Helenka, szczerze? Dla mnie tak. Nie dlatego że samo słowo 'muladhara' jest magiczne, ale dlatego że jak myslę o tym w kategoriach czakry to wiem co z tym zrobić. Wiem że mogę medytować, pracować z dołem ciała, siedzieć na ziemi, używac LAM. Jak mysle że to 'tylko' żal to siadam i placzę i nie wiem co ze soba zrobic. Język ma znaczenie dla tego co dalej robimy.
i to jest chyba najważniejsza rzecz jaką ktoś powiedział w tym wątku. nie to którym językiem opisujesz to co czujesz, tylko czy ten język daje ci dostęp do działania. dla jednych to terapia, dla innych rytuał, dla innych rozmowa z przyjacielem. wszystko co pomaga przetworzyć i iść dalej jest dobre.
a czy mantry mogą pomóc konkretnie z tym? bo czytałam że LAM dla muladhary, ale jak robić to kiedy sie jest 'rozdwojoną' między miejscami? śpiewasz LAM tutaj gdzie mieszkasz i jakoś to zakotwicza tutaj? czy trzeba to połączyć z wizualizacją?
ja mam pytanie bo może głupie ale: skoro te korzenie są wyobrażone to jak mogą działać na coś realnego? Zawsze mnie to zatrzymuje przy medytacjach. Skoro to tylko moja wyobraźnia to co tak naprawdę robię?
Bursztynka pyta o coś ważnego i Helenka odpowiada z właściwego kierunku. Dodam tylko że w tradycji jogicznej intencja i uwaga to są realne siły, nie metafory. Gdzie uwaga tam prana. Jeśli skupiasz uwagę na obszarze korzenia z intencją zakorzeniania, to tam płynie energia. Czy to nazwiemy neuroplastycznością czy przepływem prany, efekt może być podobny.
no to wracam do pytania Kostroma bo ono mi tu chodzi po głowie - czy przeprowadzki naprawdę utrudniają pracę z czakrą korzenia, czy może jest inaczej: może one są dla niej testem? Tzn. wychodzi wtedy co jest słabe, a nie przeprowadzka to tworzy.
Kornelka, o to też myslałam i to jest dobra obserwacja. Ale mam wrażenie że obie mogą być prawdą jednocześnie. Przeprowadzka ujawnia istniejącą słabość zakorzeniania, ale też sama w sobie dokłada do tego nowe warstwy. Jakby trzydzieści lat z niedostatecznie silną muladharą a potem trzy przeprowadzki w pięc lat - to się kumuluje, rozumiesz?
a moze to tak ze niektrzy ludzie po prostu maja silniejsza muladhare niezalezenie od przeprowadzek, i oni sobie radza, a inni maja ja slabsza i dla nich kazda zmiana miejsca to dramat? Znam typy ktore sie przeprowadzaly osiem razy i kwitna, i inne co jedna przeprowadzka zamrozila na rok
Czcibor ma rację i myślę że to ma też związek z tym jak wyglądało twoje dzieciństwo. jeśli w dzieciństwie nie miałaś stabilnego miejsca, jeśli się przeprowadzałaś albo czułaś się niepewnie w domu - muladhara kształtuje się inaczej. potem jako dorosła każda zmiana adresu aktywuje tamten pierwotny lęk. to nie jest o przeprowadzce, to jest o tym czego szukamy w miejscu
to co pisze Michasia trochę mnie zatkało. bo ja się właśnie przeprowadzałam jako dziecko, dwa razy, i oba razy to były ciężkie sytuacje rodzinne. i może dlatego teraz, jak zmieniam miejsce, to jest dla mnie tak duże? nigdy tego nie połączyłam. czy to w ogóle da się przepracować? bo jak to siedzi od dzieciństwa to może jest głębiej zakopane
wchodze na chwile bo chce zapytać - jak to jest z tym 'wewnętrznym dzieckiem', to jest technika energetyczna czy bardziej psychologiczna? Bo widziałam że to się pojawia w różnych kontekstach i nie wiem gdzie to właściwie należy
okej ale czy ktoś może cofnąć się o krok - mamy tu Fluorytke, która łączy przeprowadzki z dzieciństwa z obecną blokadą, i to brzmi jak temat na coś głębszego niż forum. mówię to bez złośliwości, naprawdę - czy ktoś w tym gronie kiedyś chodził na terapię i jednocześnie pracował z czakrami? jak to się ma razem?
Helenka, tak. i powiem szczerze że te dwie ścieżki szły u mnie równolegle i się uzupełniały. terapia dawała mi słowa i rozumienie, praca z czakrami dawała mi kontakt z ciałem i energią. nie musiały ze sobą konkurować. terapeuta nie musiał wierzyć w czakry żeby być dobry, a moja praca energetyczna nie musiała zastępować terapii
to jest bardzo rozsądne co Michasia pisze i rzadko się to mówi w takich wątkach. zwykle jest albo-albo. a możliwość że jedno i drugie ma swoje miejsce i nie wyklucza się - to jest dojrzałe podejście
wracając do konkretów bo trochę odpłynęliśmy - Wincentyna pytała jak długo z LAM. odpowiem tak: minimalne sesje to 10-15 minut skupionej pracy, nie 3 minuty z myślami gdzie indziej. ale ważniejszy od długości jest regularność. codziennie 10 minut przez kilka tygodni da więcej niż godzina raz na jakiś czas. to dotyczy też całej pracy z muladharą.
