ojej ojej, dodam tylko jedno zdanie do tego co Domicela napisała, bo to ważne: żadna z tych metod nie zastąpi realnej pracy z tym co się czuje emocjonalnie. to znaczy, możesz śpiewać manutrę godzinami i jeśli nie masz kontaktu z tym co czujesz w środku, to jest dekoracja. metody to wejście, nie cel
to co Karneolkaa napisała to jest dla mnie najważniejsza rzecz w tej rozmowie. bo widze często na różnych forach że ludzie szukają techniki jako substytutu przeżycia. jakby prawidłowo wykonana technika mogła ominąć ból. i nie może. najwyżej go przesunąć na później
czy to nie jest trochę smutne? bo jak tu siedzę i czytam to mam wrażenie że cokolwiek zrobimy, ten ból i tak nas dopadnie. to po co w ogóle te wszystkie metody? 🙁
ee, ta metafora z pływaniem jest taka trafna że aż mnie zmroziło. właśnie tak to czuję, że tonę w tym wszystkim od jakiegoś czasu i szukam czegoś żeby się utrzymać, nie żeby woda zniknęła. dziękuję że to tak powiedziałaś 😉
ale wróćmy na chwilę bo mam wrażenie że zapomnieliśmy o pytaniu Stasi. ona pytała czy to robi różnicę do kogo pisze list. i Latawica odpowiedziała ale nie wiem czy Stasia dostała co chciała. Stasiu, dostałaś odpowiedź na swoje pytanie czy nadal nie wiesz? 🙂
dostałam, chyba. to znaczy logicznie rozumiem że każdy list jest inny. szczerze mówiąc, ale jak siedzę i próbuję napisać to nadal nie wiem od czego zacząć. może to nie jest kwestia adresata tylko tego że nie wiem jak wejść w to pisanie. jak wy to robicie? czy po prostu siadacie i piszecie czy jest jakiś sposób żeby się wejść w ten stan?
u mnie to działa tak że nie siadam żeby "napisać list". siadam żeby posiedzieć z tym co mnie boli i list sam jakoś wyłazi. to znaczy, nie planuję go, nie wiem co napiszę zanim zacznę. po prostu trzymam kartkę i długopis i czekam. czasem nic nie wychodzi przez 20 minut. czasem zaczyna się od jednego słowa i potem idzie samo
no ładnie, a ja słyszałam o metodzie pisania bez odrywania długopisu od kartki, to chyba stream of consciousness się nazywa. że piszesz wszystko co przychodzi do głowy bez cenzurowania i bez zatrzymywania się. nie musi mieć sensu, nie musi być po polsku nawet. i ponoć właśnie przez to docierasz do rzeczy których normalnie nie mówisz. nie wiem czy to związane z czakrami ale może pasować tutaj? 🙂
hej, mam troche inne pytanie bo nie mialem straty przyjaźni takiej dramatycznej, ale miałem powolne wygasanie. przynajmiej tak to widzę, i przez długi czas w ogóle nie wiedzialem że to wygasa, po prostu kontakty były coraz rzadsze i w pewnym momencie go po prostu nie było. i nie wiem czy to jest coś co w ogóle boli inaczej niż nagłe zerwanie? bo może czakra serca reaguje inaczej na powolne straty niż na nagłe?
to co Jolusia napisała jest ważne, ta kwestia "prawa do żałoby". bo powolne wygasanie to jedna z tych strat które są niby-niewidoczne. nie ma dramatu, nie ma kłótni, nikt nie zrobił nic złego, a mimo to czegoś nie ma. i włanie dlatego czakra serca może tu być bardziej zamknięta, bo nie dostaje sygnału że coś się skończyło. przynajmniej tak mi się wydaje
dobra, a przepraszam że wchodzę z innym pytaniem ale mnie nurtuje jedno. jak długo ta praca z czakrą serca właściwie trwa? bo czytam ten wątek od początku i wszyscy mówią o procesie, o cierpliwości, o czasie. ale ile to jest czasu w praktyce? tygodnie? miesiące? bo mam wrażenie że nikt tego nie mówi wprost
rozumiem, tylko trochę frustruje mnie to "każdy jest inny" bo jak mam cokolwiek planować. ale no dobra, przyjmuję 🙂
hej, przepraszam że wchodzę późno, ale czytam ten wątek od dłuższego czasu i mam jedno pytanie do Domiceli. pisałaś wcześniej że kamień bez kontekstu to tylko kamień. ale co jeśli ktoś chce użyć kamienia nie jako rozwiązania, tylko jako... no, jako przypomnienia? że coś przeżywa? czy to ma jakiś sens w pracy z czakrą serca czy to nadinterpretacja?
o, to mi daje do myślenia. bo chyba właśnie tak chciałam używać tego kamienia, bardziej jako symbol niż jako "lekarstwo". morze dlatego tak mnie ciągnie do różowego kwarcu, bo on po prostu wygląda miękko i kojąco. i morze to wystarczy jako powód żeby go mieć?
ależ, dobra, mam jedno pytanie które mnie ciągnie od jakiegoś czasu. moim zdaniem, ta przyjaciółka o której piszę, ona chyba nie wie że ja tak to przeżywam. to znaczy, dla niej może to być normalne wygasanie. i zastanawiam się, czy praca z czakrą serca, jakikolwiek list, cokolwiek, ma sens jeśli drugiej strony nie ma w tym w ogóle? czy to jest jednostronna praca?
coś mnie uderzyło w tym co Latawica napisała. z tego co pamiętam, że jej zgoda nie jest potrzebna. bo ja zawsze miałem takie poczucie że żeby coś "zamknąć" to muszę mieć jakiś kontakt, rozmowę, cokolwiek. że bez tego to niepełne. a tu wychodzi że można zamknąć coś samemu, bez drugiej osoby. to jest trochę zaskakujące dla mnie
oho, to jest smutne ale i jakoś uwalniające co Jolusia napisała. bo jak wiem że nie muszę czekać aż ona coś zrobi, to jest mniej bezsilności. chyba. przepraszam, mówię jakby o sobie, a to wątek Stasi
a właśnie, wrócę do tej kwestii etyki rekomendacji bo mi to zostało w głowie. bo tu jest ta Stasia z konkretną sytuacją i wszyscy jej pomagają jak mogą i to jest piękne. ale gdzieś w tym wszystkim mam pytanie: kto tu ma wystarczające doświadczenie żeby doradzać w kwestii czakry serca a kto po prostu powtarza rzeczy które gdzieś przeczytał?. Muszę się nad tym jeszcze zastanowić.
