Nie wiem jak zacząć, bo to brzmi absurdalnie, ale... moja babcia zmarła dwa lata temu. Tydzień po pogrzebie pojawił się u nas na ganku rudy kot. Nigdy wcześniej żadnego kota nie widzieliśmy w okolicy. Usiadł przy drzwiach i patrzył na mnie dokładnie tak jak babcia - z takim spokojnym, oceniającym wzrokiem. Mama to zobaczyła i wybuchnęła płaczem. Powiedziała, że to ona. Sama nie wiem co myśleć, ale to było niesamowite uczucie. Czy ktoś miał coś podobnego? Czy w ogóle wierzycie, że dusze bliskich mogą wracać w zwierzętach?
O rany, jak to czytam, to mam gęsią skórkę. U nas coś podobnego było z wróblem po śmierci dziadka. Przyleciał na parapet i siedział tam chyba godzinę, zupełnie się nie bał. Rodzina mówiła że to dziadek. Nie wiem czy wierzę, ale jakoś to poczułam wtedy...
To dość powszechny motyw w wielu tradycjach - od słowiańskich wierzeń przez szamanizm po niektóre nurty spirytualizmu. Ale zanim wszyscy zaczniemy mówić "to babcia", chciałbym zapytać: czy w obu przypadkach byliście jedynymi świadkami? Czy ktoś inny widział to zwierzę i zareagował tak samo, czy może inaczej?
To z tym dotykaniem mnie uderzyło. Czytałam gdzieś, że jeśli duch przybiera formę zwierzęcia, to często właśnie unika fizycznego kontaktu. Jakby ta forma była tylko... wizualna? Nie wiem czy to ma sens, ale tak to tłumaczono. Czy babcia za życia też była raczej powściągliwa, nie za bardzo okazywała uczucia?
Hej, poczekajcie chwilę. Nie chcę psuć atmosfery, ale to "zimno mi się zrobiło gdy to pasuje" to klasyczny mechanizm - szukamy wzorców i potwierdzenia, bo chcemy wierzyć. Każda babcia gdzieś tam była powściągliwa, każdy rudy kot będzie siedział spokojnie jeśli jest głodny. Nie mówię, że nic się nie stało, ale warto to sprawdzić: czy ktoś z was w tamtym czasie NIE chciał żeby to był znak, i też tak to odebrał?
Jesień, tydzień po pogrzebie, październik-listopad - to akurat zbieżność z Zaduszkami, która ciężko zbagatelizować jeśli patrzymy na to przez pryzmat tradycji. Kunia, a czy w tym kontekście liczy się też, że inni domownicy reagowali tak różnie? Bo Honorata wspomniała, że brat zupełnie to zbył.
Czytam to i mam bardzo podobną historię z ojcem. Ale u mnie jest coś, co mnie niepokoi - bo moja siostra, która też była przy tym, pamięta to zupełnie inaczej. Ja pamiętam, że ptak usiadł na moim ramieniu. Ona twierdzi, że w ogóle nie było żadnego ptaka, że to był liść który wiał i że chyba płakałam i nie widziałam dobrze. Kto z was miał coś takiego - że inni świadkowie dosłownie zaprzeczają że coś było?
To jest właśnie ten wątek który mnie najbardziej tu interesuje - nie "czy dusze wracają w zwierzętach", bo to kwestia wiary i tradycji. Ale dlaczego niektórzy świadkowie tych samych zdarzeń mają zupełnie inne, wręcz sprzeczne wspomnienia. Jolanta, Honorata - czy rozmawiałyście potem z tymi osobami? Jak reagowały kiedy im mówiłyście co pamiętacie?
Czytam ten wątek od początku i ciągle wracam do jednej rzeczy - że w obu historiach, i u Honoraty i u Jolanty, zwierzę pojawiło się bardzo szybko po pogrzebie. Honorata mówiła o tygodniu, Jolanta o kilku dniach. Czy ktoś zna inne podobne relacje, gdzie czas był inny, dużo późniejszy?
Słucham tego i zastanawiam się - czy nie jest tak, że w obu przypadkach to zwierzę zachowywało się po prostu niezwykle spokojnie? Bo bezpański kot który podchodzi do człowieka i siedzi nieruchomo, i ptak który ląduje na ramieniu - to nie są normalne zachowania dla dzikich zwierząt.
To z tym zachowaniem zwierząt jest ciekawy trop. Ale żeby nie odpłynąć za daleko - tutaj pytanie brzmi nie tylko "dlaczego się tak zachowało", ale "co to miało znaczyć". I to jest już zupełnie inny poziom. Honorata, ty sama miałaś poczucie że to twoja mama, czy bardziej że to znak od niej?
Ma sens, bo to co opisujesz brzmi bardziej jak obecność niż jak wcielenie. To chyba różne rzeczy? Tzn. wcielenie oznaczałoby że dusza "weszła" w zwierzę, a obecność to coś jakby sygnał albo kontakt przez zwierzę. Czy dobrze rozumiem?
Właśnie o to mi chodziło. Bo jednorazowość to jest albo argument za tym że coś było wyjątkowego i celowego, albo właśnie przeciw, bo można powiedzieć że to był przypadek. Szaman, jak ty to interpretujesz w kontekście tradycji które znasz?
