no, ostatnio podczas rozkładu kart wróciła do mnie karta Śmierci i zaczęłam się zastanawiać nad tym, co łączy wszystkie przejścia w tarota. Most jako symbol pojawia się u mnie intuicyjnie przy kilku kartach - nie tylko Śmierci, ale też przy Głupcu stojącym na krawędzi czy przy Szóstce Mieczy, gdzie ta łódź płynie między brzegami. Zaczęłam nad tym więcej myśleć, bo sama mam teraz w życiu moment, który czuję jak przejście z jednego stanu do drugiego - i chciałam zapytać, jak wy to widzicie. Czy most jako symbol jest u was jakoś obecny w pracy z kartami? Bo mam wrażenie że to jeden z tych motywów, który przewija się niemal wszędzie, tylko rzadko się o nim mówi wprost.
Bardzo ciekawy trop. Przy Szóstce Mieczy ten motyw przejścia jest dla mnie jeden z najsilniejszych w całej talii - ta łódź to właściwie most ruchomy który przenosi kogoś ze stanu bólu do stanu... no właśnie, jeszcze nienazwanego. Ale zastanawia mnie coś innego: czy most musi oznaczać świadome przejście? Bo Głupiec stoi na tej krawędzi i hyba nie wie, że za chwilę przekroczy coś ważnego. To zmienia symbolikę, prawda?
Też o tym myślę przy Głupcu. On jest chyba jedyną kartą, gdzie przekroczenie granicy jest jednocześnie nieświadome i absolutnie konieczne. Ale wracając do początku tego wątku - napisałaś, że sama jesteś teraz w takim momencie. Czy karty ci to pokazują wprost, czy to raczej twoje własne odczucie, kture projektujesz na czytanie?
Zatrzymaj się przy tym, co napisałaś na końcu, bo to ważniejsze niż symbolika mostów. To, co opisujesz z liczeniem i sprawdzaniem - to nie jest sprawa rytuału ani tarota, to brzmi jak OCD nakładające się na praktykę. Sama pracuję z kartami od wielu lat i widzę to u siebie i u innych: tarot daje pozorną kontrolę, a przy skłonnościach do obsesji ta kontrola staje się pułapką. Czy to jest nowe, czy od zawsze tak masz? 😛
Czekaj, bo mnie to zastanawia - czy tarot w ogóle powinien mieć jakiś określony rytuał? Bo zawsze myślałem, że im bardziej osobisty i powtarzalny, tym silniejszy. Ale jeśli rytuał zaczyna przeszkadzać zamiast pomagać, to hyba coś jest nie tak z założeniem, że rytuał w ogóle jest konieczny?
Nie brzmi absurdalnie, brzmi wyczerpująco i rozumiem to. Ale chcę tu powiedzieć coś, co może być niepopularne: tarot w takiej sytuacji może aktywnie szkodzić. Nie dlatego, że jest 'zły', tylko dlatego, że daje iluzję sprawstwa - 'jeśli zrobię to dokładnie, dostanę właściwą odpowiedź'. To jest dokładnie to, na czym żywi się mechanizm obsesyjny. Pytanie do ciebie: czy masz kogoś, z kim o tym rozmawiasz poza forum?
Zgadzam sie z Fiolkową. Dodam tylko jedno: czakra splotu słonecznego przy takich stanach bywa mocno przeciążona - potrzeba kontroli, napiecie wokól decyzji, lęk przed 'błędem'. To nie jest temat tylko dla terapeuty, ale terapeuta tu jest kluczowy. Symbolika przejscia w kartach jest piekna, ale przejście, o ktorym mówisz, może wymagać innego rodzaju pomocy niż kolejny rozkład
Dobra, ale poczekajcie - skoro tarot może tak działac destrukcyjnie, to po co w ogóle w to wchodzic? Serio pytam, bo z zewnatrz wygląda to jak system, który albo dziala, albo tworzy nowe problemy. Gdzie tu jest ta granica bezpieczeństwa?
