Druid, dobrze to opisałeś. u mnie to nie jest 'milutkie' odejście myślami, to jest naprawdę nieprzyjemne uczucie że ta osoba którą widzę w lustrze to ktoś obcy. i nie wiem kiedy to się skończy. dlatego tak bardzo chciałam zrozumieć co to powoduje i jakoś to okiełznać
a mam pytanie które może być trochę z innej beczki, ale jednak związane z tytułem wątku. kiedy Modrzewka mówi że praca robiła 'więcej szkody', to jak rozumiecie tę szkodę? tzn czy chodzi o to że techniki medytacyjne mogły same w sobie coś pogorszyć, czy raczej o to że skupienie uwagi na tej czakrze kierowało energię w złe miejsce, czy jeszcze coś innego?
Nyja, to jest sedno tematu i warto to powiedzieć wprost. moim zdaniem w przypadku Adżny u kogoś z predyspozycją do dysocjacji, sama medytacja skupiona na tej czakrze może nasilać objawy. nie dlatego że technika jest zła, ale dlatego że kieruje uwagę do wewnątrz i w górę, a to jest dokładnie odwrotność uziemienia. to jak dorzucanie drewna do ognia który się chce ugasić
to co napisala Klimcia o tym ze Adzna moze nasilac dysocjacje przez sam kierunek uwagi do wewnatrz - to jest cos z czym sie spotkałem i chce dopytac. bo technicznie medytacja na trzecie oko polega wlasnie na skupieniu sie na punkcie miedzy brwiami, a to automatycznie odciaga od ciała. czy to znaczy ze przy takich problemach jak u Modrzewki jakiekolwiek skupienie na czakrach górnych jest ryzykowne, czy tylko ta konkretna technika?
wlasnie to jest ta rzecz której nie rozumiałam kiedy zaczęłam. myslalam ze medytacja to medytacja, ze skoro jest 'na czakrę' to znaczy ze uzdrawia tę czakrę. a potem okazuje sie ze mozna nakarmić problem zamiast go rozwiązac. gdyby ktoś mi powiedzial wcześniej żeby najpierw poczuc nogi, podłogę, własne ręce - moze by nie doszło do tego co opisywałam. teraz jak zaczynam czuc to odlatywanie to natychmiast siadam na podłodze i przykładam ręce do ud. to brzmi śmiesznie ale naprawdę pomaga
Modrzewka, to wcale nie brzmi śmiesznie, wylaczanie sie z ciala to jest tez cos czego sie boję po przeczytaniu tego watku. ale mam pytanie troche z boku - piszesz ze pracowałas z kimś razem. tzn. miałas kogoś kto ci prowadzil te medytacje czy to bardziej ze ktoś bliski byl przy tym? bo mi nie jest jasne czy to ma znaczenie ze ktos jest fizycznie obok czy chodzi o to ze miałas 'partnera' w tym cwiczeniu
to co Modrzewka opisuje z tą koleżanką jest naprawdę ważnym punktem w tym wątku i nie chce żeby umknął. praca parami bez żadnego prowadzącego który jest z zewnatrz może być bardzo ryzykowna właśnie dlatego. jedna osoba wchodzi głebiej, druga podąża, i nie ma nikogo kto trzyma linę od brzegu. widziałam takie sytuacje i zazwyczaj konczy sie tym ze obie osoby wychodza z sesji bardziej rozstrojone niż weszly, bo synchronizują swoje stany zamiast sie stabilizować. to nie jest argument przeciw pracy z partnerem w ogóle, ale bez jasno wyznaczonej roli - kto prowadzi, kto pilnuje zakorzenienia, co robimy jesli cos idzie nie tak - to jest zaproszenie do kłopotów