Czytałam gdzieś że w jungowskiej psychologii symbole są jak najbardziej realne w sensie psychicznym, czyli oddziaływają prawdziwie, nawet jeśli nie mają materialnej przyczyny. Nie wiem czy to tutaj pasuje, ale mnie to zawsze wydawało się mądrym sposobem na pogodzenie tych dwóch perspektyw.
To jest istotna informacja. Jednorazowe pojawienie się i zniknięcie nieznanego zwierzęcia w emocjonalnie naładowanym momencie, to jest właśnie ten typ zdarzenia który jest opisywany w różnych relacjach niezależnie od kultury. Nie wiem co to znaczy, ale nie jest to typowe.
A czy ktoś tu miał coś podobnego? Niekoniecznie zwierzę, ale takie zdarzenie tuż po stracie, które nie dawało się wytłumaczyć, a które miało to poczucie że ktoś jest blisko? Pytam bo wydaje mi się że w tym wątku mamy dwie relacje, ale może jest ich więcej.
Zapach to zresztą jeden z najczęściej opisywanych sygnałów, zaraz obok właśnie zwierząt. I to jest ciekawe, bo zapach jest bardzo bezpośrednio połączony z pamięcią emocjonalną. Może dlatego akurat te dwa kanały, dotyk przez zwierzę i zapach, są tak często wymieniane. Działają na coś głębszego niż wzrok.
To jest kluczowa obserwacja. W tradycjach szamańskich przekazy przez sferę zmysłową są uznawane za silniejsze właśnie dlatego że omijają umysł analityczny. Zapach, dotyk, wzrok. Mózg nie ma kiedy powiedzieć "nie", zanim zdarzenie już się stanie. Gituska, pamiętasz w jakim momencie to było? Bezpośrednio po, czy jakiś czas później?
Zastanawiam się czy to nie jest tak, że te doświadczenia są akurat tak skonstruowane, żeby nie dało się ich zweryfikować. Zapach który znika, kot który się nie powtarza, jednorazowe zdarzenie. Jakby ze swojej natury nie zostawiały śladów. Czy to nie jest trochę podejrzane, że zawsze są poza zasięgiem sprawdzenia?
Słucham tej rozmowy i myślę sobie, że może to nie jest ważne czy to da się sprawdzić. Nie dlatego że sprawdzanie jest złe, ale dlatego że to doświadczenie i tak już jest częścią mnie. Zaprzeczenie mu nic nie zmieni w tym co czułam. Czy to jest jakiś błąd myślenia z mojej strony?
Wcale nie brzmi absurdalnie. Koty jako zwierzęta są opisywane w bardzo wielu tradycjach właśnie przez pryzmat tej właściwości, czyli że mogą przenosić obecność kogoś innego. Niezależnie od tego co o tym sądzisz, to poczucie bycia rozpoznanym przez coś co nie powinno cię znać, to jest bardzo konkretny element tych relacji. Honorata, czy w tamtym momencie od razu wiedziałaś co to jest, czy ta interpretacja przyszła później?
To co opisujesz to jest właśnie ten moment przed refleksją. I z perspektywy fenomenologicznej to jest osobna kategoria doświadczenia, nie mniej ważna niż to co potem analizujemy. Jung miał na to słowo: numinosum. Coś co działa zanim zdążysz pomyśleć.
I to jest właśnie punkt, który mnie od początku tej rozmowy najbardziej zastanawia. Bo mamy tutaj doświadczenie, które zadziałało terapeutycznie, zanim ktokolwiek zdążył je zinterpretować. To nie jest efekt placebo w klasycznym sensie, bo żeby placebo zadziałało, musisz wiedzieć że bierzesz lek. Tu wiedzę miałaś dopiero po fakcie.
Mnie ciekawi jedno. Cały czas rozmawiamy o tym co Honorata czuła i jak to zinterpretować. Ale jest jeszcze ta kwestia którą ktoś poruszył dużo wcześniej, że kot pojawił się i zniknął w sposób który nie pasował do okoliczności. Czy ktoś wie co się z nim stało? Czy to w ogóle wyszło?
Słucham i myślę że może nie zawsze chodzi o sprawdzenie. Sama miałam coś podobnego, nie z kotem, z ptakiem, który usiadł na parapecie akurat kiedy byłam w bardzo złym miejscu. Nie zastanawiałam się wtedy skąd i dokąd. Po prostu byłam tam z nim przez chwilę. Czy to jest błąd?
I tu wracamy do miejsca w którym ta rozmowa jest naprawdę interesująca. Bo pytanie "czemu akurat wtedy" zakłada że to nie jest przypadkowe. A odpowiedź na to pytanie prowadzi albo do neuropsychologii albo do czegoś co nie mieści się w neuropsychologii. Honorata, mam do ciebie pytanie. Czy wcześniej, przed tą chwilą z kotem, miałaś jakiekolwiek doświadczenia które uznałaś za kontakt z kimś po drugiej stronie?
To jest ważna informacja. Bo jednorazowość zmienia kontekst. Jeśli ktoś ma dziesiątki takich doświadczeń, można rozmawiać o wzorcu percepcyjnym. Ale jeśli to jeden raz, w bardzo konkretnym momencie życia, i dokładnie taki jak opisujesz, to argument o "tendencji" traci grunt. Mam pytanie do wszystkich, czy ktoś miał jednorazowe doświadczenie, nie powtarzające się, które nadal traktuje jako coś innego niż przypadek?
