Ostatnio siedzę nad tym i myślę, ze tarot to jedno z niewielu miejsc, gdzie można się zatrzymać i powiedzieć sobie wprost: dobrze, to jest poza moim zasięgiem... Chciałem zapytać czy ktoś z was robi jakiś konkretny rozkład właśnie po to żeby przepracować temat kontroli? Nie mówię o rozkładach "co zrobić", tylko właśnie odwrotnie - co zaakceptować ;). Mam wrażenie, że to zupełnie inna praca z kartami i nie wiem czy robię to dobrze.
To jest bardzo konkretne pytanie i cieszę się, że ktoś je wreszcie zadał. no sama przez długi czas robiłam rozkłady nastawione na działanie i dopiero po czasie zauważyłam że szukam w kartach odpowiedzi na pytania, które już znałam. Pytanie do ciebie: kiedy pytasz "co zaakceptować", to co wkładasz na pozycje w rozkładzie? Bo to trochę zmienia wszystko.
Ja mam swój rozkład na akceptację i sprawdza się całkiem dobrze. Trzy karty: pierwsza to co chcę kontrolować, druga to dlaczego nie mogę, trzecia to co mi ta sytuacja pokazuje o mnie samej. Prosta sprawa, ale za każdym razem coś z tego wychodzi. Kluczowe jest według mnie to żeby wyciągnąć kartę środkową - ona zazwyczaj jest najtrudniejsza do przyjęcia.
Przepraszam że wchodzę ale właśnie o tym myślałam ostatnio. Jak się w ogóle wie czy interpretuje się kartę uczciwie, czy po prostu dopasowuje ją do tego co chce sie usłyszeć? Szczególnie właśnie przy takich emocjonalnych tematach jak akceptacja.
Zapis przed interpretacją to dobry sposób, ale wymaga sporej dyscypliny. Większość osób wyciąga kartę i od razu zaczyna "czuć". A przy tematach akceptacji jest pułapka, bo karty jak Księżyc czy Wisielec mogą znaczyć bardzo różne rzeczy i łatwo wybrać tę interpretację, która mniej boli.
Czytam tę rozmowę i właśnie sprawdzam swoje notatki - kilka miesięcy temu robiłam podobny rozkład i zapisałam, że wyciągnęłam Wieżę na pozycję "czego nie mogę zmienić". Pamiętam, że najpierw pomyślałam o zniszczeniu, ale potem cos we mnie powiedziało, że ta karta tu nie chodzi o katastrofę, tylko o to że pewna struktura musi runąć, żebym przestała się do niej kurczowo trzymać. czy ktoś miał podobne przesunięcie w rozumieniu karty przy tego typu rozkładzie?
Wchodzę bo temat mnie zainteresował. Ja mam pytanie głupie może ale czy ten rozkład "akceptacyjny" robisz wtedy kiedy już wiesz że czegoś zmienić nie możesz czy właśnie po to żeby to ustalić :D? Bo nie wiem czy dobrze rozumiem do czego to ma służyć.
Czytam was i mam wrażenie że tarot w takim użyciu to trochę jak terapia? Czy dobrze to rozumiem? Nigdy tak o tym nie myślałam, bo dla mnie tarot to zawsze było wróżenie co się stanie, a nie takie wchodzenie w siebie.
Przeczytałam cały wątek i chcę powiedzieć jedną rzecz, bo trochę mi tu brakuje: zanim w ogóle usiadłabym do rozkładu o akceptacji, zapytałabym siebie czy jestem gotowa na to co wyjdzie. Bo jeśli ktoś robi rozkład po to żeby nie myśleć o prawdziwym problemie, a nie żeby go zobaczyć, to karty mogą dać odpowiedź której ten ktoś i tak nie przyjmie. I to nie wina kart.
Coś mi tu nie daje spokoju w tej rozmowie. eh piszecie o akceptacji ale czy ktoś sprawdził czy tarot w ogóle dobrze działa przy takich mocno osobistych, bolesnych sprawach? Bo ja raz robiłam rozkład przy bardzo trudnym momencie i wyszło mi cos co mnie dobił, a nie pomogło... Miałam potem przez chwilę ochotę w ogóle nie dotykać kart.
Nie wiem szczerze. Może jedno i drugie? Karta pokazała coś realnego ale w złym momencie i bez żadnego buforu. I właśnie to mnie zastanawia w tej rozmowie o akceptacji - czy jest jakiś moment, w którym powinno się powiedzieć sobie "nie, teraz nie siadam do kart"?
Dla mnie sygnałem jest to że zanim wyciągnę kartę, już wiem jaką chcę wyciągnąć. Jak mam gotową odpowiedź i szukam tylko potwierdzenia, to cała sesja jest z góry ustawiona. I to dotyczy szczególnie rozkładów o akceptacji, gdzie człowiek jest juz emocjonalnie zaangażowany w konkretny wynik.
Ale jak w ogóle odróżnić że "coś ruszyło" od tego, że po prostu sobie to wytłumaczyłeś? Bo chyba o to chodziło Gertrudzie wcześniej i mnie to też nie daje spokoju.
Myślę, że to wszystko zależy od tego jak podchodzisz do samych kart. kurcze jak traktujesz je jako wyrocznię, to tak - każda trudna karta będzie ciosem... ale jak traktujesz je jako lustro, to nawet Wieża może być czymś konstruktywnym. Różne podejście, zupełnie inne doświadczenie.
To co napisałeś na początku o sobie jest według mnie kluczowe dla całej tej rozmowy... Powiedziałeś wprost że możesz to robić żeby nie myśleć o prawdziwych problemach. I nikt do tej pory tego nie podciągnął mocniej. Czy sprawdziłeś kiedyś czy po sesji tarotowej faktycznie czujesz się ze swoim problemem bliżej, czy dalej?
To jest może trochę nie na miejscu ale powiem - właśnie tak miałam z afirmacjami. Robiłam je regularnie, czułam się chwilowo lepiej, a realny problem zostawał dokładnie tam gdzie był. I dopiero jak ktoś mi powiedział wprost żebym przestała zagłuszać, to coś drgnęło. więc pytanie Zdzislawy do Kasjana wydaje mi się ważne.
Mam pytanie do Kasjana, bo przez chwilę temat troche odpłynął. Napisałeś wczesniej że możesz robić to żeby nie myśleć o prawdziwych problemach. I że sprawdziłeś czy po sesji problem znika czy nie. Ale nigdy nie odpowiedziałeś wprost. Co u ciebie wychodzi po takim sprawdzeniu?
A czy ta "chwila spokoju" jest według was w ogóle czymś złym? Pytam serio bo czytam że zagłuszanie brzmi jak coś złego, ale może czasem właśnie chwila zatrzymania jest potrzebna, żeby potem wrócić do trudnego tematu z inną głową?
To co opisujesz to brzmi jak rozkłady kompulsywne, nie akceptacyjne. I to jest ważna różnica bo rozkład o akceptacji zakłada że siadasz z intencją przepracowania, a nie uspokojenia. Jak siadasz żeby ugasić napięcie, to nawet najlepiej zbudowany rozkład nie zadziała tak jak chcesz
