Ostatnio siedzę głębiej w tradycyjnej astrologii i coraz bardziej przykuwa moją uwagę pojęcie peregrinacji. W skrócie - planeta jest w peregrinacji, gdy nie ma żadnej godności esencjalnej ani jej antonimu, czyli jest ani w domicylu, egzaltacji, tryplicity, termie ani fazie - ale też nie jest w detrimentcie ani failu. Jakby wisi w powietrzu. Nie ma gdzie się oprzeć. Chciałam zapytać - czy ktoś miał w natalu taką planetę wyraźnie peregrinującą i jak to się u was przejawia w życiu? Bo według starożytnych autorów taka planeta działa niejako bez zakorzenienia, chaotycznie, ale mnie interesuje, jak to wygląda w praktyce, nie w teorii.
Dobry temat. Peregrinacja to rzecz, o której bardzo często się zapomina, bo nowocześni astrolodzy skupiają się głównie na aspektach. Mam kilka planet w peregrinacji w swoim natalu i powiem ci, że najlepiej widać to przy Merkurym - gdy nie ma żadnej godności, jest jakby chameleon, który zmienia otoczenie, ale nigdzie nie czuje się naprawdę u siebie. Ale zanim rozwinę - powiedz, czy mówisz o peregrinacji w systemie ptolemejskim, czy bierzesz pod uwagę też godności w systemie Dorotejskim? Bo to robi różnicę przy liczeniu termów.
Czytam i też sie zastanawiam - bo mam Wenus w peregrinacji i przez długi czas nie rozumiałem czemu w relacjach zawsze cos bylo nie tak. Nie złe, nie tragiczne, ale jakby... bez gruntu. Wenera nie wie gdzie ma siedzieć i co chce. Tobiasz75 - czy peregrinująca planeta może sie zachowywać inaczej jesli jest mocno zaaspektowana, np. z Jowiszem? Bo moja Wenus ma trygon z Jowiszem i może to ratuje sytuację?
Bardzo ciekawy temat, bo dopiero zaczynam rozumieć godności esencjalne. Czy dobrze rozumiem, że planeta może być np. w znaku neutralnym, ale jeśli jest w termie właściciela znaku, to już nie jest peregrinująca? Trochę mi to umknęło przy nauce.
Przepraszam, że się wtrącę, bo jestem dość zielona z astrologii - co to znaczy, że planeta 'nie ma gdzie się oprzeć'? Czy to znaczy, że jej energię trudno w ogóle wykorzystać, czy raczej że jest nieprzewidywalna? Bo czytałam różne opisy i jedne mówią, że peregrinacja to słabość, a inne, że wręcz przeciwnie - planeta jest wolna i może działać po swojemu.
W szóstym. I to chyba wszystko wyjaśnia, bo codzienne rutyny, praca, zdrowie - te sfery mam permanentnie porozrzucane. Saturn w szóstym powinien dawać dyscyplinę w codzienności, a bez godności to jakby ktoś próbował układać puzzle bez obrazka na pudełku. Coś się ułoży, ale zawsze jakimś innym wzorem niż planowałam.
Saturn w szóstce bez godności to naprawdę konkretny przypadek. Znam kogoś z identycznym układem i ta osoba przez lata zmieniała prace co kilkanaście miesięcy - nie dlatego, że jej nie szło, tylko dlatego, że po jakimś czasie przestawała widzieć sens w tym co robi. Jakby brakowało wewnętrznego kotwiczenia. Można zapytać - czy to Saturn peregrinuje, czy może rządca szóstki ma problem? Bo zawsze sprawdzam oba.
Przyznam szczerze, że podchodzę do astrologii z dystansem, ale ten temat mnie zatrzymał. Rozumiem logikę godności jako system punktacji, ale mam pytanie - czy to nie jest trochę tak, że tę peregrinację można doszukać się prawie u każdego, jeśli wystarczająco długo szuka się braku godności we wszystkich systemach? Ile planet statystycznie jest peregrinujących w przeciętnym natalu?
U mnie Mars jest peregrinujący i zawsze miałam poczucie, że moja energia działa jakoś 'na oślep'. Nie wiem jak to inaczej opisać - jakbym miała dużo napędu, ale nie w stronę, którą sama wybrałam. Czy to brzmi znajomo dla kogoś jeszcze?
Czytam tę rozmowę i muszę się dołączyć, bo mam Księżyc w peregrinacji i to jest chyba mój największy 'problem' w natalu. Księżyc bez żadnej godności to jakby emocje, które nie mają bazy. Trudno mi się ustabilizować uczuciowo, zmieniam nastroje bez wyraźnego powodu i przez długi czas nie rozumiałam, dlaczego tak jest. Dopiero gdy ktoś pokazał mi to w kontekście peregrinacji, coś zaskoczyło.
Czytam tę rozmowę o tranzytach i mam pytanie może głupie - czy to znaczy, że peregrinacja to coś co się ZAWSZE czuje, przez całe życie? Czy może są jakieś okresy kiedy planeta jakoś 'znajdzie grunt' przez zewnętrzne wpływy i to trwalej?
