A mnie zastanawia coś innego. Stasia, czy obydwa razy był to ten sam gatunek ptaka? Bo czytałam kiedyś że różne gatunki niosą różne znaczenia i gołąb to co innego niż kruk czy wrona.
Wróbel to akurat bardzo konkretny symbol w dawnych wierzeniach. Nie był ptakiem śmierci jak kruk, ale był ptakiem domowym, związanym z opieką nad progiem. Jeśli wróbel leży martwy przy progu, to jakby strażnik domu sam pada. To inny rodzaj sygnału niż czarny ptak.
Szczerze? Nic konkretnego. Mama ma obrazki religijne, ale to wszystko. Żadnych świadomych działań w tym kierunku nigdy nie robiliśmy.
A ta sól to się kładzie dosłownie tak po prostu na podłodze? Czy gdzieś konkretnie? Pytam bo wydaje mi się że u mnie w domu by to nie przeszło logistycznie, mam kota który we wszystko zagląda.
Stasia, a powiedz mi jeszcze jedną rzecz - gdzie dokładnie znajdowałaś te ptaki? Przy samym progu, na ganku, może w ogrodzie? To nie jest bez znaczenia, bo bliskość domu zmienia interpretację.
Zmienia i to sporo. Ten przy progu to właśnie ten obraz strażnika który pada - o tym mówiłam wcześniej. Ten na chodniku to już trochę inne znaczenie, bardziej jakby coś zatrzymało się przed wejściem, ale jeszcze nie weszło. W obu przypadkach jest jakiś sygnał, ale nie identyczny.
W runach mamy podobny problem - dużo interpretacji które ktoś 'otrzymał' albo 'odczuł', a mało twardych podstaw historycznych. Nie znaczy to że te interpretacje są złe. Ale Stasia powinna wiedzieć z czego korzysta, jak będzie próbowała coś z tym zrobić.
Rozumiem co mówicie i właściwie cieszę się że to wybrzmiało. Mnie nie chodzi teraz o to żeby mieć pewny system do cytowania. Chodzi mi o to, czy to co przeżyłam ma jakiś sens - czy ptaki naprawdę mogły sygnalizować coś co potem się zdarzyło.
Stasia mówi o sensie, a nie o dowodach. To zupełnie inne pytanie. Ja rozumiem tę potrzebę - kiedy spotykają cię trudne rzeczy, chcesz wiedzieć czy wszechświat w ogóle daje jakieś znaki, czy to wszystko bez sensu.
Właśnie, mnie też to bardziej interesuje niż akademickie źródła. Stasia, czy ty czułaś coś kiedy znajdowałaś te ptaki? Jakiś niepokój, coś w środku? Czy to był po prostu martwy ptak i tyle?
To jest dla mnie ciekawe - powiedziałaś mamie, a nie na przykład mężowi albo koleżance. Może podświadomie wiedziałaś że to jest coś związanego z domem, rodziną? Bo mama to jednak centrum rodziny w jakimś sensie.
Mama machnęła ręką i powiedziała coś w stylu 'zostaw te ptaki w spokoju'. Ona w ogóle nie jest otwarta na takie tematy. Właśnie dlatego szukam tu odpowiedzi, a nie rozmawiam z rodziną.
A jak twoja rodzina zareagowała jak im już po fakcie powiedziałaś że wcześniej był martwy ptak? Czy ktokolwiek z nich to połączył, czy raczej wszyscy zbyli temat?
To jest ważna informacja. Połączenie zostało zrobione po fakcie, w pamięci, a nie w czasie rzeczywistym. Nie mówię że to unieważnia twoje doświadczenie, ale to zmienia sposób w jaki powinniśmy to rozważać. Pamięć lubi układać fakty w logiczne ciągi których wcześniej nie było.
Ale to jest właśnie powód żeby zacząć prowadzić coś w rodzaju dziennika. Nie po to żeby udowodnić że ptaki przepowiadają wypadki, ale żeby po jakimś czasie naprawdę mieć materiał do oceny. Bo teraz rozmawiamy głównie o wrażeniach i pamięci, a to jest kruchy grunt.
Właściwie ta myśl o dzienniku coś we mnie poruszyła. Zaczęłam pisać notatki nieregularnie jakiś czas temu, ale nigdy systematycznie. Pytanie czy to w ogóle coś da - bo jeśli mam rację co do ptaków, to chyba nie chcę czekać na kolejne zdarzenie żeby to sprawdzić.
Stasia, rozumiem ten opór, ale zauważ że to odwracasz logikę. Nie prowadzisz dziennika po to żeby wywołać zdarzenie. Prowadzisz go żeby mieć cokolwiek poza wspomnieniami. Te dwie rzeczy są zupełnie różne.
A powiedźcie mi, bo się trochę gubię - czy w ogóle jest jakaś różnica między martwym ptakiem przy domu a martwym ptakiem na przykład na ulicy dalej? Bo może to ma znaczenie, a my rozmawiamy jakby każdy martwy ptak był taki sam.
Ten pierwszy był na parapecie przy oknie kuchni. Drugi, ten przed wypadkiem mamy - leżał na ścieżce przed wejściem do domu, niedaleko wycieraczki. Żaden nie był daleko.
Nie, okno było zamknięte. Ptak po prostu leżał na zewnętrznym parapecie. Nie uderzył w szybę, bo nie było żadnych śladów. Po prostu leżał.
To jest może ważny detal - uderzenie w szybę to byłoby zdarzenie przypadkowe, ptak się pomylił i zginął. Ale ptak który po prostu leży bez żadnej widocznej przyczyny... to trochę inne, nie? Jakby przyszedł i padł, a nie zginął przy okazji.
Ja się tu trochę gubię w tych wszystkich poziomach. Stasia, jak ty sama to czujesz? Czy chcesz wiedzieć dlaczego ptak umarł, czy raczej co to dla ciebie znaczy? Bo to chyba dwa zupełnie różne pytania.
Stasia, to nie jest zamknięty rozdział tylko dlatego, że minął czas. W wielu tradycjach gest można złożyć z opóźnieniem - intencja liczy się tak samo. Ale powiedz mi jedno: czy w tym czasie kiedy to się działo, robiłaś cokolwiek instynktownie? Coś co teraz może wydawać się bez sensu, ale wtedy poczułaś że musisz?
To zakopanie w rogu ogrodu - to nie jest przypadkowy instynkt. Narożniki posesji to też miejsca graniczne, podobnie jak próg czy okno. Stasia, skąd ci to w ogóle przyszło do głowy? Bo to brzmi jak coś zakorzenionego głębiej niż przypadek.
Właśnie na to zwróciłam uwagę. Pierwszemu ptakowi dałaś coś w rodzaju pochówku, drugiemu nie - i to właśnie po drugim przyszedł wypadek. Nie mówię że to na pewno jest połączone, ale ta korelacja jest jednak dziwna.
Słucham tej rozmowy i mam jedno pytanie do Stasi - czy po zakopaniu pierwszego ptaka czułaś ulgę? Jakiś spokój? Czy to był tylko odruch i potem zapomniałaś?
Poczekajcie, muszę zapytać bo nie rozumiem - mówimy o zakopaniu martwego ptaka jako o czymś co mogło zadziałać ochronnie, tak? Czy ja dobrze rozumiem? Bo to brzmi jakby sam gest coś zmieniał, a nie że ptak był tylko znakiem.
