Zaczęłam ostatnio myśleć nad czymś, co mnie trochę nie daje spokoju przy interpretacji rozkładów. Czy karty, które leżą obok siebie, realnie zmieniają swoje znaczenie - czy to my, jako czytelnicy, narzucamy im narrację przez kontekst sąsiedztwa? Mam na myśli konkretnie sytuację, kiedy np. Wieża wypada między Gwiazdą a Słońcem - czy wtedy Wieża 'łagodnieje', bo jest otoczona kartami nadziei i sukcesu, czy po prostu czytamy ją dokładnie tak samo jak gdyby leżała sama? I w drugą stronę - czy Słońce otoczone przez Księżyc i Diabła traci swoją moc, czy to tylko nasza interpretacyjna skłonność do tworzenia historii? Ciekawa jestem, jak to czujecie w praktyce, bo teoria teorią, ale siedzę nad tym od jakiegoś czasu i nie jestem pewna, czy moje podejście nie jest zbyt uproszczone.
To jest właśnie pytanie, które mnie dręczyło przez długi czas, kiedy zaczynałam czytać rozkłady. Sama intuicyjnie zawsze czułam, że sąsiedztwo ma znaczenie - ale nie umiałam powiedzieć, czy to 'prawda' o karcie, czy po prostu mój mózg skleja sensowną historię z przypadkowych elementów. Ostatnio robiłam rozkład ktoś mi zadał pytanie o pracę i wypadła Dziesiątka Mieczy otoczona z obu stron przez karty dworskie. I nagle ta Dziesiątka nie wyglądała jak katastrofa, tylko jak zakończenie czegoś w kontekście relacji z ludźmi. Ale czy ja to 'widziałam', czy to naprawdę tam było?
Przepraszam, że wchodzę z podstawowym pytaniem, ale czy w ogóle istnieje jakaś zasada, która mówi, że sąsiednie karty powinny się wzajemnie modyfikować? Czytałam różne rzeczy i jedne źródła piszą, że każda karta ma stałe znaczenie, a inne mówią, że wszystko zależy od kontekstu. Nie wiem, od czego zacząć, żeby to zrozumieć.
Czy to nie jest trochę analogiczne do tego, jak działa kontekst w interpretacji tekstów religijnych? W hermeneutyce biblijnej od dawna wiadomo, że ten sam werset znaczy coś innego zależnie od tego, co go poprzedza i co po nim następuje. Może tarot ma podobną strukturę - symbole, które reagują na otoczenie, bo tak działają systemy symboliczne w ogóle, a nie dlatego, że karty mają jakąś własną 'wolę'?
Moim zdaniem to jest prostsze niż wszyscy tu piszą. Karta modyfikuje karty sąsiednie i tyle. To jest podstawa każdego porządnego odczytu i tak naprawdę każdy, kto trochę poćwiczył, to czuje. Diabeł obok Kochanków zmienia ich znaczenie - to nie jest filozofia, to praktyka.
Słuchajcie, a czy ktoś z was próbował porównać te same układy kart u różnych czytających? Zastanawiam się, czy dwie osoby, które widzą identyczny rozkład z tą samą Wieżą między Gwiazdą a Słońcem, przeczytają go podobnie. Bo jeśli tak, to może sąsiedztwo naprawdę niesie jakąś obiektywną informację. A jeśli każda osoba widzi coś innego, to może to jest bardziej projekcja niż odczyt?
Pozwolę sobie wejść z trochę szerszym kontekstem, bo myślę, że ta rozmowa dotyka czegoś fundamentalnego. Pytanie o sąsiedztwo kart to tak naprawdę pytanie o to, czy tarot jest systemem zamkniętym z ustalonymi znaczeniami, czy otwartym systemem relacyjnym. W systemach zamkniętych każdy element ma stałą wartość - jak litery w alfabecie. W systemach relacyjnych element znaczy tyle, ile wynika z jego relacji do innych elementów - jak słowa w zdaniu. Większość żywych tradycji tarotowych, niezależnie od tego, czy przyznają to explicite, działa bardziej jak system relacyjny. Ale co z tego wynika dla waszego pytania o to, czy tarot ujawnia to, co już jest, czy tworzy coś nowego? Bo to są dwie różne ontologie.
