Hej, mam taki problem i nie wiem do końca jak to interpretować. Od dłuższego czasu zauważam u siebie coś co mogę chyba nazwać kompulsywnym gadaniem - dosłownie nie mogę się zatrzymać w rozmowach, przerywam innym, mówię za dużo, potem żałuję połowy z tego co powiedziałam. Ale to nie jest takie zwykłe 'dużo mówię', to jest jakby pod ciśnieniem, rozumiecie? Jakby coś musiało wyjść i nie da się tego zatrzymać. Czytałam że czakra gardła odpowiada za komunikację i wyrażanie siebie, ale wszędzie piszą że blokada objawia się milczeniem, niemożnością mówienia, problemami z tarczycą itd. U mnie jest odwrotnie - mówię ZA dużo, nie za mało. Czy to może być nadczynność Vishuddhy? Czy ktoś miał coś podobnego i wie jak to ogarnąć?
O, to bardzo ciekawe pytanie! Ja też zawsze myślałam że blokada = niemożność mówienia, ale przecież skrajności w obie strony to zaburzenie, prawda? Nadaktywna czakra gardła to chyba właśnie ten nadmiar - mówisz za dużo, nie filtujesz, słowa lecą bez kontroli. Przynajmniej tak gdzieś czytałam. Ale sama nie mam doświadczenia z tym, więc może ktoś bardziej obeznany powie więcej 🙂
Opisujesz dość klasyczny obraz nadczynności Vishuddhy, choć od razu zaznaczam - 'klasyczny' nie znaczy że to na pewno to. Czakra gardła w nadczynności rzeczywiście może się manifestować właśnie tak: słowotok, przerywanie, gadanie pod presją, poczucie że coś musi wyjść. Ale jest jeden haczyk który warto wziąć pod uwagę. Czasem to co wygląda jak nadaktywna Vishuddha jest tak naprawdę objawem zablokowanej Manipury albo Anaahaty - jeśli masz kłopoty z poczuciem własnej wartości albo tłumisz emocje, energia szuka wyjścia i 'ucieka' przez gardło w niekontrolowany sposób. To nie jest wtedy nadczynność gardła jako taka, tylko przekierowanie energii. Pytanie do ciebie: czy to gadanie jest bardziej żywiołowe i radosne, czy raczej nerwowe i jakby z przymusu?
To co opisuje Obsydianka to bardzo ważna obserwacja i ja ją potwierdzam z własnej praktyki. U mnie przez lata wyglądało podobnie - gadałam za dużo na spotkaniach, potem wracałam do domu zmęczona i trochę wstydliwa. Dopiero kiedy zaczęłam pracować z czakrą serca okazało się że tam był główny problem, a nie w gardle. Vishuddha była jak przetyczka od kotła pod ciśnieniem - para szła tam gdzie mogła. Myślę że warto zanim zaczniesz pracować z czakrą gardła, najpierw sprawdzić co się dzieje niżej w systemie.
Szczerze to trochę sceptycznie podchodzę do tego żeby od razu przypisywać to czakrom, bo kompulsywne gadanie to też może być po prostu cecha osobowości albo lęk społeczny który objawia się słowotokiem. Ale - i tu mam pytanie do bardziej doświadczonych - jak wy w ogóle odróżniacie co jest 'energetyczne' a co jest zwykłe psychologiczne? Bo mi się te granice mocno mieszają.
No i tu Celestynka trafia w sedno. To jest właśnie mój problem z takimi diagnozami - wszystko można zrzucić na czakry. Nerwowe gadanie to mogą być po prostu kortyzol i układ nerwowy, a nie Vishuddha pod ciśnieniem. Nie mówię że praca energetyczna nic nie daje, ale zanim ktoś zacznie medytować na czakrę gardła, może warto się zastanowić czy to nie jest lęk, ADHD, albo coś innego co po prostu wymaga innego podejścia.
ja mam pytnaie bo tez mam z tym problem - to gadanie pod cisnieniem - czy to moze sie tez objawiać fizycznie? bo ja czesto mam takie uczucie ucisku w gardle, jakby cos tam siedzi i chce wyjsc, i potem zaczyna sie ten slowotok. czy to jest wlasnie ten sygnał z czakry?