I to jest właśnie ten most, o którym zaczęłyśmy rozmawiać. Tyle że tutaj po jednej stronie jest stan, w którym praktyka przynosi wglad, a po drugiej stan, w którym staje sie przymusem. To przejście moze być niezauważalne, stopniowe. I to jest moim zdaniem jedna z poważniejszych pułapek w całej tej dziedzinie, o której mało kto mówi wprost
Wtrace się na chwilę, bo interesuje mnie aspekt, który trochę umknął - w symbolice mostów w różnych systemach jest zawsze element nieodwracalności. Przekroczony most to coś, po czym nie wracasz taki sam. W runach Raidho opisuje tę podróż, gdzie sam ruch jest celem. Ale przy tym, co tu opisujecie, pojawia się pytanie: czy można intencjonalnie zdecydowac, kiedy i jak wejść na ten most? Bo może problem leży własnie w tym, że rytuał miał być mostem, a stał się petlą
Wyjscie z petli nie zaczyna się od kolejnej karty, to powiem wprost. Zaczyna się od rozmowy ze specjalistą - psychologiem, psychiatrą, kimkolwiek. Tarot może być potem, może towarzyszyć ale nie może być pierwszą linią pomocy przy tym, co opisujesz. To nie jest ocena, to troska. Czy rozważałaś to? 🙂
Czytam tę rozmowę i chcę zapytać o coś bardziej podstawowego bo dopiero zaczynam z kartami - jak wogóle odróżnić zdrowy rytual od tego, który zaczyna być obsesyjny? Czy jest jakiś sygnał, że to już za duzo?
To, co napisałaś o probie bez rytuału, jest bardzo mówiące. Nie byłaś przy karcie - byłaś przy mysli o opuszczonym kroku. I to jest właśnie ta pętla, o ktorej mówi Glifia. Most, ktury miał być przejściem, zamienił się w punkt, z którego nie da się ruszyć. Ale mam pytanie, bo to ważne - czy pamiętasz, kiedy to sie zaczęło? Czy byl jakiś moment, czytanie, sytuacja, po której poczułaś, że musisz robić to 'idealnie'?
Czytam tę rozmowę i mam wrażenie, że to co opisuje Rusalka, to coś, o czym rzadko się mówi przy tarocie - że praktyka może się obrócić przeciwko tobie. Ale wracając do mojego pytania o sygnały - Kunegunda odpowiedziała bardzo intuicyjnie ale czy jest coś konkretniejszego? Jak odróżnić 'jestem skupiona na rytuale' od 'rytuał mnie pochłonął'?
To, co opisujesz, jest naprawdę istotne z perspektywy symboliki, którą zaczęłyśmy omawiać. Trójka Mieczy jako pierwsza karta, po której wszystko się zmieniło - to nieprzypadkowe. Ta karta jest właśnie o bolesnym przejściu, o cięciu, które boli, ale oczyszcza. Twój umysł zapamiętał ból i skojarzył go z 'błędem w rytuale', żeby mieć coś, co można kontrolować. To mechanizm obronny, nie kwestia tarota.
oj tam, wracając na chwilę do Rusalki i tego czytania z Trójką Mieczy - w runach jest coś podobnego, co nazywam 'traumą inicjacji'. niektóre przekroczenia granicy są tak bolesne, że psychika nie może ich zaliczyć jako przejścia. zostaje na moście. I to jest dokładnie obraz pętli - nie po jednej stronie, nie po drugiej, wiecznie w ruchu między.
Chcę tu trochę przyhamowac, bo rozmowa zmierza w kierunku 'jak poprawić rytuał', a ja nadal uważam, że to nie jest właściwy kierunek. Rusalka napisała, ze rozważa rozmowę ze specjalista - i to jest ważniejsze niż jakikolwiek wglad o moście czy o oddechu. Czy jest coś, co cię przed tym powstrzymuje?