A czy ktoś sprawdzał jak wygląda peregrinacja w horeary? Bo w natalu to jedno, ale podobno w horeary peregrinujący sygnifikator to bardzo konkretny sygnał - że ktoś jest zdezorientowany albo nie wie czego chce w danej sprawie. Mam wrażenie, że tam ta zasada działa jeszcze dosłowniej niż w natalu.
A skoro mówicie o horariach - czy to znaczy, że gdybym zapytała w horarii o coś związanego z Marsem i Mars byłby peregrinujący w tej horarii, to wzmacniałoby jakieś moje natalnie słabe Marsowe tendencje? Czy horaria jest od natalu całkiem niezależna?
Może z cztery lata? Ale pierwsze dwa to były raczej eksperymenty niż poważna praca. Horaria nauczyła mnie więcej o godnościach niż jakikolwiek podręcznik, właśnie dlatego, że wyniki są weryfikowalne.
Przepraszam że się wtrącę - czytam ten wątek od początku i mam podstawowe pytanie. Mam w natalu Słońce w Wadze i wiem, że to jest opadek. Czy to to samo co peregrinacja? Bo czytałam dwa różne artykuły i jeden mówił, że opadek to gorsza wersja peregrinacji, a drugi że to coś zupełnie innego.
To co opisuje Gosik77 brzmi dla mnie znajomo, tylko z drugiej strony. Mój Księżyc peregrinujący daje mi to poczucie, że nie wiem co czuję, nie że nie mogę pokazać. Jakby brak gruntu był głębiej, wewnętrzny. Czy to mogłoby być właśnie ta różnica między opadkiem a peregrinacją w praktyce?
Czytam tę rozmowę i mam wrażenie, że te kategorie - opadek, peregrinacja, egzaltacja - to jednak system bardzo subiektywny w interpretacji. Jedno 'nie mogę pokazać siebie', drugie 'nie wiem co czuję' - jak można stwierdzić, że to akurat wynik godności, a nie zwykłej osobowości albo wychowania?
A ja mam pytanie techniczne bo trochę się tu zgubiłam - jak sprawdzić peregrinację dla siebie? Czy jest jakaś aplikacja albo strona, która to od razu pokazuje, czy trzeba to liczyć ręcznie z tabel?
Sprawdziłam właśnie swój natal po tej rozmowie i wyszło mi, że Wenus jest peregrinująca. I teraz nie wiem co z tym zrobić. Czytam opisy i jedne mówią, że to dramat w relacjach, inne że można to 'przeprogramować'. Czy ktoś ma praktyczne doświadczenie z Wenus w peregrinacji w domu siódmym konkretnie?
Dobra, skoro już tu jestem i zadałam to pytanie, to powiem co czuję - czytam opisy peregrinującej Wenus i jest tam sporo o braku poczucia własnej wartości, trudnościach z przyjmowaniem miłości, niestabilności w relacjach. Część z tego pasuje, część nie. Ale jak odróżnić, czy to jest właśnie ta peregrinacja, czy po prostu moje życiowe doświadczenia ukształtowały mnie tak, a nie inaczej? Czy ktoś miał ten dylemat?
Czytam tę rozmowę o Wenus i mam pytanie może z innej strony - czy peregrinacja planety może się jakoś przejawiać pozytywnie? Bo tu głównie słyszę o trudnościach. Czy nie ma nigdy tak, że brak tych więzów daje jakąś wolność?
A wracając do tego co Tobiasz pisał wcześniej o tranzytach - rozumiem, że transit może chwilowo 'uziemić' peregrinującą planetę. Ale czy to działa też w drugą stronę? Czy można mieć planetę z mocną godnością natalną, a transit ją peregrinować? I jak to wtedy czuć?
Czytam tę rozmowę i próbuję dopasować do swojej sytuacji - mam Merkurego w Strzelcu i zawsze mi mówiono, że jest w detrimentach. Czy to jest to samo co peregrinacja czy coś innego? Bo czytam i trochę te pojęcia mi się mieszają.
A ja mam pytanie do Jagodziankii - mówiłaś wcześniej, że horaria nauczyła cię godnościami. Masz może jakiś przykład z własnej praktyki, gdzie peregrinujący sygnifikator był bardzo wyraźny? Nie żebym nie wierzyła, po prostu chcę zobaczyć jak to konkretnie wygląda, nie w teorii.
To 'przepłynął przez palce' brzmi dla mnie bardzo znajomo z mojego Księżyca. Właśnie tak opisałabym wiele emocjonalnych sytuacji w moim życiu - nie że było źle, ale że jakoś nie mogłam tego uchwycić, nazwać, zatrzymać. Ciekawa jestem czy to jest wspólny mianownik dla różnych peregrinujących planet - ta nieuchwytność.
To co Dianka pisze o nieuchwytności jako wspólnym mianowniku - mam wrażenie, że to jest klucz do całej peregrinacji. Tylko zastanawiam się, czy to nieuchwytność dotycząca *działania* planety, czy raczej nieuchwytność rozumienia samego siebie w tej sferze? Bo to są dwie różne rzeczy i chyba często je mieszamy.
Dla mnie to był brak rozumienia siebie, zdecydowanie. Nie tyle że coś się nie działo, ale że nie potrafiłam tego opisać, nazwać, wytłumaczyć sobie skąd te reakcje. Jakby brakowało słownika do własnego wnętrza w tej jednej konkretnej sferze.