Ciekawa dyskusja. Mam takie przemyślenie na marginesie - w numerologii jeśli ktoś ma w układzie dużo energii piątki, to ta energia wyrazu jest bardzo silna i szuka ujścia, i może się to manifestować właśnie tak jak opisuje Rodochrozyt. To nie jest sprzeczne z energetycznym wyjaśnieniem, raczej wzajemnie się dopełnia. Ale wracając do czakr - Obsydianka, jak byś poradziła sprawdzić wahadełkiem stan Vishuddhy samodzielnie w domu? Czy to jest w ogóle możliwe bez drugiej osoby?
Słuchajcie, mam podobny problem co Rodochrozyt i długo myślałam że jestem po prostu 'gadułą' z natury. Ale ostatnio byłam na sesji u bioenergoterapeutki i ona bez żadnego powiedzenia mi czegokolwiek zatrzymała się przy gardle i powiedziała że jest 'rozgrzana' i 'za głośna'. Zrobiłam wielkie oczy bo dokładnie tak to czuję sama - jakby coś tam głośno pracuje. Ona powiedziała że to klasyczna nadczynność ale że jest przyczyną wtórną, i że pierwotna sprawa jest gdzieś niżej. Nie zdążyłam dopytać gdzie dokładnie bo sesja się skończyła.
Hej, wracam bo sporo tu się pojawiło odkąd pisałam. Jestem ciekawa tej kwestii z Manipurą - bo czytam opisy i faktycznie, mam też pewne rzeczy które mogą na nią wskazywać. Poczucie że muszę kontrolować sytuacje, że jak nie 'zagarniram' rozmowy to coś pójdzie nie tak. Czy to ma sens jako powiązanie? I jak w ogóle pracować z Manipurą jeśli to tam jest główny problem?
To zagarnianie rozmowy żeby kontrolować sytuację - to jest coś. Czakra splotu słonecznego jest właśnie o tej potrzebie kontroli, o sile woli, o tym żeby trzymać wszystko w swoich rękach. Kiedy Manipura jest zachwiana, czasem człowiek kompensuje właśnie przez dominowanie w rozmowie, udowadnianie swojej obecności. Słowa stają się wtedy czymś w rodzaju zajmowania przestrzeni. Pracując z Manipurą - mantra RAM, wizualizacja żółtego płomienia w okolicy splotu, joga wzmacniająca centrum. Ale to długa praca.
Dobra, chwila. Rozumiem że szukacie powiązań i to jest ciekawe ćwiczenie mentalne. Ale 'zagarnianie rozmowy żeby kontrolować' to pasuje do połowy ludzi na świecie i można to dopasować do dosłownie każdej czakry przy odpowiednim podejściu. Jak nie ma kontaktu z emocjami to Anahata, jak nie ma pewności siebie to Manipura, jak jest lęk egzystencjalny to Muladhara - i każda z tych interpretacji będzie 'mieć sens'. Skąd wiadomo że ta konkretna jest właśnie ta?
Felicjan ma rację w tym sensie że diagnozowanie na odległość na podstawie paru zdań to ryzykowna zabawa. Ale z drugiej strony odrzucanie całego systemu dlatego że jest niedoskonały też nic nie daje. Czakry to mapa, nie terytorium. Nikt przy zdrowych zmysłach nie powinien zamiast psychiatry iść medytować na Manipurę, ale korzystanie z tej mapy do samoobserwacji jest sensowne. Rodochrozyt, powiedz mi jedno - te epizody gadania nasilają się w konkretnych okolicznościach? Przy określonych ludziach, sytuacjach?
Ojej, śledzę ten wątek od początku i jestem pod ogromnym wrażeniem tej dyskusji! Ale mam pytanie do Rodochrozyt - to zagarnianie rozmowy przy stresie, to kiedy to u ciebie zaczęło? Bo zastanawiam się czy to zawsze tak było czy może po jakimś konkretnym wydarzeniu? Pytam bo czytałam że czasem blokady wchodzą po traumie i to mi daje do myślenia
Hmm, szczerze to nie pamiętam żeby kiedykolwiek było inaczej. Odkąd sięgam pamięcią, zawsze tak miałam. Może to właśnie sugeruje że to nie jest nagłe zaburzenie tylko jakiś wzorzec głębiej zakorzeniony? Nie wiem, to mnie trochę przeraża bo jak coś jest całe życie to czy w ogóle można to zmienić
To że jest 'całe życie' to akurat nie musi oznaczać że głębiej zakorzenione w złym sensie. Często takie wzorce wchodzą w dzieciństwie jako mechanizm obronny i potem zostają, bo kiedyś spełniały jakąś funkcję. Pytanie - czy w dzieciństwie były sytuacje gdzie milczenie było niebezpieczne, albo gdzie gadaniem można było rozładować napięcie w domu? Nie sugeruję niczego, po prostu takie środowisko często zostawia ślad właśnie w gardle.
