Chodzi mi po głowie od jakiegoś czasu pewna kwestia i chciałabym ją wyłożyć przed Wami. Są pytania, których się boję zadać kartom. Nie takie klasyczne „czy mąż zdradza" albo „czy dziecko będzie zdrowe" – bo w tych sprawach mam swoje zasady i ich się trzymam. Chodzi mi raczej o te nasze, prywatne pytania, o których sami wiemy, że nie jesteśmy gotowi na odpowiedź. I potem siedzi się z talią w rękach i dwie godziny sam ze sobą toczy rozmowę, czy rozłożyć, czy schować. Jak u Was to wygląda? Stawiacie, mimo strachu? Odpuszczacie? A jeśli stawiacie, to co potem robicie, kiedy odpowiedź przychodzi taka, jakiej się baliście?
Od lat mam zasadę – jak się boję odpowiedzi, to nie stawiam. I to nie dlatego, że karty mnie oszczędzają, tylko dlatego, że ja siebie oszczędzam. Kiedyś postawiłam na pytanie o zdrowie kogoś bliskiego i dostałam odpowiedź, której przez pół roku nie umiałam strawić. Tamto doświadczenie nauczyło mnie, że nie każde pytanie jest właściwe dla tarota. Jak coś mnie trzyma za gardło, idę do psychologa albo do przyjaciółki, a nie do talii.
