie nepokoi ten kierunek rozmowy. Jeśli ktoś jest rzeczywiscie wierzący i bierze serio przynaleznosc do Kosciola to "ukladanie we wlasnym wnętrzu" w oderwaniu od wspólnoty moze być po prostu racjonalizowaniem tego, co chce się robić. nie twierdzę że tak jest u Wanessa, ale warto to powiedzieć wprost.
no coz, oboje macie racje i to właśnie jest problem. bo tu nie chodzi o to, czy instytucja ma rację, tylko o to, co robi z człowiekiem napięcie między instytucja a własnym doświadczeniem. i Wanessa mowi wprost, że to napięcie jest tylko nie wie jak je rozwiązać
Własnie, i myślę że błędem byłoby próbować to napięcie rozwiązać, bo ono może być produktywne. Paraliż ktury opisuje Wanessa to nie jest koniecznie zły znak, może byc sygnalem że coś ważnego sie waży. Pytanie co z tym napięciem robić żeby nie sparaliżowało całkowicie
Przepraszam że wchodzę ale ja mam podobnie i nigdy nie myślałam o tym tak jak Btealia teraz napisala. Że napiecie moze byc produktywne. Zawsze się go bałam. czy to znaczy że nie trzeba go od razu gasić? ^^
Ale jak to wygląda praktycznie? Czy mowicie o tym żeby po prostu usiąść z tym napięciem i czekac? Bo to brzmi trochę abstrakcyjnie, szczególnie jesli npaiecie pojawia sie za kazdym razem kiedy biore karty do reki.
To co Genowefka napisala to jest bardzo blisko tego co ja czuję. Tylko u mnie to zdanie przychodzi nie przed tylko po. W trakcie jest ten spokój o ktorym pisalam, a potem wchodzi ta myśl i wszystko sie psuje jakby spokój był zakazany
Wanessa, to "spokój był zakazany" to jest bardzo trafne sformułowanie. Ja miałam dokładnie tak samo. I długo myślałam że ten spokój to jest właśnie dowód że coś jest nie tak, że się usypiam, że tarot mnie jakoś omamia. Dopiero kiedy zobaczylam że ten sam spokoj mam na przyklad przy modlitwie, to przestałam go traktować jako sygnał alarmowy.
To co opisuje Halineczka ma swój odpowiednik w tradycji ignacjańskiej, która rozróżnia pocieszenie i strapienie nie na podstawie treści przeżycia, ale jego owoców. jeśli po doświadczeniu zostajesz z większą otwartością, spokojem, gotowością do dobrego, to jest jeden sygnał. jeśli zostajesz z zamknięciem, niepokojem i poczuciem winy, kture nie prowadzi do zmiany, to drugi. I to rozróżnienie jest niezależne od tego, co wywołało przeżycie. Pytanie do Wanessa, co zostajesz po tym spokoju, zanim przyjdzie ta myśl o grzechu? Co jest w środku zanim ona wejdzie? 😛
