Nie wiem czy to tylko mój problem, ale jak próbuję zrobić jakiś rozbudowany rytuał przed czytaniem - świeczki, kadzidła, kryształy w odpowiednich rogach - to zamiast się skupić, zaczynam myśleć o tym czy dobrze wszystko ustawiłam. I zanim dojdę do kart, jestem już zmęczona. Zaczęłam się zastanawiać czy w ogóle rytuał jest potrzebny czy to bardziej sprawa przyzwyczajenia. Introwertycy chyba mają z tym inaczej niż ekstrawertycy, bo cały ten ceremoniał zamiast pomagać, przytłacza. Ktoś jeszcze tak ma?
O, dokładnie to samo. Przez długi czas myślałam, że robię coś źle, bo nie czuję żadnego przepływ przy rozbudowanych rytuałach. Dopiero jak skróciłam cały wstęp do dosłownie minuty ciszy i trzech głębokich oddechów, cos zaczęło działać. Ale tu mam pytanie do tej dyskusji - czy chodzi o to zeby w ogóle pozbyć się rytuału, czy żeby go dopasować do siebie? Bo to dwa różne podejścia.
Rytuał przed czytaniem jest właściwie niezbędny bo bez niego karty nie mają jak się "przestroić" na nową osobę. Przynajmniej tak mi zawsze wychodziło. Trzy okrążenia talii w lewą stronę, kilka minut skupienia, żadnych skrótów. Myślę że problem leży gdzie indziej - może talia nie jest właściwie oczyszczona na co dzień?
Mam zapisane kilka różnych "wersji" rytuałów, których próbowałam, i naprawdę zauważyłam że te prostsze dawały mi lepsze odczyty - przynajmniej jeśli chodzi o moją interpretację bo byłam bardziej obecna. Czy ktoś próbował zupełnie bez żadnych wstępów? Tak po prostu siada i tasuje?
A możecie wyjaśnić, jak w ogóle tasować te karty? Pytam, bo to może być moje minimum. słyszałam że są różne techniki, ale nie wiem która jest dla początkujących. przepraszam jeśli to nie tu, ale wydaje mi się że to się łączy z tym co piszecie
Słuchajcie, jest jedno pytanie, którego nikt tu jeszcze nie zadał: a dla kogo robimy to czytanie? Bo jeśli dla siebie, to rytuał może być naprawdę minimalny. Ale jeśli ktoś czyta dla innych, choćby online, to pewne przygotowanie ma inny sens - pomaga wejść w skupienie, które jest potrzebne żeby nie rzucać byle jakich interpretacji. to zupełnie różne sytuacje i myślę że warto je rozdzielić w tej dyskusji.
Ćwiczę regularnie i doszłam do podobnego wniosku - przy czytaniu dla siebie coraz mniej mi potrzeba. Ostatnio testowałam takie podejście: jedna karta rano, bez żadnego przygotowania, zaraz po wstaniu. I jest w tym coś bo głowa jest wtedy czysta, jeszcze nie zaczął się dzień. Czy ktoś też tak robi? Ciekawa jestem czy to tylko u mnie tak wychodzi.
Ja bym powiedział że bez jakiegoś oczyszczenia talii między sesjami to w ogóle nie ma sensu siać. Karty zbierają energię z poprzednich czytań i potem mogą dawać przekłamane wyniki :). To nie jest kwestia preferencji, to podstawa pracy z tarotem. Pukanie w talię, dmuchnięcie, owinięcie w jedwab - przynajmniej jedno z tych powinno być
Przepraszam że się wtrącam ale nie do końca rozumiem - skąd w ogóle wiadomo czy odczyt był dobry czy zły? Pytam serio bo nigdy nie robiłam tarota i nie wiem jak ocenić wynik. Jak to sprawdzacie?
Dokładnie to samo mi się przydarzyło. Mam w notatkach stary rytuał - pięć minut, trzy kroki - i nowy który gdzieś po drodze sam urósł. Jak porównuję odczyty z tamtego okresu z dzisiejszymi, to nie widzę żadnej istotnej różnicy w jakości interpretacji. Więcej kroków nie równa się lepszy odczyt :P.
I tu wracamy do sedna tematu, bo to nie jest pytanie "jaki rytuał jest najlepszy", tylko "jak nie dać się rytuałowi pożreć". To są dwie rozne rozmowy :).
Słuchajcie, mam moze głupie pytanie - czy dla kogoś, kto dopiero zaczyna, w ogóle sens ma budowanie jakiegoś rytuału? Może lepiej zacząć bez niczego i dopiero potem coś dodawać, jak już się pozna karty?
To ciekawy pomysł - nowa wersja jako coś nowego, nie jako skrót. Sama mam tendencję do myślenia o swoim obecnym minimum jako "prowizorce", ale może właśnie to jest problem. Uznaję coś za prowizorkę i czekam na moment kiedy wrócę do "prawdziwego" rytuału.