weszłam do wątku przez przypadek szukając czegoś zupełnie innego i zostałam bo to jest tak trafne. ja sie niedawno przeprowadziłam i mam dokładnie te objawy co Kostroma na początku opisywała - to uczucie jakby jakaś część ciebie nie dojechała razem z kartoniami. nie wiedziałam jak to nazwać i teraz trochę mi ulżyło że to ma jakąś nazwę i że nie jestem jedyna
Tunia, no właśnie o to chodzi. jak wiesz że to ma nazwę i że ktoś inny przez to przeszedł, to jest juz inaczej. i powiem ci że mi pisanie tego wątku bardziej pomogło niz myslałam. samo to że opisałam to słowami cos ruszyło
muszę powiedzieć co mi tu leży - całą dyskusję o 'nazewnictwie' które pomaga kontra nie pomaga prowadzi się tak jakby to było neutralne czy to wyjdzie na blokadę muladhary czy na żałobę po miejscu. ale nazwanie czegoś blokadą energetyczną niesie określone konsekwencje - sugeruje że to naprawisz medytacją i kryształami zamiast może porozmawiać z kimś. nie mówię że źle, mówię żeby to robić świadomie
mam problem z tym co Kostroma napisała, bo to jest właśnie to - samo opisanie czegoś słowami 'ruszyło'. ale ruszyło CO? jeśli to jest żałoba po miejscu, to ruszyła żałoba. jeśli to jest blokada muladhary, to ruszyła blokada. wynik może wyglądać tak samo, ale interpretacja niesie za sobą różne konsekwencje dla dalszej pracy. nie mówię że jedno jest prawdą a drugie nie, mówię że to nie jest obojętne jak to nazwiemy
Kupala porusza coś ważnego, ale chcę dopytać - czy to musi być albo albo? bo w bioenergoterapii pracuję z obydwoma naraz i nie muszę klientce mówić 'to żałoba' albo 'to muladhara'. pracuję z tym co jest w ciele i w polu, a nazwy zostawiam jej do własnego użytku. może problem jest wtedy kiedy nazwa staje się diagnozą i zamyka dalsze pytania?
a ja chcę wrócić do tego co pisał Szeptun o wewnętrznym dziecku, bo to mi zostało w głowie. on napisał że medytacja i LAM mogą pomagać 'powierzchniowo' przy blokadach z dzieciństwa. ale co to w praktyce oznacza, że pomagają powierzchniowo? czy to znaczy że odczuję ulgę ale nic głębszego się nie zmieni? bo to brzmi trochę jak wzięcie tabletki na ból głowy bez szukania przyczyny
okej ale ja mam praktyczne pytanie - jak ktoś nie ma kasy na terapię ani na bioenergoterapeute, to co? bo z tej dyskusji wynika że LAM nie wystarczy, terapia jest potrzebna, sesje energetyczne polecane, a połowa z nas po prostu nie ma budżetu na tyle ścieżek naraz. czy jest coś co można robić samemu i co naprawdę działa na te głębsze warstwy?
to pisanie bez cenzury o którym Agatka pisze, ja to robiłam po ostatniej przeprowadzce i faktycznie cos się przez to ruszało, ale nie wiedziałam że to może mieć związek z czakrą korzenia, myslałam że po prostu 'wyrzucam z siebie'. teraz jak to czytam to jednak te rzeczy się łączą. czy to ma jakąś konkretną nazwę? takie pisanie jako praca energetyczna?
okej zanim ta rozmowa zamieni się w listę technik samopomocowych, chce powiedzieć wprost: Fluorytka opisała coś co brzmi jak naprawdę trudne doświadczenia z dzieciństwa i kilka osób zasugerowało że to głębsza praca. i to jest dobre. ale potem poszliśmy w kierunku 'LAM wystarczy' kontra 'terapeuta potrzebny' i Bursztynka zapytała co jak nie ma kasy. i teraz robimy listę technik DIY. to jest dobre i ja rozumiem skąd to pytanie, ale Fluorytka zniknęła z dyskusji. Fluorytka, jak się masz?
Fluorytka, ma sens. to się zdarza na takich wątkach, że wchodzisz po informację techniczną i zostajesz z czymś zupełnie innym. i dobrze że napisałaś
wchodze bo mam inne zdanie niz wiekszosc tutaj. ta cala rozmowa o przeprowadzkach i czakrze korzenia zaklada ze muladhara jest stale zwiazana z miejscem fizycznym. ale w kilku tradycjach ktore znam ona jest zwiazana z plemieniem, z przodkami, z linia rodzinna, nie z adresem. mozna zyc w jednym miejscu calymi latami i miec powazna blokade korzenia jesli relacja z rodzina jest zerwa. i odwrotnie, ktos kto sie przeprowadza co rok ale ma silna nit z przodkami bedzie zakorzeniony. czy ktos to bierze pod uwage?
Wickuś, to jest ciekawy kąt i szczerze nigdy nie myslałam o tym tak. ale jak to pogodzić z tym co tu pisano o wgrywaniu w dziecinstwo? bo rodzina i przodkowie to jedno, ale jesli ta rodzina była źródłem niestabilności, to co wtedy, gdzie jest wtedy korzeń?