Obsydianka, to jest akurat pytanie dla psychologa, nie dla forum o czakrach. Serio. Dziecięce mechanizmy obronne, traumatyczne środowisko - wchodzimy w rejony gdzie energia gardzielowa to naprawdę za mało żeby to opisać.
Felicjan, rozumiem tę troskę ale tutaj nikt nikogo nie leczy. Rodochrozyt pyta o swoje własne doświadczenie i stara się je zrozumieć. Taka rozmowa ma wartość nawet jeśli nie daje gotowej diagnozy. Poza tym - jeśli ktoś po przeczytaniu forum od razu wyciąga życiowe wnioski bez weryfikacji, to to nie jest problem forum, tylko myślenia.
mam pytanie troche z boku - mowilysmy wczesniej o tym ucisiku w gardle który poprzedza slowotok. ja to czuje prawie codziennie w pracy. czy ktos próbowal rozwiazac to dosłownie na chwile przed tym jak sie zaczyna gadanie, jakims oddechem albo czyms? czy to w ogole ma sens czy juz za pozno jak ucisk jest?
ja próbowałam z tym oddechem i muszę przyznać że raz mi pomogło, a raz nie i wybuchłam gadaniem podwójnie mocno, jakby energia i tak swoje wiedziała. Więc nie wiem czy to kwestia techniki czy może tego że jak stres jest za duży to żaden oddech nie wyhamuje. Ciekawe co wy na to, może zależy od intensywności?
Klimcia, dokładnie tak to czuję. Im wyższy poziom napięcia tym mniej techniki doraźne pomagają. To jakby przy małym ogniu możesz go przykryć, a przy dużym już nie ma sensu. Wtedy raczej trzeba myśleć o tym żeby przepracować to głębiej, a nie gasić objaw.
Okej ale to 'przepracować głębiej' brzmi zawsze tak enigmatycznie. Czy ktoś może powiedzieć konkretnie - co to oznacza w praktyce dla czakry gardła? Medytacja to wiem, ale jak często, jak długo, czy to codzienna praca czy wystarczy raz w tygodniu?
o rany, nie wiedziałam o tej mantrze HAM dla gardła, to super! A te kamienie to coś konkretnego dla Vishuddhy jest? Bo ostatnio interesuje się litoterapią i chciałabym połączyć to co mam z tą pracą 🙂
Lapis lazuli to zdecydowanie polecam do Vishuddhy, ale z zastrzeżeniem - jest dość intensywny i u niektórych osób zamiast wyciszyć może podbić to co już nadaktywne. Miałam koleżankę która założyła lapis przy nadczynnej czakrze gardła i przez kilka dni gadała jeszcze więcej i miała sny bardzo żywe i chaotyczne. Więc może zaczynać ostrożnie, może lepiej akwamaryn który jest delikatniejszy?
Wracając do wątku Rodochrozyt i tej kwestii wzorca od dzieciństwa - chciałam dodać jedno. Nawet jeśli coś jest głęboko zakorzenione, to praca energetyczna przy takiej długoletniej blokadzie może dawać efekty, tylko wolniej i trzeba być na to gotową. Często jest tak że pierwsze tygodnie medytacji na czakrę gardła przynoszą pewien chaos - więcej gadania, więcej emocji - zanim zrobi się spokojniej. To nie cofanie, to ruch.
To co napisała Obsydianka o tym początkowym chaosie mnie trochę niepokoi ale też jakoś uspokaja jednocześnie, dziwne. Chyba to normalne że się boimy że będzie gorzej zanim będzie lepiej. Dobra, chyba spróbuję tej regularnej medytacji z mantrą HAM i zobaczę. Jedno pytanie - jak długo zanim można się spodziewać jakichś zmian? Nie chcę po tygodniu uznać że nie działa
Rodochrozyt - to zależy od zbyt wielu czynników żeby dać konkretną odpowiedź, ale orientacyjnie - efekty w zachowaniu to zazwyczaj kilka tygodni do kilku miesięcy przy codziennej pracy. Nie tydzień. Jeśli ktoś mówi że po tygodniu czuje wielką zmianę to albo ma bardzo podatną psychikę na efekt placebo albo mówi że chce żeby tak było. Realna praca z głębokimi wzorcami to maraton, nie sprint.
