Dokładnie to. Historia domu może dać kontekst emocjonalny, może pomóc zrozumieć naturę ewentualnej obecności, ale jej brak nie dowodzi że nic nie ma. Miejsca absorbują energię nie tylko przez śmierć. Silne emocje, długoletnie zamieszkanie, rutyny, przywiązanie do miejsca - to wszystko zostawia ślad według tradycji, z którą pracuję. Tunia, czy wiesz coś o tym jak długo poprzednia rodzina tam mieszkała?
To wszystko bardzo mądrze brzmi i dziękuję za te porady. Czułam się trochę głupio że tak długo czekałam żeby pogadać z Haliną, ale teraz wiem że muszę. Zaraz jutro jak będzie przy swoim ogródku to zagadam. Ale Romualda zadała pytanie które mi nie daje spokoju - bo co jeśli historia domu będzie zupełnie zwykła? Mam wtedy szukać dalej czy po prostu… zaakceptować że coś tu jest, nie wiem co, i tyle?
Tunia, to ważne pytanie, ale myślę że stawiasz je odrobinę nie tak. Bo co to w ogóle znaczy 'zaakceptować że coś jest'? Zaakceptować jako co - jako zjawisko fizyczne, jako obecność, jako własną psychikę? To nie jest to samo i od odpowiedzi na to zależy co dalej. Romualda pytała mądrze, ale chciałabym żebyś sama sobie odpowiedziała - jak to czujesz? Czy te przesunięcia są dla ciebie groźne, neutralne czy może nawet pomocne?
Właśnie chciałam napisać dokładnie to samo! Bo przez całą dyskusję trochę zakładamy że to jest problem który trzeba rozwiązać, a może wcale nie jest? Tunia, ty sama nigdy nie napisałaś że się boisz, napisałaś że cię to zdumiewa. To jest duża różnica.
no ale to 'przyjazne patrzenie' to mozesz sobie wmowic sama, nie? jak cos znika i sie pojawia to nie wiesz czy jest przyjazne czy nie. mozesz po prostu nie czuc zagrozenia bo nic zlego jeszcze nie zrobilo. to troche jak z dzikim zwierzeciem - spokojne poki nie zareagujesz zle
Wracając do pytania Romualdy, bo uważam że to jest sedno całej rozmowy. Jeśli historia domu okaże się czysta i spokojna, to mamy dwie opcje. Albo zjawisko nie jest związane z historią miejsca, albo historia wcale nie jest taka czysta jak dokumenty pokazują. To drugie jest częstsze niż się wydaje. Akty notarialne nie notują emocji.
Glifmistrz, ale jest jeszcze trzecia opcja o której mało kto tu mówi wprost - że zjawisko jest związane nie z miejscem, tylko z Tunią. Albo z kimś z domowników. Poltergeisty klasyczne są podobno związane z konkretną osobą, nie z domem. Gdyby Tunia wyprowadziła się, zabrałoby to ze sobą swoje sztuczki.
ohh to właśnie nie pomyślałem o tym w ten sposób. czyli jak Tunia kupiłaby nowy dom to te rzeczy mogłyby też tam znikać? to by bylo dziwne, bo to oznacza że szukanie w historii budynku mogłoby nic nie dać
Vladi, to jest interesujące, ale jak to w ogóle odróżnić praktycznie? Bez przeprowadzki nie wiadomo czy idzie za Tunią czy zostaje w domu. Chyba że… Tunia, czy miałaś kiedykolwiek coś podobnego w innym miejscu gdzie mieszkałaś? Wcześniej, przed tym domem?
Nie, nigdy. Przez piętnaście lat mieszkałam w bloku i nic. Żadnych znikających rzeczy, żadnych przesunięć. Zaczęło się tu, po tym domu. Więc chyba raczej miejsce niż ja?
To jest ważna informacja i dobrze że padła. Jeśli wcześniej przez długi czas nic się nie działo, a zaczęło się po zmianie miejsca, to argument za tym że jednak miejsce ma znaczenie. Choć nie wyklucza też że coś w tym miejscu 'trafiło' akurat na Tunię jako osobę która to odczuwa. Nie każdy lokator zauważa te same rzeczy.
Fasolka, to zdanie mnie zatrzymało. Czy sugerujesz że poprzedni mieszkańcy mogli tego nie zauważać albo uważali to za normalne? Bo to by tłumaczyło czemu sąsiedzi nic nie mówili - po prostu nikt nigdy się nie skarżył, bo nie każdy rejestruje takie subtelne rzeczy.
a czy mozna w ogole zapytac sąsiadkę tak żeby nie wyszło dziwnie? jak ja bym miała pytac sąsiadów 'czy coś wam tu znikało' to by na mnie dziwnie patrzyli 🙂 moze trzeba to inaczej ubrać w słowa
Bozenka ma rację że pytanie trzeba dobrze sformułować. Tunia wspomniała że chciałaby zapytać pod pretekstem remontu, poznania historii domu. To jest naturalne i niczego nie zdradza. Nie trzeba od razu mówić o znikających nożyczkach. Wystarczy słuchać co sąsiadka sama powie, bez prowokowania.
Właśnie o to mi chodziło z tym pytaniem o historię domu bez złej historii. Bo jeśli pani Halina powie że to była spokojna rodzina, że babcia mieszkała lat trzydzieści, nic złego się nie działo - to wtedy Tunia staje przed czymś być może ciekawszym. Obecność opiekuńcza nie potrzebuje tragedii żeby istnieć. Czasem to po prostu ktoś kto po prostu… nie odszedł do końca.
Romualda, 'ktoś kto nie odszedł do końca' to ładna metafora ale nie wyjaśnienie. Chcę być uczciwa z Tunią bo myślę że na tym etapie bardziej służy jej rzetelna analiza niż narracja. Mamy trzy przypadki. Jeden dom. Brak kontekstu historycznego. Zanim wejdziemy w kto i dlaczego, ustalmy najpierw solidnie co i kiedy. Stąd moje poparcie dla rady Czesława - zapisz fakty zanim pójdziesz do sąsiadki.