A mnie zastanawia inne - czy jak karta lezy odwrocona a obok niej sa same proste to czy ta odwrocona tez trohe sie 'prostuje'? Bo czytałem gdzies ze odwrocenie zmienia sie przez sasierdztwo ale nie wiem czy to prawda czy wymysł
Wiecie co, może zamiast filozofować, to po prostu trzeba poczuć energię rozkładu. Jak siadasz do kart i oddychasz przez chwilę, to po prostu wiesz, czy te karty ze sobą rozmawiają, czy nie. Tej wiedzy nie da się z książki wyczytać.
Chcę wrócić do pytania, które postawiła Teodozja na początku, bo myślę, że trochę zeszliśmy z tematu. Ona pytała konkretnie o dwa kierunki: czy otoczenie łagodzi negatywną kartę i czy negatywne otoczenie osłabia pozytywną. Czy ktoś ma konkretny przykład z praktyki, gdzie sprawdził, która odpowiedź okazała się trafna?
I to jest właśnie ta pułapka, o której cały czas mówimy - nie da się z jednego przykładu wyciągnąć zasady, bo zawsze możemy powiedzieć, że 'tak się ułożyło'. Potrzeba by było chyba setek takich przypadków, żeby cokolwiek powiedzieć o tym, czy sąsiedztwo realnie zmienia interpretację czy nie. A i tak zostaje pytanie o to, czy tarot w ogóle działa na zasadzie powtarzalnych wzorców, czy każdy odczyt to zdarzenie jednorazowe.
Teodozja trafnie wskazała na ten podział. Chcę dodać jeden element, który moim zdaniem bywa pomijany: w systemach korespondencji, które opisuje, sąsiedztwo mogło tworzyć coś w rodzaju 'napięcia żywiołów'. Dwa żywioły wrogie sobie obok siebie - powiedzmy woda i ogień - mogły być odczytywane jako konflikt niezależnie od narracyjnej interpretacji. To nie jest modyfikacja znaczenia karty, to raczej chemiczna reakcja dwóch substancji. Ciekawe, czy ktoś z was w ogóle korzysta z takich korespondencji przy odczycie?
No dobra, że różne tradycje mają różne przypisania, to wiedziałem, ale nie wiedziałem, że akurat Miecze i Buławy bywają zamienione. Skąd to pochodzi? Bo wydaje mi się, że to jednak nie jest główny nurt.
Sorki że wchodze w środek, ale mam pytanie praktyczne. Jak się czyta karty i np. wypadnie Five of Wands (Pięc Buław) obok Ten of Cups (Dziesientka Kielichów), to które przypisanie żywiołów ma się stosować? To zależy od talii? Bo to brzmi jakby ten sam rozkład mógł znaczyć co innego zależnie od tego jakiej talii użyjemy nawet przy tych samych kartach.
Przepraszam za głupie pytanie, ale z tego co czytam wynika, że jedna talia może dać inną odpowiedź niż inna talia na to samo pytanie? To jest trochę dziwne, prawda? Tak jakby różne termometry pokazywały różne temperatury w tym samym pokoju. Albo może to normalne i ja po prostu tego nie rozumiem.
Słucham tej rozmowy i mam wrażenie, że kręcimy się trochę wokół pytania o to, co robi sąsiedztwo, ale nie pytamy, kiedy sąsiedztwo zaczyna działać. Mam na myśli to, że w astrologii tranzyt planety 'aktywuje' coś dopiero, gdy dochodzi do koniunkcji albo opozycji - jest konkretna geometria, która uruchamia relację. Czy w tarota jest coś podobnego? Czy dwie karty obok siebie zawsze 'ze sobą rozmawiają', czy tylko wtedy, gdy czytający zadecyduje, że mają?
