I właściwie w tym miejscu jesteśmy od jakiegoś czasu w tej rozmowie. Wracamy do tego samego punktu: nie można wykluczyć ani potwierdzić. Zastanawiam się czy nie warto zapytać inaczej. Nie "czy to był dziadek" tylko "co nam mówi sam fakt że ludzie mają takie doświadczenia, i to nie sporadycznie, tylko w podobnych okolicznościach, po stracie". Coś w tym wzorcu musi być.
Dokładnie. I to jest pytanie które otwiera coś ciekawszego niż spór o to czy duch może wejść w kota. Bo odpowiedź na "co nam to mówi" jest inna zależnie od tego w jakiej ramie stoisz. Psycholog powie jedno. Ktoś z tradycji animistycznej powie coś kompletnie innego. I obydwie odpowiedzi będą wewnętrznie spójne.
To jest istotne. Bo znam dużo historii gdzie ludzie aktywnie szukali kontaktu, robili rytuały, otwierali się na to celowo. I często nic. A tu ktoś kto nic nie szukał, dostaje coś co przychodzi samo. Zastanawiam się czy nie ma w tym jakiejś prawidłowości.
Mnie ta samotność w takich momentach wydaje się nieprzypadkowa. Nie w sensie zaplanowanym przez cokolwiek, ale w sensie że może właśnie dlatego że byłaś sama, byłaś w innym stanie uwagi. Jak jest ktoś obok, to część ciebie jest przy tej osobie. Jak jesteś sama z bólem, jesteś w tym bólu inaczej.
To "nauczyłam się z tym nie wiedzieć żyć" brzmi jak coś ważniejszego niż cała reszta tej rozmowy. Bo większość ludzi albo zamienia takie doświadczenie w pewność że coś jest, albo w pewność że to była tylko psychika. A zostanie z otwartym pytaniem to zupełnie inna pozycja.
Wchodzę z boku bo mi się nasuwa inne skojarzenie. Mówimy dużo o tym co Honorata czuła i myślała, ale tytuł wątku pyta o coś konkretnego, czy rodzina może wracać w formie zwierząt. I ja nadal nie wiem co myślę o tej podstawowej sprawie. Czy ktoś tutaj ma jakieś inne doświadczenie podobne do tego, nie żałoba po kimś bliskim, ale właśnie ta konkretna forma powrotu przez zwierzę?
