Słucham tego wątku od początku i powiem szczerze, że zaczęłam od sceptycyzmu, a teraz mam jedno poważne pytanie. Tadek, i może też inni, jak wy odczuwacie różnicę między efektem pracy z czakrami a zwykłym efektem placebo albo po prostu lepszego dnia? Bo to jest coś, czego naprawdę nie rozumiem.
Plejadka, to jest pytanie, przy którym sam się zatrzymuję. Szczerze nie wiem, czy zawsze potrafię to rozróżnić. Ale powiem ci jedno, bo to mnie uderzyło niedawno. Miałem dwa dni, kiedy robiłem uziemianie regularnie, i to nie był po prostu 'dobry dzień'. Inne było to uczucie, jakby coś fizycznie przestało cisnąć w okolicach brzucha. Zwykły dobry dzień tego nie robi.
Tadek, okej, to jest konkretne. Ale pytam dalej, bo naprawdę chcę to zrozumieć. To 'uciskanie w brzuchu' to mógł być po prostu stres, który odpuścił bo przez chwilę przestałeś myśleć o problemach. Jak ty to od siebie odróżniasz? Naprawdę pytam, nie atakuję.
Plejadka, pytanie o placebo jest dobre i nie ma co go zamiatać pod dywan. Powiem jak ja na to patrzę. Placebo działa przez przekonanie umysłu. Praca z energią według mnie działa równolegle, przez ciało. Gdy po uziemieniu czujesz zmianę w nogach albo cięższość, zanim w ogóle pomyślisz 'chyba zadziałało', to jest inny mechanizm niż placebo. Ale nie powiem ci, że mam na to dowód.
Słucham tej wymiany i mam wrażenie, że ona jest ważniejsza niż się wydaje. Bo Tadek napisał wcześniej, że wzorce z dzieciństwa mogą stać za tym lękiem. Jeśli tak, to czy praca z czakrą w ogóle tam dosięga? Czy to nie jest poziom, gdzie potrzeba właśnie terapeuty, a nie wahadełka?
A ja mam inne pytanie, bo ta rozmowa robi się coraz bardziej psychologiczna, co jest ciekawe, ale Tadek zaczynał od pytania o wahadełko. Tadek, czy ty w ogóle jeszcze chcesz iść w stronę wahadła, czy po tej rozmowie zmieniłeś priorytety?
Dobre pytanie. Chcę obu rzeczy, jedno nie wyklucza drugiego. Ale muszę przyznać, że teraz wahadełko jakoś zeszło na drugi plan. Bardziej myślę o tym uziemianiu i o tym, żeby może rzeczywiście porozmawiać z kimś w sensie terapeutycznym. Ale wahadełko nadal chcę spróbować, po prostu chyba nie jako pierwszy krok.
Wracam do pytania Plejadki o placebo, bo mnie to też zastanawia od dawna. Mam taką obserwację własną. Kiedyś zrobiłam świadomie 'fałszywą' sesję, znaczy siadałam z kamieniem i nic nie robiłam, po prostu siedziałam. I coś tam czułam. Ale gdy robiłam prawdziwą medytację z intencją, to było wyraźnie inne. Może to nic nie dowodzi, ale dla mnie to coś znaczy.
Ta debata o placebo jest stara jak świat i nigdzie nie dojdziemy, bo to nie jest kwestia, którą można rozstrzygnąć na forum. Ale do Tadka mam inne pytanie, bardziej praktyczne. Pisałeś, że lęk o finanse jest od dzieciństwa. Czy w dorosłym życiu miałeś jakiś moment, kiedy sytuacja finansowa była obiektywnie dobra, i ten lęk wtedy malał, czy trwał bez względu na stan konta?
Zielarz, to jest celne pytanie. Miałem taki moment, z dwa lata temu, kiedy finansowo było naprawdę dobrze. I lęk nie zniknął. Był mniejszy, ale nie zniknął. To chyba najlepszy dowód, że to nie jest tylko reakcja na realną sytuację.
właśnie o to mi chodziło. Jeśli lęk utrzymuje się niezależnie od realnych danych, to jest klasyczny sygnał, że źródło jest głębiej. I tu Muladhara ma sens, bo ta czakra nie odpowiada na logikę. Można jej tłumaczyć 'masz pieniądze, jest bezpiecznie' i nic z tego nie rozumie.
To co Zielarz napisał jest dla mnie bardzo ważne, bo ja mam dokładnie to samo i zawsze myślałam, że jestem po prostu panikarzem bez powodu. A tu wychodzi, że to może być właśnie ten zastój w korzeniu, który nie reaguje na rzeczywistość. Tadek, dziękuję ci, że ten wątek w ogóle powstał, naprawdę.
Tadek, skoro mówimy o tym, co dalej, mam jedno konkretne pytanie. Czy masz teraz jakiś plan, nawet wstępny? Uziemianie, może sesja z kimś, może coś innego? Bo ten wątek dał ci chyba dużo materiału i ciekawa jestem, co z tego wyciągasz.
