Irenka, to co tu opisujesz to klasyczny opór, nie porażka. ten 'stary obraz wracający jak z gumy' to jest właśnie dowód że dotykasz czegoś głębokiego. czakra serca ma to do siebie że nie przyjmuje zmiany przez samo wyobrażenie, ona potrzebuje też czegoś z poziomu ciała. czy próbowałaś robić tę wizualizację z ręką na klatce piersiowej? to nie jest żaden folklor, kontakt dłoni z mostkiem faktycznie coś zmienia w tym jak się oddycha podczas pracy
o, z ręką na klatce piersiowej to ja robiłam raz przypadkowo podczas medytacji i faktycznie było inaczej. ale nie wiedziałam że to 'coś znaczy'. myślałam że po prostu tak mi wygodniej leży ręka haha. a to jest jakaś konkretna technika czy po prostu intuicja?
Irenka, ten opór przy wizualizacji to mnie akurat nie dziwi wcale. wiesz co mi kiedyś pomogło przełamać podobną gumę? przestałam walczyć ze starym obrazem i zaczęłam go po prostu obserwować jakby to był film z zewnątrz. nie zmieniać, nie naprawiać, tylko patrzeć. i wtedy coś dziwnego się stało, obraz jakby sam zaczął tracić ostrość. nie od razu, po kilku sesjach. ale walka z nim go tylko wzmacniała
no dobra, ale czy ktoś tu nie myli pracy z czakrami z terapią poznawczą? bo to co opisuje Nemezis - obserwowanie starych przekonań bez walki z nimi - to jest klasyczna technika z terapii akceptacji i zaangażowania. nie mówię że źle działa, mówię że niekoniecznie dlatego że 'coś się stało z Anahatą'
Zenek ma rację że trudno to rozdzielić. ale z drugiej strony, czy to musi być rozdzielone? jak coś działa, to działa. nie każdy musi wiedzieć dokładnie dlaczego
czytam tę wymianę i mam pytanie do Boleslawa - jak w takim razie ty odróżniasz w swojej praktyce że coś zadziałało 'na czakrę' a nie na przekonanie? bo ja szczerze nie wiem jak to zweryfikować u siebie
to jest naprawdę ważne pytanie i cieszę się że Alusia je zadała. ja osobiście nie próbuję już tego rozdzielać, bo po latach pracy doszłam do wniosku że zmiana w ciele i zmiana w przekonaniu to są dwa oblicza tego samego procesu. kiedy Anahata zaczyna swobodniej pracować, przekonania o sobie też miękną. kiedy przekonania miękną, ciało odpuszcza. pytanie 'co było pierwsze' jest trochę jak z kurą i jajkiem
ojej, ta kura i jajko to bardzo dobre porównanie. ale to znaczy że można zacząć od dowolnej strony? bo ja mam wrażenie że u mnie łatwiej zacząć od ciała niż od myśli, myśli mi się kręcą w kółko
to ciekawe bo ja mam odwrotnie chyba, jak próbuję coś poczuć przez ciało to w ogóle nie mogę się skupić, cały czas myślę. ale jak czytam albo słucham o jakimś zagadnieniu to potem idzie mi łatwiej w praktyce. może każdy ma inny 'port wejścia'?
