Nie wiem nawet jak zacząć, bo brzmi to absurdalnie nawet dla mnie. Byłem z kolegą na działce za miastem, późno wieczorem, i obaj w tym samym momencie zobaczyliśmy coś przy granicy lasu. Sylwetka, wyraźnie ludzka, ale zbyt wysoka i jakby... niewyraźna w konturach. Stała nieruchomo przez może dziesięć sekund, potem zniknęła. Nie uciekła. Po prostu przestała być. Kolega złapał mnie za ramię i powiedział dokładnie to, co ja miałem powiedzieć. Widzieliśmy to samo, w tym samym miejscu, w tym samym czasie. Gdy opowiedziałem o tym w domu, usłyszałem że za dużo piliśmy. Nie piliśmy wcale. Czy ktoś miał coś podobnego, że ktoś drugi był przy tym razem z wami?
Czytam to i mam gęsią skórkę. Mnie i mojej siostrze przydarzyło się coś bardzo podobnego w mieszkaniu naszej babci. Obie zobaczyłyśmy postać w drzwiach pokoju. Siostra zapytała mnie czy widzę to co ona, zanim ja zdążyłam otworzyć usta. Rodzice też mówili że nam się przywidziało, że to przez zmęczenie. Ale jak dwie osoby widzą to samo jednocześnie i żadna nie zaczęła rozmowy, to chyba nie jest przywidzenie?
To akurat jeden z mocniejszych argumentów za tym, że zjawisko było realne, a nie wytworem wyobraźni. Zbiorowe percepcje tego samego obrazu przez dwie niezależne osoby są zupełnie inną kategorią niż jednostkowe doświadczenia. Goris, masz jakieś szczegóły dotyczące tego miejsca? Działka stara, nowa, czy coś się tam wcześniej działo? Bo lokalizacja tutaj ma znaczenie.
Jak najbardziej ma sens. Starsze osoby często wiedzą rzeczy o miejscu, które nigdy nie były uznawane za "opowiastki" - po prostu były częścią codziennego życia. Moja babcia na przykład całkiem normalnie mówiła o tym że w pewnym kącie jej domu "coś bywa" i traktowała to jak informację, nie jak powód do strachu. Możesz zagaić przez wspomnienia z działki, bez wchodzenia od razu w temat zjawiska.
Wracałem kilka razy. Ostatnio byłem tam z tym samym kolegą i nic się nie powtórzyło, ale obaj mieliśmy to samo dziwne uczucie w jednym miejscu - takie jakby powietrze gęstnieje. Nie widzieliśmy nic konkretnego, ale obaj zatrzymaliśmy się w tym samym punkcie bez porozumienia. Nie wiem co o tym myśleć.
To zatrzymanie się - czy to był strach, czy raczej coś co po prostu nie pozwoliło iść dalej? Bo to dwie różne rzeczy i warto je rozróżnić, zanim zaczniemy interpretować.
To co opisuje kolega - to nogi same stanęły - pojawia się w relacjach bardzo różnych ludzi w różnych miejscach. Nie tylko w Polsce. Mnie bardziej ciekawi jednak to że obaj się zatrzymaliście, ale czy w dokładnie tym samym momencie, czy jedno za drugim?
Ja też mam podobnie z pewnym miejscem i zawsze mnie uderzało że zwierzęta reagują zupełnie inaczej. Nasza kotka w pewnym kącie pokoju po prostu nie wchodziła. Nie bała się, tylko omijała. Czy na tej działce są zwierzęta w ogóle?
Takie rzeczy często wychodzą przy okazji innych rozmów, nie bezpośrednio. Ktoś wspomina że "tam nie siada się wieczorami" albo że "ciągnie stamtąd" i traktuje to jak oczywistość. Zapytanie babci naprawdę nie musi być trudne - wystarczy zacząć od historii miejsca w ogóle, nie od zjawisk.
Ale może ona wie i wcale się nie zdziwi? Starsze pokolenie często ma zupełnie inne podejście do takich rzeczy, bardziej oswojone. Moja prababcia mówiła o pewnych sprawach jak o pogodzie.
To brzmi zdrowo. Nie obsesja, ale nie wyparcie. Mam pytanie bo to ważne dla całej tej historii - czy od tamtego zdarzenia wasze relacje z kolegą się zmieniły? Czasem takie wspólne doświadczenie albo zbliża, albo tworzy dziwne napięcie bo oboje wiedzą coś czego nie da się nazwać.
