To co Cohen napisał brzmi dla mnie bardziej jak praca z lękiem przez ekspozycję niż przez czakry. Czy to jest ta sama rzecz opisana różnym językiem? Nie mówię tego złośliwie, naprawdę nie wiem.
zmienia. Jeśli zaczyna się przed wejściem do wody, to sama woda nie jest źródłem. Ona tylko wzmacnia coś, co już jest aktywne. Możliwe, że praca przy morzu, nie w nim, mogłaby być pierwszym krokiem. Siedzieć z tym widokiem i zostać z tym uczuciem, nie uciekać i nie wchodzić na siłę.
Czytam tę rozmowę od jakiegoś czasu i mam głupie pytanie może. Czy te rzeczy, o których mówicie, działają tylko jeśli wierzy się w czakry? Bo ja nie jestem pewien co do tego całego systemu, ale samo siedzenie nad wodą i obserwowanie siebie, o czym mówi Hellan i Caroletta, to brzmi dla mnie sensownie zupełnie niezależnie.
I żeby nie skończyć tylko na filozofii - Lunarna, skoro jezioro jest dla ciebie miejscem, w którym masz więcej kontroli i jest łatwiej, może warto zacząć właśnie tam, od tej konkretnej praktyki, którą Cohen opisywał. Wejść bez gruntu i sprawdzić, co zostaje. Nie jako test, ale jako pytanie do siebie.
Mam pytanie do Hellana albo Cohena. Mówicie o muladharze i gruncie, ale co jeśli ktoś np. nigdy nie miał w życiu dużo stabilności, takiej dosłownej, domowej, rodzinnej? Czy ta czakra jest wtedy w ogóle inna? Głębiej zablokowana czy po prostu... inaczej uformowana?
Ale wracając do wody - czy konkretny rodzaj wody coś zmienia w kontekście muladhary? Bo morze to żywioł wody, ale jezioro, rzeka, źródło - każde z nich ma inny charakter. Czy to ma znaczenie przy pracy z czakrą, która jest przecież czakrą ziemi?
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale to co Hellan napisał o liminalności - to chyba jest coś, co działa nawet czysto psychologicznie, nie? Miejsca i momenty przejścia, gdzie umysł jest trochę mniej opancerzony. Niekoniecznie trzeba przypisywać temu działanie energetyczne, żeby to miało sens.
Też mnie to interesuje, szczerze mówiąc. Mam teraz taki obraz: siedzę na brzegu jeziora, woda przede mną, ziemia pode mną, i zostaje z tym uczuciem, które pojawia się zanim w ogóle wejdę. Czy to jest dobry punkt wyjścia, czy to jeszcze za mało?
To nie jest za mało. To jest właśnie to. Ziemia pod tobą i woda przed tobą - masz oba żywioły bez wchodzenia w konfrontację. Zostanie z uczuciem, nie odpychanie go i nie uciekanie w głowę - to jest praca. Czy to robi coś z twoim ciałem jak to sobie teraz wyobrażasz?
I tu chyba wraca kwestia morza, o której Lunarna pisała na początku. Morze jest tak silnym bodźcem, że może właśnie dlatego to uczucie jest tam intensywniejsze. Ale Lunarna, czy przy jeziorze też jest zimno i ruch wody? Czy to jest naprawdę spokojniejsze ciałem, nie tylko widokiem?