ten wątek o porcie wejścia jest ciekawy ale trochę się oddalamy od pierwotnego pytania Irenki. ona pytała o niedowartościowanie i czy energia w ogóle wspomaga samoakceptację. ktoś ma jakiś konkretny przykład że TAK, zmiana w Anahacie przełożyła się na zmianę w obrazie siebie? nie teoria, przykład osobisty
mam, choć nie wiem czy będzie przekonujący dla sceptyków. jakieś dwa lata temu byłam w takim miejscu że nie mogłam patrzeć na siebie w lustrze bez natychmiastowej krytyki. zaczęłam robić regularnie medytację na zielonym świetle, wyobrażałam sobie jak wypełnia klatkę piersiową przy każdym wdechu. po mniej więcej trzech tygodniach zauważyłam że ta wewnętrzna krytyka jest jakby... cichsza. nie zniknęła ale przestała być pierwszym głosem. może to placebo, może nie, ale coś się zmieniło i zmiana została
Celestyna, to jest dokładnie ta metafora której mi brakowało. mycie zębów. bo ja chyba podchodziłam do tego jak do zabiegu, zablokuj-odblokuj-gotowe. a to jest chyba codzienna higiena, nie jednorazowa operacja. to dużo zmienia w moim podejściu
to co mówi Irenka o podejściu jak do operacji, to ja też tak miałam. no i jak raz mi nie wyszło to uznałam że to nie dla mnie i rzuciłam na kilka miesięcy. a może po prostu nie wiedziałam że to jest proces a nie zdarzenie
no właśnie, to jest jeden z największych błędów w tej pracy, to oczekiwanie że raz się zrobi i będzie po problemie. ja miałam pacjentkę, nie u mnie, u koleżanki bioenergoterapeututki, która przychodziła regularnie co miesiąc i za każdym razem wychodziła z seansów z płaczem i uczuciem ulgi, ale między sesjami nic nie robiła. i efekty nie utrzymywały się. dopiero jak zaczęła te domowe ćwiczenia, choćby pięć minut dziennie, zaczęło się coś naprawdę zmieniać
Kachna, to trochę potwierdza mój wcześniejszy punkt. bo to co piszesz to jest efekt regularnej praktyki i konsekwencji, nie konkretnie 'pracy z czakrami'. te same efekty można by pewnie uzyskać regularną terapią, medytacją uważności bez konceptu czakr, albo nawet regularnym sportem. nie mówię że koncept czakr przeszkadza, ale nie jest konieczny do mechanizmu
właśnie, mapa to dobre słowo. mapa nie jest terenem, ale bez mapy trudniej się orientować. Zenek może mieć rację że teren jest niezależny od mapy, ale to nie znaczy że mapa jest bezużyteczna
i tu jest sedno tej dyskusji chyba. dla mnie czakry to model energetyczny który ma wartość praktyczną, nie twierdzę że każda czakra jest jak organ który można zobaczyć na rezonansie. ale kiedy pracuję z klientem i mówię 'skupmy się na obszarze serca', to i tak i on i ja wiemy o co chodzi. model upraszcza pracę i daje wspólny język. to jest jego wartość
chcę się tu wtrącić bo cała ta dyskusja o tym czy czakry są 'prawdziwe' trochę gubi mi wątek samego tematu. Irenka pytała o niedowartościowanie i samoakceptację. i mam pytanie które mnie nurtuje od początku tego wątku: czy niedowartościowanie to zawsze Anahata, czy może być gdzie indziej? bo moje intuicyjne odczucie jest że u mnie to bardziej Manipura niż serce
Brzozka, właśnie, u mnie też czuję że to nie jest czysto serce. mam to 'nie zasługuję' ale też bardzo mocno 'mój głos jest nieważny'. przez lata właściwie nie mówiłam tego co myślę bo zakładałam że to nikogo nie interesuje. teraz na tym forum piszę więcej niż gdziekolwiek w realnym życiu, co jest trochę zabawne i trochę smutne
Irenka, to co napisałaś o forum jest bardzo odważne. i wcale niezabawne, tylko ważne. moze to i jest wlasnie ten peirwszy krok ze cos mowisz i ktos jednak slucha? bo my tu czytamy 🙂
chcę zapytać o coś praktycznego bo ta dyskusja teoretyczna jest piękna ale co właściwie można zrobić codziennie jeśli mamy splot tych czakr - serca, gardła i splotu słonecznego razem? czy jest jakaś praktyka która dotyka kilku naraz czy lepiej pracować po kolei?
sorki że się wtrącam, ja jestem raczej z tych co czytają, ale jedno pytanie - te bidżamantry, YAM dla serca i HAM dla gardła - można je robić razem w jednej sesji? czy to się 'miesza' jakoś?
dobra pytnie bo się gubie trochę - ta bidżamanta YAM, to wymawia sie JAM czy YAM dosłownie? bo różnie czytałem i nie wiem jak to poprawnie
no nie wiem czy intencja robi robotę niezależnie od formy, to trochę zbyt łatwa odpowiedź. ale dla mantry to faktycznie słyszałam od kilku nauczycieli że wymowa w tradycji indyjskiej różni się od tego jak my ją odczytujemy przez alfabet łaciński. więc może rzeczywiście nie warto się zbytnio stresować ortografią dźwięku
wracając do tego co Jarzebinka mówiła o sygnale z ciała podczas pracy z dolnymi czakrami, mam pytanie - jak w ogóle odróżnić czy ta emocja która wyskakuje podczas medytacji to jest 'uwolnienie' czy po prostu to że się zdenerwowałam albo zmęczyłam? bo ostatnio miałam sesję i byłam po niej drażliwa przez cały dzień i nie wiem co z tym zrobić