Różnie. Rodzina mówi że las w nocy robi takie rzeczy z głową, kolega z pracy powiedział że pewnie zmęczenie albo coś wypiliśmy, chociaż nic nie piliśmy tamtego dnia. Żona jest najgorsza bo nie śmieje się, tylko patrzy jakby mi współczuła i zmienia temat.
Ja bym jednak nie rozdzielała tych dwóch rzeczy tak ostro. Potrzeba żeby ktoś uwierzył często wynika właśnie z tego że chce się zrozumieć, ale człowiek nie ma sam języka ani narzędzi żeby to robić. Potrzebuje kogoś do rozmowy kto nie będzie od razu gasił.
Szczerze to nie kopałem głęboko. Wiem że teren należał do dziadka kolegi, wcześniej jakieś pole, potem leżał odłogiem przez lata. Nic dramatycznego o czym bym wiedział. Ale właściwie nigdy nie pytałem wprost.
Żyje, ale jest już mocno w latach. Kolega wspominał kiedyś że stary "dziwnie się zachowuje" przy tym kawałku terenu, ale to było tak przy okazji, nie pamiętam szczegółów. Teraz zaczynam żałować że nie dopytałem.
to jest właśnie ten moment kiedy warto zadzwonić do kolegi i zapytać wprost. Bo jeśli dziadek ma jakąś wiedzę o tym miejscu, to ona może zniknąć razem z nim. Czy kolega jest w stanie go o to zapytać?
Chwila, to jest istotne. Dziadek aktywnie unikał tej strefy i tworzył wokół tego uzasadnienia? To nie jest przypadkowe zachowanie. Czy on w ogóle wie co się wam przydarzyło tamtej nocy?
Nie sądzę. Myślę że on też to trzyma w osobnych szufladach. Dziadek to dziadek, tamta noc to tamta noc. Ale teraz jak to piszę, to rzeczywiście jest osobliwe że nigdy tego nie zestawił.
To zestawianie rzeczy w głowie jest najtrudniejsze kiedy się chce zachować normalność. Człowiek bardzo sprawnie nie łączy kropek jeśli połączenie byłoby niewygodne. Powiedz mi - czy po waszym doświadczeniu rozmawiałeś z kolegą o zachowaniu dziadka, choćby pobocznie?
Ja bym się bała zapytać, szczerze mówiąc. Jakby zapytanie oznaczało że zaczynasz traktować to poważnie i już nie możesz udawać że nic się nie stało.
Szczerze, to mnie tu wszyscy zmotywowali bardziej niż przez ostatnie miesiące sam siebie. Myślę że spróbuję. Nie wiem jak to ugryźć bez że kolega się zamknie, bo on ma tendencję do kończenia takich tematów zanim zaczną. Ale spróbuję podejść od strony dziadka, jakby to była zwykła rozmowa.
Ja też czekam na ciąg dalszy. I jeszcze jedno pytanie bo mi siedzi w głowie od początku - ten moment w którym obaj zamarliście i patrzyliście na to samo miejsce. Czy potem, kiedy to się skończyło, od razu zaczęliście rozmawiać, czy była cisza zanim ktokolwiek coś powiedział?
Chyba ulgę na chwilę, a potem coś w rodzaju... zawstydzenia? Jakby kolega powiedział tę banalną rzecz i poczułem że mam okazję też udać że nic. Ale nie mogłem. Zapytałem go czy widział to samo i on odpowiedział po bardzo długiej chwili, że nie wie co widział. Nie powiedział że nie widział. To "nie wiem co widział" zostało ze mną długo.
Ja bym się przy tej odpowiedzi zatrzymała. Gdyby nic nie widział, powiedziałby "nic nie widziałem". A on powiedział że nie wie co widział. To znaczy że coś widział, tylko nie potrafi tego nazwać.
Szczerze, to nie. Rozmawialiśmy o tym co widzieliśmy, próbowaliśmy to opisywać i porównywać. Ale o uczuciach to chyba ani słowa. Może dlatego że to byłoby jeszcze trudniejsze do skonfrontowania. Choć teraz jak pytacie, to chyba obaj byliśmy bardzo spokojni - i to było dziwne, bo przy strachu człowiek reaguje inaczej. To był spokój który sam w sobie był trochę nieswój.
To pytanie jest mocne. Bo to kompletnie zmienia co to mogło być. Obserwator i obserwowany to dwie zupełnie różne sytuacje.
Myślę że... oboje. Znaczy najpierw czułem że patrzę. A potem coś się zmieniło i czułem że jestem widziany. I właśnie w tym momencie chyba obaj zamarliśmy. Nie wiem jak to brzmi.
