To co Barni opisuje brzmi jak to co w psychologii przepływu nazywa się zanikiem samoświadomości. Ale w kontekście piątki jest pytanie - czy to jest wynik pracy z czakrą, czy praca z czakrą to jeden ze sposobów dojścia do tego stanu? Bo to są dwie różne relacje przyczynowe.
Wyizolowanie jednej zmiennej w praktyce duchowej jest z zasady niemożliwe i myślę że to ślepy zaułek jako kryterium. Pytanie które mi się wydaje bardziej płodne: czy ktoś pracował z piątką i efekt był odwrotny od oczekiwanego? Zbyt dużo słów, hałas zamiast wyrazu?
To co Gebda opisuje jest dla mnie ostrzeżeniem bo mam tendencję do myślenia że więcej praktyki znaczy lepiej. A tu wychodzi że można przesadzić w drugą stronę. Jak rozpoznać że czakra jest przeaktywna a nie po prostu pracująca?
Wchodzę z trochę innej strony. Słucham tej rozmowy i zastanawiam się czy piątka w kontekście artystycznym to jest kanał do zewnątrz czy może też do środka. Bo wydaje mi się że twórczość wymaga i jednego i drugiego. Czy ktoś pracuje świadomie z tym kierunkiem?
Słucham całej tej rozmowy i mam wrażenie że dla mnie największa praca to nie jest dodanie praktyki ale zrozumienie kiedy już jestem w tym miejscu. Rasphul mówił o ciszy przed pracą, Barni o przejściu bez resetu, Bryza o jodze jako moście. Może dla mnie most jest już gotowy i ja po prostu nie wchodzę na niego świadomie. To jest inne niż myślałam zaczynając ten temat.
To co Mirta napisała na końcu jest dla mnie kluczem do całej tej rozmowy. Most. Nie praktyka jako taka, ale coś co łączy stan codzienny ze stanem twórczym. Barni ma swój most, Bryza ma jogę, Rasphul ma mantry. Pytanie jest czy każdy artysta potrzebuje innego mostu, czy istnieją jakieś wspólne elementy?
Wracam do tego co powiedziała Mirta o tendencji do myślenia że więcej znaczy lepiej. Ja miałam dokładnie ten błąd przez długi czas. I co ciekawe - przy piątce to jest szczególnie zwodnicze, bo aktywność głosowa daje natychmiastowe poczucie że coś robisz. Śpiewasz, mówisz, recytujesz. A cisza nie daje tego poczucia działania, więc ją pomijasz.
To co Gebda i Mirta opisują pasuje do czegoś co widziałem w kilku różnych tradycjach pracy z głosem. Cisza nie jest brakiem dźwięku, jest jego tłem. Bez tła dźwięk nie ma kontrastu i przestaje nieść znaczenie. Zastanawiam się czy to jest właśnie mechanizm przeaktywnej piątki - za dużo pierwszego planu, zero tła.
Słucham tego i myślę o kierunkowości piątki o której mówiłam wcześniej. Cisza to jest moment kiedy ta czakra słucha zamiast mówić. I może właśnie dlatego twórcy którzy dużo słuchają - muzyki, rozmów, przyrody - mają inne teksty niż ci którzy głównie produkują. Słuchanie też jest pracą z piątką, nie tylko śpiewanie.
Żeby nie odpływać za daleko w teorię - wracam do konkretów artystycznych. Czy ktokolwiek świadomie włączył słuchanie jako praktykę przed tworzeniem? I co to było?
