Mam pytanie do Stasi zanim pójdziemy dalej - czy w twojej rodzinie w ogóle było coś takiego jak zwracanie uwagi na znaki? Babcia, mama, ktoś kto mówił żeby uważać na określone rzeczy? Bo to zakopanie ptaka jakby skądś u ciebie wyszło.
Babcie wiedzały. Serio mówię, nie żartuję. Moja to samo, zawsze mówiła o ptakach i o progu, i przez lata myślałem że to zabobon. A potem pare razy cos się zgadzało na tyle że przestałem tak szybko machać ręką. Stasia, ta wiedza którą masz po babci - ona jest gdzieś w tobie, stąd ten instynkt z zakopaniem.
Sorki że się tu wtrącę ale chcę zapytać - czy to że Stasia zakopała ptaka w rogu ogrodu to jest coś co można znaleźć gdzieś opisanego, czy to po prostu jej własny instynkt? Bo zastanawiam się czy takie rzeczy są skodyfikowane czy każdy robi po swojemu.
A ja wciąż myślę o tym co powiedziała Stasia - że przed wypadkiem mamy była nerwowa od kilku dni. Stasia, czy te nerwy to była jakaś konkretna obawa o mamę, czy po prostu ogólne złe samopoczucie? Bo to mi coś sugeruje.
Stasia, to 'naelektryzowanie' bez powodu to jest dla mnie bardzo ciekawy sygnał. Bo zastanawiam się czy to mogło być właśnie to, co ludzie nazywają przeczuciem - tylko że nie umiałaś go wtedy zidentyfikować. Masz wrażenie że gdybyś znalazła martwego ptaka w tamtym czasie, to połączyłabyś jedno z drugim?
To jest właśnie coś o czym warto tu powiedzieć. Stasia mówi że była naelektryzowana, nerwowa bez powodu. To nie brzmi jak coś wymyślonego po fakcie - to brzmi jak coś co rzeczywiście czuła, zanim cokolwiek się stało. Pytanie do niej jest inne: czy tamto uczucie miało jakiś kierunek, czy to była po prostu fala niepokoju bez źródła?
I to jest sedno. To uczucie 'coś wisi' - to jest właśnie stan w którym człowiek powinien być bardziej uważny na to co wokół niego, na sygnały z zewnątrz. A tymczasem Stasia mówi że była stępiona, nie szukała. Jakbyś słyszała szum ale miała zatyczki w uszach.
No właśnie, i tu wracamy do pytania z czym mamy do czynienia. Czy ptak jest znakiem dlatego że niesie jakąś informację, czy jest znakiem dlatego że nam pomaga wyjść z tej mgły nastroju i skupić się? Bo Stasia mówi że po zakopaniu pierwszego była spokojniejsza i bardziej skupiona. Ale spokojniejsza na co konkretnie?
To co Stasia opisuje brzmi bardzo podobnie do tego czym była akceptacja sygnału w dawnych wierzeniach. Nie żeby coś powstrzymać, ale żeby wejść w to co nadchodzi świadomie, a nie z zaskoczenia. Zwierzę które padało było traktowane jako posłaniec - nie zagrożenie samo w sobie. Odpowiedź na to posłanie zmieniała twoje miejsce w tym co miało nadejść.
Stasia, mam pytanie które trochę cofnie nas wstecz. Mówisz że babcia miała dużo takich powiedzeń. Czy ona ci kiedyś konkretnie mówiła co robić z martwym ptakiem przy domu, czy to zakopanie było twoje własne?
To co Stasia opisuje jest według mnie kluczowe. Intencja nie musi poprzedzać gestu - może go zrozumieć dopiero po. Ciało zapamiętuje to co wie, i robi zanim głowa zdąży zapytać po co. To jest właśnie ta warstwa wiedzy przekazanej przez babcię, tylko nie jako słowa.
Słucham tej rozmowy od dłuższego czasu i mam jedno konkretne pytanie do Stasi. Mówiłaś że jesteś teraz bardziej czujna, że obserwujesz. Czy od tamtego czasu widziałaś znowu coś co cię zaniepokoiło - niekoniecznie ptak, cokolwiek - i jak zareagowałaś?
Stasia, to jest ważne co mówisz, bo to uderzenie bez śladu jest innym rodzajem sygnału niż martwy ptak. Jedno jest fizyczne, drugie... nie ma potwierdzenia materialnego. I reagujesz na oba tak samo. Pytam wprost: czy sama nie boisz się że teraz będziesz widzieć znaki w każdym głośnym dźwięku?
Że się wstydziłaś - to mnie uderzyło. Bo przez całą tę rozmowę mówiłaś o rzeczach które czujesz bardzo konkretnie, i teraz nagle wstyd. Stasia, od kogo - od rodziny? Boją się śmiać czy naprawdę nie wiesz jak by zareagowali?