Chciałam dokończyć tę myśl, bo mi ucięło. W astrologii mamy coś, co można nazwać 'progiem aktywacji' - dwie planety nie wchodzą w relację, dopóki nie zbliżą się na określoną orb. Czy w tarota jest coś takiego? Czyli czy karty oddalone o kilka pozycji w rozkładzie też wchodzą w napięcie, czy tylko te bezpośrednio sąsiadujące?
Zaraz, ale to by tłumaczyło czemu mi niektóre karty 'przemawiają' a inne jakby nie. Może po prostu nie mam tych wzorców kulturowych dla niektórych symboli? Np. karty z symbolami kabalistycznymi mi nic nie mówią, bo nie mam pojęcia o kabale. Czy to znaczy, że dla mnie te karty są po prostu puste?
Ja właśnie uczę się na talii bardziej obrazowej i teraz się zastanawiam, czy przez to omijam coś ważnego jeśli chodzi o to sąsiedztwo. Bo jak nie znam korespondencji żywiołów, to czy mogę w ogóle wyczuć to napięcie, o którym tu mówicie? Może to jest właśnie ta różnica między czytającym, który ma system, a takim, który go nie ma.
Teodozjo, tak, dokładnie to! Jak wypadnie mi kilka kart Mieczy pod rząd to czuję jakiś chłód, nawet jeśli poszczególne karty nie są złe. I to nie jest kwestia znaczenia każdej z nich osobno. To ciekawe, że może nieświadomie korzystam z tego systemu, nie wiedząc o nim.
To jest trochę jak z muzyką - możesz poczuć dysonans, nie wiedząc nic o harmonii. Ale to nie znaczy, że teoria harmonii jest zbędna - ona daje ci język do opisania i świadomego tworzenia tego, co intuicja tylko rejestruje. Czy ktoś tu pracuje z tarota zarówno intuicyjnie, jak i systemowo i czuje różnicę w jakości odczytów?
A jak to jest w practyce - jak cztający czuje że karty się uzupełniają, ale system mówi ze sie gryzą, to co sie mówi osobie dla której czytamy? Że system mówi A ale ja czuje B? Bo to chyba zbija z tropu.
Nie sądzę, żeby to był relatywizm w złym sensie. System daje ramy, ale ramy nie są klatką. W tradycji Waite'a zresztą Smith celowo zaprojektowała Małe Arkana jako sceny z postaciami właśnie dlatego, żeby czytający miał punkt wyjścia do interpretacji, a nie gotową odpowiedź. Sąsiedztwo to struktura, rozmowa to treść - one działają razem.
To jest właśnie coś, czego się trochę boję ucząc się od podstaw - że za bardzo zapamiętam 'co karta znaczy' i przestanę patrzeć na całość. Czy da się jakoś ćwiczyć to patrzenie na sąsiedztwo od razu, zanim się opanuje wszystkie pojedyncze znaczenia?
Tu chyba jest ważne rozróżnienie - napięcie żywiołów to jedna warstwa, a napięcie narracyjne to inna. Można mieć dwie karty z tego samego żywiołu, które opowiadają zupełnie sprzeczną historię. I odwrotnie - dwie karty z wrogich żywiołów, które narracyjnie się uzupełniają. Który rodzaj sąsiedztwa jest 'ważniejszy'?
Moim zdaniem żywiołowy, bo to jest obiektywna cecha kart, a narracja to już wyobraźnia czytającego. Nie mówię, że zła, ale mniej wiarygodna.
Mam wrażenie, że ta dyskusja cały czas krąży wokół pytania, co jest źródłem znaczenia - karta, system, czytający czy ta rozmowa. I może właśnie w sąsiedztwie wszystkie te źródła nakładają się naraz, bo jedna karta to mało materiału, a kilka kart razem już tworzy pole, w którym każdy z tych czynników gdzieś się pojawia.