Kornelka, plan jest taki: zacznę od codziennego uziemiania, chociaż kilka minut boso na trawie albo po prostu siedzenia z plecami przy ścianie i świadomym oddechem w kierunku brzucha. Do tego chcę spróbować wahadełka, żeby zobaczyć jak ta Muladhara w ogóle wygląda. I tak, myślę poważnie o kilku rozmowach z terapeutą. Nie wiem jeszcze kiedy, ale ta myśl przestała mi się wydawać czymś obcym.
Tadek, brzmi jak uczciwy plan. Jedno pytanie o to uziemianie, bo ważne, żebyś miał jakiś punkt odniesienia. Czy po takich ćwiczeniach planujesz cokolwiek notować? Chodzi mi o to, żebyś po kilku tygodniach mógł zobaczyć, czy coś się zmienia w tym lęku, czy jest tak samo. Bo bez żadnej dokumentacji łatwo nie zauważyć małych zmian.
Dobre pytanie Kornelki. I chcę dodać jedno, bo z doświadczenia wiem, że ludzie często rzucają te praktyki po tygodniu, bo nie czują dramatycznej różnicy. Tadek, jak mierzysz ten lęk teraz? Czy masz jakiś własny sposób, żeby w ogóle wiedzieć, czy jest lepiej albo gorzej?
Właśnie to notowanie dla mnie zmieniło wszystko, bo wcześniej miałam wrażenie, że nic się nie dzieje. A jak zaczęłam pisać, to po miesiącu zobaczyłam, że te napady lęku są krótsze i rzadsze. Tadek, serio polecam, nawet trzy zdania przed snem wystarczą.
Ta różnica, którą Tygrysica opisuje, jest kluczowa. Obserwacja to nie to samo co rozpamiętywanie. Przy pracy z czakrą korzenia szczególnie ważne jest, żeby nie siedzieć w głowie za długo, tylko wracać do ciała. Notowanie emocji może ciągnąć w górę, do Ajny, zamiast w dół, do Muladhary.
Wchodzę do tej rozmowy bo mnie wciągnęła ta kwestia ciało kontra głowa. Tadek, masz w planie jakąkolwiek aktywność fizyczną? Bo przy Muladharze to jest dla mnie absolutna podstawa i trochę mnie zaskoczyło, że nie padło to wcześniej. Chodzenie, przysiady, cokolwiek co angażuje nogi.
u mnie to są głównie długie spacery boso, jeśli pogoda pozwala, albo ćwiczenia przy ziemi, dosłownie przysiady i wykroki. Przy okazji mantry LAM pod nosem, żeby połączyć to w całość. Brzmi może śmiesznie, ale po miesiącu poczułem wyraźną różnicę w tym jak stoję na własnych nogach, nie tylko fizycznie.
Dominik, mantry pod nosem podczas przysiadów to muszę przyznać, że wyobrażam sobie to i nie wiem, czy śmiać się czy pytać o technikę. Poważnie, jak to wygląda w praktyce? Śpiewasz głośno czy to takie wewnętrzne?
A ja mam pytanie do Tadka, bo zgubił się gdzieś wątek wahadełka. Tadek, skoro teraz bardziej myślisz o uziemianiu i terapii, to wahadełko miałoby ci służyć do czego konkretnie? Do sprawdzania postępów? Bo to jest inne zastosowanie niż diagnostyka na początku.
To ma sens, Tadek. I jeśli mam coś dodać do wahadełka jako narzędzia monitorowania, nie diagnostyki, to powiem, że ważne jest żebyś zawsze testował w podobnych warunkach. Ta sama pora, podobny stan, bo wahadełko jest bardzo czułe na twoje aktualne napięcie. Inaczej nie będziesz mógł porównywać wyników.
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i mam takie drobne pytanie, może naiwne. Tadek, czy próbowałeś kiedyś po prostu trzymać kamień przy pierwszej czakrze, czarny turmalin albo obsydian, bez żadnej medytacji, po prostu leżąc? Bo ja tak zaczęłam i coś się zmieniło, zanim w ogóle zrozumiałam co robię.
Tadek, ja zazwyczaj leżę tak z dwadzieścia, może trzydzieści minut. Obsydian kładę w okolice kości ogonowej albo trzymam w dłoni, jak mi niewygodnie. Nie robię nic szczególnego, żadnej medytacji, czasem słucham spokojnej muzyki. To naprawdę nie musi być skomplikowane.
Rozalinka, a skąd wiesz, że to obsydian zadziałał, a nie samo spokojne leżenie bez kamienia? Poważnie pytam, bo mam podobny dylemat z turmalinem.
Sól może porysować obsydian jeśli jest gruboziarnista i mokra, warto o tym wiedzieć. Bezpieczniej jest zostawić go przez noc na zewnątrz albo na parapecie przy otwartym oknie. Mnie bardziej interesuje, Tadek, co czujesz kiedy trzymasz ten kamień w ręce. Jakieś odczucie w dłoni, ciepło, cokolwiek?