Stasia, a powiedziałaś kiedykolwiek córce albo synowi o babci i jej powiedzeniach? Bo zastanawiam sie czy ten wstyd nie wynika z tego że te przekonania gdzieś po drodze zostały przetrącone przez rodzinę - bo ktoś śmiał sie kiedy byłaś mała, albo mówiło sie że to nienowoczesne. Czy to pasuje z czymś?
No i mamy coś zupełnie nowego. To nie jest już tylko pytanie o ptaki i znaki. To jest pytanie o to co wzięłaś od babci i co zakopałaś razem z tym wstydem. I to zakopanie - dosłowne i przenośne - jest chyba w tej historii ważniejsze niż wypadek.
Stasia, powiem ci jedno. W tarocie jest karta która mówi o wiedzy odziedziczonej, ale zanegowanej - i kiedy ta wiedza wraca, wraca przez konkrety, przez ciało, przez instynkt, a nie przez intelekt. To co opisujesz z tym zakopaniem ptaka, z tym że zrobiłaś zanim pomyślałaś - to jest właśnie ten mechanizm. Babcia ci czegoś nie przekazała słowami. Przekazała ci to inaczej.
Przeczytałem ten wątek prawie od początku i mam pytanie może trochę z boku, ale mnie nurtuje. Cała ta rozmowa zakłada że te sygnały - ptaki, uderzenia, nastroje - mają jakieś źródło, jakiś nadawcę. Ale czy ktoś tu zastanawiał się nad tym że może te sygnały są wewnętrzne? Że to sami je wysyłamy i sami odbieramy, i że to też jest wartościowe, nawet bez żadnej siły zewnętrznej?
Stasia, był rytm - i to bardzo konkretny. Związany z porami roku, z progiem domu, z tym co się obserwuje każdego dnia. Nie jednorazowe zdarzenia, tylko wzorzec. Jaskółka raz wleci przez okno to nic, ale jak przez trzy kolejne dni coś wraca do tego samego miejsca - to jest sygnał. Pytanie do ciebie: czy ten ptak, który uderzył w okno, pojawił się tylko raz czy było jakieś powtórzenie?
Tylko raz. Ale kilka dni wcześniej widziałam martwą srokę przy furtce. Nie połączyłam tego wtedy w ogóle. Dopiero teraz, jak piszę, widzę że były dwa zdarzenia blisko siebie.
A ja mam pytanie które może być głupie, ale się go nie wyzbędę. Stasia mówiła o dwóch zdarzeniach - sroka i potem ptak w okno. Ale ile rzeczy dzieje się w ciągu tygodnia których nie zauważamy? Martwy ptak przy drodze, kot który leży nieruchomo na chodniku, cokolwiek. Czy może jest tak że zdarzenia są cały czas, ale my je rejestrujemy tylko przed nieszczęściem? Bo potem je pamiętamy.
To mnie boli. Naprawdę. Bo ona mogła mi to przekazać i ja wtedy nie chciałam słuchać, bo mama mówiła swoje. I teraz nie mam ani kodeksu ani nikogo kto by mi pomógł go odbudować. Zostały mi fragmenty, strzępy, jakieś obrazy z dzieciństwa.
Stasia, ale te strzępy to nie jest nic. Czasem wlasnie z fragmentów sie sklada cos co ma sens. Czy pamietasz jakies konkretne powiedzenie babci o ptakach? Albo o progach, o furtce? Cokolwiek co wiazało by sie z tym co teraz opisujesz?
Stasia, to jest konkretny rytuał. I jest w nim logika - ptak który wyleciał znaczy że zabrał coś ze sobą i poszedł. Ptak który padł - zostaje i trzeba go odprawić. Czy tamten ptak który uderzył w okno - wyleciał czy padł?
Stasia, to że to zrobiłaś instynktownie, bez myślenia, bez żadnego kodeksu który byś świadomie znała - to jest chyba najważniejsza rzecz którą powiedziałaś w całym tym wątku. I teraz mam do was wszystkich pytanie: czy to znaczy że ta wiedza jest w niej, nawet jeśli słowa do niej zginęły?
To pytanie Hani jest dobre i chcę się przy nim zatrzymać. Bo jeśli Stasia zakopała ptaka instynktownie, bez żadnego świadomego kodeksu, to skąd ten instynkt? Jedna odpowiedź jest taka, że to babcia - że gdzieś w ciele zostało coś z tych rozmów, z patrzenia jak babcia coś robi, nawet jeśli głowa tego nie zapamiętała. Ale jest jeszcze inna odpowiedź, która mnie bardziej niepokoi. Że to nie musiała być babcia. Że pewne gesty wobec martwego zwierzęcia są tak stare i tak szeroko rozrzucone, że mogły po prostu przyjść z głębiej. Stasia, jak to zrobiłaś to zakopywanie - byłaś spokojna, czy byłaś w jakimś silnym wzburzeniu? Bo to mi by dużo powiedziało o tym, skąd to przyszło.
