Mam pytanie, które trochę mnie dręczy i nie wiem do kogo się z tym zwrócić. Skończyłem 51 lat i od jakiegoś czasu ciągnie mnie do tarota - nie do wróżenia sobie przyszłości, ale bardziej do takiego... poszukiwania sensu. Ale dorastałem w rodzinie bardzo katolickiej i kościół zawsze mówił, że to grzech. I teraz siedzę z tym w środku i zastanawiam się, czy w moim wieku w ogóle jest sens zaczynać? I czy ktoś tutaj przechodził przez podobne rozterki z religią? Bo to nie jest tylko kwestia 'czy się nauczę kart', to jest dla mnie głębsze pytanie.
O rany, to pytanie o religię i tarot wraca tutaj regularnie i za każdym razem jest inne, bo każdy człowiek ma inną historię. A co do wieku - to akurat jest kompletnie bez znaczenia. Powiem nawet odwrotnie: ludzie po czterdziestce czy pięćdziesiątce często maja do tarota znacznie dojrzalsze podejście niż dwudziestolatkowie, ktorzy chcą wiedzieć, czy chłopak do nich wróci. co cię konkretnie ciągnie do tych kart? Bo to ważne pytanie dla ciebie samego.
Zgadzam się z Elzuchną co do wieku, to naprawdę nie jest bariera. Ale zatrzymałabym się przy tym wątku z religią, bo to nie jest coś, co można zbagatelizować. Roch, czy możesz powiedziec więcej - to jest aktywna wiara, chodzisz do kościoła, i to cię powstrzymuje? Czy raczej to jest już przeszłość ale ten głos nadal siedzi w glowie?
Ten 'głos w glowie' to jest zapis z dzieciństwa i on nie znika z dnia na dzień, nawet jak człowiek intelektualnie odejdzie od danej religii. Znam to z autopsji. Ale chcę zapytać inaczej - co ci po tarocie, jeśli nie wróżenie? Bo wspomniałeś o szukaniu sensu, i to jest zupełnie inne podejście do kart niż to, przed czym kościół ostrzega.
Właśnie - bo kościół mówi o 'wywoływaniu duchów' i 'demonach', a to jest mocno naciągana interpretacja tego, czym tarot jest dla większości osób, które go używają. Roch, czy masz w ogóle jakiś obraz tego, jak te karty działają? Bo może nim warto zacząć od pytania, czego się właściwie boisz.
To nie brzmi głupio, to brzmi bardzo szczerze. I właśnie dlatego warto zacząć od zrozumienia, że tarot dla większości ludzi to nie jest kanał do żadnych bytów zewnętrznych. To bardziej lustro. Patrzysz na kartę i coś w tobie reaguje. Ale mam pytanie do ogólnej dyskusji - czy ktoś tutaj zaczął w okolicach czterdziestki lub później i może powiedzieć, jak to wyglądało?
Ja zaczelam mając 44 lata i mogę powiedzieć jedno - żałowałam, że nie wcześniej. Ale jednocześnie nie wiem, czy wcześniej byłabym na to gotowa. W pewnym sensie te karty trafiają w człowieka wtedy, kiedy ma już trochę życia za sobą. Ciezej się okłamać, łatwiej zobaczyć co jest prawda 🙂
A czy tarot w ogole działa inaczej dla kogoś, kto ma religijne tło? Pytam serio, bo zastanawiam się, czy te przekonania nie wpływają na to, jak człowiek interpretuje karty. Jakby - czy ktoś kto sie boi 'diabelskich rzeczy' nie będzie widział wszędzie złowróżbnych znaków?
Ja miałam podobnie - nie religijny strach, ale kulturowy. Babcia powtarzala że karty to 'diabelskie cuda'. I kiedy pierwszy raz wyciągnęłam Diabla z talii dosłownie moje serce przyspieszylo. Ale potem poczytałam co ta karta znaczy naprawdę i... jakoś ten strach sam zniknął. Wiedza naprawdę pomaga.
Dobrze slyszec, że inni przez to przechodzili. ale mam inne pytanie - czy tarot ma sens dla kogoś w mojej sytuacji, gdzie szukam raczej czegoś duchowego a nie chcę wiedziec co przyniesie tydzień? Nie wiem jak powiedziec... bardziej mnie interesuje 'jak żyć' niz 'co się zdarzy'.
Tarot jest wtedy najsilniejszy. Serio. Te karty Wielkich Arkanów - Głupiec, Pustelnik, Koło Fortuny, Siła, Gwiazda - to są archetypy, które opisują całe życie człowieka. I dla kogoś w połowie życia, który zadaje sobie pytania egzystencjalne, to jest dokładnie ten język. Roch, czy masz poczucie, że jesteś na jakimś przełomie?
To co opisujesz brzmi bardzo klasycznie jak archetyp Pustelnika albo nawet przejście przez Księżyc. Ale nie mówię ci tego żeby ci 'postawić kartę z daleka' - mówię to żeby pokazac, że tarot ma język, który opisuje dokładnie takie momenty. Połowa życia to jest w tarocie bardzo konkretna przestrzeń.
Wow, nie wiedziałem, ze tarot ma takie zastosowanie. Myslalem, że to tylko wróżenie. A skad sie uczyć tych znaczen, jesli się zaczyna od zera i nie chce się od razu konsultacji? Pytam bo sam jestem na początku i szukam czegoś sensownego.