Jasnoslyszka ma rację, ale myślę, że te dwa tory nie wykluczają się. Rozmowa tu może być takim właśnie mostem - przejściem od 'widzę problem' do 'szukam pomocy'. Nie zamiast terapeuty ale razem z tym procesem. Zresztą to jest dokładnie to, o czym mówi symbolika tego wątku. 🙁
Mam pytanie do Ismer albo Karolki bo ich poglądy cenię - czy spotkałaś się z sytuacją, gdzie ktoś świadomie 'reset-ował' swój stosunek do tarota? Czyli zaczynał od nowa, bez dotychczasowych skojarzeń i zasad? Zastanawiam się, czy to wogóle możliwe, skoro tyle jest już zapamiętane.
Myślałam o tym - o odłożeniu kart. Ale sama myśl o tym wywołuje coś w rodzaju paniki. Co, jeśli znowu będę potrzebować odpowiedzi i nie będę miała jak? Wiem, że to brzmi absurdalnie. Ismer, to chyba odpowiada na twoje pytanie - nie jestem teraz gotowa. Albo właśnie dlatego powinnam.
To zdanie - 'albo właśnie dlatego powinnam' - to jest naprawdę ważny moment. To jest właśnie ta chwila na moście, kiedy wiesz, że następny krok jest możliwy, nawet jeśli się boisz. I to nie jest kwestia tarota. To jest kwestia ciebie.
matko, czytam ten wątek od dluższego czasu i chcę dodać coś od strony energetycznej, bo Kminek zaczęla ten temat, a nie był rozwinięty. To, co opisuje Rusalka - poczucie, że bez rytuału czytanie jest 'zepsute' - może być związane z tym, ze caly ładunek emocjonalny związany z tamtym bolesnym czytaniem jest nadal nierozladowany. Most w symbolice tarota to zawsze też kwestia energii, która musi przejść - nie tylko świadomości. I dopóki tamta Trójka Mieczy jest nieprzetrawiona, żaden rytuał nie wystarczy, bo szukasz nie wglądu, tylko poczucia bezpieczeństwa
Chciałem dokończyc myśl, bo post mi się urwał. To co opisuje Rusalka - poczucie że bez rytuału czytanie jest 'zepsute' - moze być zwiazane z tym, że caly ładunek emocjonalny związany z tamtym czytaniem o relacji nigdy nie znalazł ujscia. Tarot dal obraz, ale ciało i psychika nie przepracowały przejścia. I teraz rytuał stał się próbą stworzenia idealnych warunków, żeby 'tym razem wyszło'. Tylko że idealne warunki nie istnieją. Most nigdy nie będzie wystarczajaco solidny, jeśli lek jest po drugiej stronie
kurczę, czytam to i coś mnie uderza. Gracjan, powiedziałeś 'idealne warunki nie istnieją'. Ale jednocześnie cały czas szukam właśnie tego - idealnego momentu, idealnego ułożenia, idealnej koncentracji. I jeśli to jest unikanie lęku, a nie przygotowanie, to... właściwie ile czytań zrobiłam 'prawdziwych' przez ostatnie lata?
Rusalka, to jest dobre pytanie, ale uważaj, żeby nie pójść teraz w drugą obsesję - rozliczanie się z przeszłości. Ważne jest to, co czujesz teraz i co zamierzasz z tym zrobić. Pamiętasz, co wcześniej napisałaś o panice na myśl o odłożeniu kart? Zostańmy przy tym
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale mam wrażenie, że ta rozmowa zrobiła się w połowie terapeutyczna, a w połowie ezotyczna i te dwa wątki się trochę ze sobą kłócą. Czy w ogóle jest sens rozmawiać o symbolice mostów, skoro główny problem jest inny?
Wracając do tego co Gracjan powiedział o nieskończonym rytuale - w tradycji runowej jest coś, co nazywa się 'stanem Hagalaz'. To karta zniszczenia i przejścia przez burzę, ale wiele osób staje przed nią i czeka, aż burza przejdzie sama. A Hagalaz nie przechodzi sama. Trzeba przez nią wejść. Zastanawiam się, czy Rusalka, twoje rytuały nie są właśnie takim staniem przed burzą i szukaniem właściwego momentu wejścia, który nigdy nie nadchodzi.