Jest jeszcze jedna rzecz, którą tu pomijamy - rytm. kurcze nie chodzi tylko o to co robisz przed odczytem ale o to jak regularnie siadasz do kart. Introwertycy często lepiej reagują na regularność niż na rozbudowane wstępy, bo sama regularność staje się zakotwiczeniem. Codziennie o tej samej porze, nawet bez świec i kadzidła, daje ciągłość.
Przepraszam, że znowu dopytam bo jesteście kawał przede mną jeśli chodzi o doświadczenie - kiedy mówicie o "wejściu w tryb", to jak wy sami to czujecie? Że coś w głowie kliknie, czy to bardziej fizyczne? Ciekawa jestem jak to opisać komuś, kto nie wie czego szukać.
Pytam bo chcę zrozumieć, nie żeby kopiować - jak wy sami czujecie, że "weszłyście" w tryb przed odczytem? Bo jak czytam te posty to widzę, że każda z was mówi inaczej i nie wiem czy szukać jakiegoś swojego sygnału czy po prostu zacząć i liczyć, że samo przyjdzie.
Zapisałam w notatniku trzy kroki i sprawdzałam dwa razy. Za pierwszym razem faktycznie czułam się jakbym coś pomijała ale drugi raz był inaczej - jakby ta skrócona wersja zaczęła być "moja", nie prowizorka. Nie wiem jeszcze czy to trwałe ale przestałam się czuć winna że nie zapalę wszystkich świec
To jest dosyć klasyczny mechanizm - każdy element jest opcjonalny, ale jak już masz ich dziesięć, to psychicznie każde pominięcie wygląda jak błąd. Mam pytanie do całej dyskusji: czy ktoś próbował podejść do tego odwrotnie, czyli nie skracać gotowego rytuału, tylko zbudować nowy od zera z limitem - powiedzmy, maksymalnie trzy elementy?
Ale zaraz, bo mi to wszystko zaczyna brzmieć jak terapia a nie tarot. Przepisywanie rytuałów, poczucie winy, klasyfikowanie w głowie - czy nie za bardzo wchodzimy w psychologię zamiast w praktykę :)? Rytuał ma działać, a nie być obiektem analizy.
oboje macie rację i to nie jest sprzeczność. Analiza pomaga zrozumieć co przeszkadza, działanie sprawdza czy rozwiązanie działa. Hyzop już siada i próbuje skróconej wersji - to jest właśnie działanie wynikłe z tej rozmowy. Więc nie wiem czemu ustawiamy to jako albo-albo.
To co Novella mówi wydaje mi się bardzo sensowne :). Szukamy jakiegoś idealnego zestawu kroków a może wystarczy jeden który naprawdę coś robi? Ja jak byłam na początku to miałam właśnie zero rytuału i w sumie... też byłam zagubiona. Więc może jeden krok to złoty środek.
tylko że jeden krok bez żadnego kontekstu to trochę mało - trzymanie kart w rękach nic nie znaczy jeśli głowa jest gdzie indziej. Rytuał ma też funkcję sygnalizowania mózgowi, że zmieniamy tryb. jeden gest może to zrobić ale musi byc świadomy, nie mechaniczny :P.
Czekaj, bo to mnie zatrzymuje. Czy wy mówicie o tym że sam gest może się zużyć, czy o tym że ja mogę przestać do niego podchodzić uważnie?! bo to różnica. ja nie robię tego z zegarkiem, po prostu trzymam i czekam aż coś się ułoży. Nie wiem jak to inaczej opisać
To co Oleandra mówi jest ważne i chcę to rozwinąć. Skąd w ogóle przekonanie, że rytuał musi ewoluować, byc coraz bogatszy żeby był skuteczny :)? Ja prowadzę notatki od jakiegoś czasu i nie widzę zależności między ilością kroków a jakością odczytu... wręcz odwrotnie.
A czy ktos notuje też stan przed odczytem? Bo mam wrażenie że dużo zależy od tego co wnosimy do sesji, a nie tylko jak ją prowadzimy. Introwertyk po całym dniu pełnym ludzi i introwertyk po spokojnym poranku to dwie różne jakości skupienia, nawet z identycznym rytuałem.
Wracam do pytania które zadałem wcześniej i chyba nikt na nie nie odpowiedział wprost - czy ktoś budował rytuał od zera, nie przez skracanie, tylko od jednego kroku który mu działał?! Bo wszystkie te rozmowy toczą się wokół odchudzania gotowego schematu, a to może nie byc jedyne wyjście.
Czytam to wszystko i mam wrażenie że dla mnie nawet "jeden krok" jest za dużo, bo nie wiem jaki to miałby być krok... kurcze hyzop wiedziała że lubi trzymać karty :). Ja nie wiem jeszcze co mi w ogóle "coś daje". Czy to znaczy że najpierw trzeba to odkryć przez próby i błędy czy jest jakiś sposób żeby to skrócić??