Dziekuje za polecenie, Elzuchna, serio super! Nigdy nie slyszalem o Rachel Pollack, ale juz szukam. A mam pytanie do wszystkich - czy Rider-Waite to jedyna opcja na start, czy są inne talie ktore równie dobrze działają dla kogoś zupelniie zielonego?
Wracam do tego co napisała Elzuchna o reakcjach na karty takie jak Diabel czy Śmierć. Zastanawiam się - czy jeśli ktoś ma taki naladowany emocjonalnie stosunek do tych kart, to czy to nie zaburza calej interpretacji? Bo rozumiem że mam do nich podejść neutralnie, ale jak?
Ehh, Dobre pytanie i szczere. Nie ma przymusu neutralności od pierwszego dnia. Właśnie dlatego wiele osób poleca zaczynanie od oglądania kart bez żadnego pytania, bez rozkładu - tylko siedzisz z kartą i patrzysz co czujesz. Ta reakcja emocjonalna sama w sobie jest informacją. Tylko trzeba nauczyć się ją czytać a nie tlumic.
Powiem więcej - ta reakcja na Diabła to jest jeden z ciekawszych momentów w nauce tarota. Bo karta Diabła w Rider-Waite pokazuje dwie postacie przykute łańcuchami, które są na tyle luźne, że można je zdjąć. To jest karta o dobrowolnym zniewoleniu, o wzorcach, które sami podtrzymujemy. Dla kogoś z religijnym background to może być bardzo osobiste trafienie, ale niekoniecznie w złym sensie.
Tak, dokładnie. Karty nie wychodzą do ciebie, ty wychodzisz do siebie. Jeśli mam byc precyzyjna - w podejściu psychologicznym do tarota, a takich podejść jest wiele, karty są jak proejkcja. Rorschach w pewnym sensie, tylko z bogatszą symboliką. Co widzisz, mówi ci więcej o tobie niż o jakimkolwiek bycie.
Ale chwila, bo tu jest coś co mnie zastanawia. Mówicie 'w podejściu psychologicznym' - czyli są inne podejścia? Takie gdzie te karty jednak coś przyciągają albo otwierają? Pytam bo chcę rozumieć cały obraz, nie tylko tę jedną interpretację.
Ja też jestem na początku i to co piszecie robi na mnie wrażenie. Ale chcę zapytać - czy dla kogoś kto dopiero zaczyna i ma takie religijne zahamowania jak Roch, nie lepiej byłoby zacząć nie od Rider-Waite, tylko od jakiejś bardziej 'neutralnej' wizualnie talii? Takiej bez tych średniowiecznych symboli?
O, to jest uderzajace. Papiez jako karta o instytucji która cię ukształtowała... to jest wlasnie ten rodzaj lustra o którym wcześniej pisałyście. Czy w tarocie jest więcej kart które opisują takie przesilenia w połowie zycia?
Jest ich sporo. Koło Fortuny mówi o tym, że coś się zmienia niezależnie od nas. Siła - nie ta brutalność, tylko ta cierpliwa, wewnętrzna. Gwiazda to karta nadziei po kryzysie. A dla mnie osobiście w kontekście połowy życia najmocniejsza jest Sąd Ostateczny - nie jako kara, tylko jako wezwanie do przebudzenia, do tego żeby wstać i iść dalej 🙂
Czytam ten wątek od początku i mam pytanie moze trochę z boku - czy tarot w połowie życia ma jakiś sens jeśli człowiek nie przezywa żadnego kryzysu? Tzn. czy to musi być taki punkt zwrotny, czy można po prostu... chcieć się lepiej poznać bez tego dramatycznego kontekstu?
Wracając do Rocha - bo trochę odpłynęliśmy - chcę zapytać o coś praktycznego. Masz już jakiś pomysł jak zacząć, masz rekomendacje dotyczące talii, masz książkę od Elzuchny. Ale czy jest jeszcze cos co cię powstrzymuje? Bo mam wrażenie że jesteś juz w zasadzie gotowy, tylko szukasz czegoś co ci powie że możesz.
To co napisała Numerolożka siedzi mi w głowie. Właśnie tak to czuję - szukałem odczarowania. I chyba je znalazłem, przynajmniej częściowo. Ale mam jeszcze jedno pytanie, może głupie: jak długo zanim człowiek zaczyna cokolwiek z tych kart rozumieć? Miesiąc? Rok? Czy to jest takie, że albo czujesz albo nie czujesz?
To nie jest głupie pytanie, wręcz przeciwnie. I nie ma na nie jednej odpowiedzi, bo to naprawdę zależy. Ale z mojego doświadczenia - pierwsze sensowne odczucie pojawia się szybciej niż się spodziewasz a pelne zrozumienie systemu to rok minimum, jeśli ćwiczysz regularnie. Są osoby które po tygodniu robią układy i mają z nich coś wartościowego i osoby które po roku wciąż sięgają do książki przy każdej karcie. Czy to jest problem?
Oj tam, Dodam do tego co mówi Jagienka - to nie jest kwestia czucia albo nieczucia, tylko oswajania. Tarot to język. Nie zaczynasz mówić płynnie w nowym języku po tygodniu. Ale po tygodniu możesz już powiedzieć kilka zdań i być zrozumianym. W tym sensie - czas nauki tarota jest nieliniowy i bardzo indywidualny. Ja po trzech miesiącach myślałam że nic nie wiem, a po roku patrząc wstecz widziałam jak dużo się zmieniło.
