Ja chcę wrócić do tego co powiedziała Pytia o intencji jako niesprawdzalnej. Bo myślę, że to jest kluczowe dla całego tematu o etyce. Jeśli intencja jest niesprawdzalna, to może zamiast rozmawiać o intencji, powinniśmy rozmawiać o skutkach? Co faktycznie czuje osoba po kontakcie z nami?
Chyba tu tkwi problem z całą bioenergoterapią i etyką transferu - brak jakiegokolwiek punktu odniesienia. Ani intencja, ani skutek nie dają się sprawdzić. To nie jest zarzut, to obserwacja. Jak wy z tym żyjecie?
Rajmundo, to pytanie jest uczciwe. Myślę, że żyję z tym przez budowanie własnych standardów i ich przestrzeganie, nawet jeśli nikt z zewnątrz nie może ich zweryfikować. Trochę jak z sumieniem. To nie jest idealne, ale jest lepsze niż brak refleksji.
Ale czy nie jest tak, że jak nie ma zewnętrznej weryfikacji, to każdy może sobie ustawić te własne standardy bardzo wygodnie dla siebie? Rozumiem o czym mówisz Zdzisławo, sumienie to ważna rzecz, ale sumienie też można sobie tłumaczyć.
Słucham tej wymiany i mam wrażenie, że kręcimy się w kółko wokół pytania czy etykę da się oprzeć na czymś obiektywnym. Ale może to nie jest specyficzny problem bioenergoterapii, tylko ogólnie problem etyki relacji? Skąd wiemy, że terapeuta psychologiczny naprawdę pomaga?
Widywałam różne 'kodeksy' na różnych kursach bioenergoterapii ale za każdym razem były bardzo ogólnikowe. Coś w stylu 'działaj z miłością i nie szkódź'. Co to znaczy w praktyce gdy ktoś na ciebie krzyczy - nie wiem, nie było w żadnym kodeksie.
I tu dochodzimy do czegoś konkretnego, bo afirmacje w trudnych sytuacjach społecznych - o czym pisałyśmy wcześniej - to właśnie jest próba wypełnienia tej luki. Nie czekam na kodeks. Mam swoje zdania które mówię sobie w sytuacjach nagłych i one mi zastępują tę zewnętrzną ramę.
Dobra, bo Lunarna pyta o konkrety, to powiem. Mam kilka zdań które powtarzam sobie w trudnych momentach. Pierwsze to coś w stylu 'to co do mnie nie należy, nie wchodzi'. Drugie - 'jestem sobą, nie echem tej sytuacji'. Trzecie używam jak już jestem po trudnej rozmowie: 'zostawiam to co nie moje tam gdzie to znalazłam'. Brzmi prosto, ale pod presją proste zdania działają lepiej niż skomplikowane wizualizacje.
Mam coś podobnego do pierwszego zdania Saturnelli. U mnie to brzmi 'moje jest moje, twoje jest twoje' i powtarzam to jak mantrę jak czuję że zaczynam przejmować czyjś nastrój. Nie wiem czy to technicznie afirmacja, ale działa jak zapora. Czy inne osoby mają takie jedno zdanie które jest ich 'bazowym' w stresie?
OK to jest coś użytecznego nareszcie. Ale mam pytanie - skąd wiecie że to działa energetycznie, a nie że po prostu się uspokajacie przez koncentrację na słowach? Bo jakby to drugie też jest dobre, ale to jest inna sprawa niż transfer energii.
Ildefons dotyka czegoś ważnego, ale myślę że to fałszywa alternatywa. Uspokojenie przez koncentrację i praca energetyczna mogą działać jednocześnie, na różnych poziomach. Nie musimy wybierać jednej interpretacji. Etyka natomiast dotyczy intencji i skutków - i to jest realne bez względu na to jak nazwiemy mechanizm.
Ale właśnie o tym mówię od jakiegoś czasu - jak nie umiemy rozróżnić co się faktycznie dzieje, to jak możemy mówić o etyce transferu z pełną świadomością? To nie jest zarzut do bioenergoterapii, to pytanie o podstawy.
To może warto zapytać inaczej - czy afirmacja w trudnej sytuacji społecznej to jest ochrona własnej energii, czy to jest też jakoś oddziałuje na drugą osobę? Bo jeśli tylko na siebie, to jest to inny temat niż etyka transferu. Jeśli na kogoś drugiego, to wtedy wchodzi ta cała kwestia zgody.
Zastanawiam się czy ta granica którą próbujemy narysować między afirmacją a transferem nie jest po prostu kwestią tego ile uwagi i intencji w to wkładamy. Cicha myśl 'niech mu będzie dobrze' to jedno, ale pół godziny medytacji z intencją uzdrowienia kogoś bez jego wiedzy to drugie. Gdzie przebiega ta granica?
I znowu mamy problem - nie wiemy czy to zmęczenie energetyczne czy po prostu stres. Skąd w ogóle wiemy co jest czym?
Mnie właśnie ciekawi to co powiedziała Felicja kilka postów wyżej - że granica jest w ilości uwagi i intencji. Bo to sugeruje że afirmacja 'niech mu będzie dobrze' wypowiedziana mechanicznie to co innego niż ta sama afirmacja wypowiedziana z pełną koncentracją przez dwadzieścia minut. Czy to znaczy że ta sama forma słowna może być neutralna albo być transferem, zależnie od stanu nadawcy?
Ale wróćmy na chwilę do afirmacji ochronnych, bo to mi wydaje się bardziej konkretne. Saturnella mówiła o 'moje jest moje' jako zaporze. Ja mam podobne. Czy ktoś miał sytuację gdzie ta zapora nie zadziałała? Nie pytam złośliwie, naprawdę chcę wiedzieć co wtedy.
To co opisuje Saturnella to ważna kwestia z punktu widzenia etyki i bezpieczeństwa - ochrona zaczyna się przed transferem, nie w jego trakcie. Jeśli idziesz na trudne spotkanie wiedząc że będzie trudne, to przygotowanie to też akt odpowiedzialności wobec siebie. Afirmacja wtedy nie jest łatką ale częścią całego podejścia.
Mam pytanie może trochę z boku, ale powiązane - co jeśli nie wiesz że sytuacja będzie trudna? Że ktoś nagle zaczyna cię atakować albo wyładowuje się na tobie znienacka. Czy jest jakaś afirmacja która działa jako codzienna ochrona, a nie tylko na chwilę przed?
Ja myślę że ta cała dyskusja o mechanizmie trochę odprowadza od czegoś istotnego. W bioenergoterapii jest taki podstawowy zasad że ochrona terapeuty to obowiązek, nie opcja. I to dotyczy też codziennych sytuacji - jeśli ktoś regularnie pracuje energetycznie albo jest z natury empatyczny, to bez zakorzenionej ochrony ryzykuje destabilizacją swojego własnego pola. Afirmacje to jeden ze sposobów, ale nie jedyny i nie zawsze wystarczający.
Antaresaa ma rację w tym ogólnym sensie, ale mam pytanie do tej tezy. Bo ona mówi o 'regularnej pracy energetycznej'. A co z osobami które nie uważają siebie za terapeutów, a mimo to są w stałym kontakcie z ludźmi którzy ich energetycznie eksploatują? Czy ten sam obowiązek dotyczy ich?
Właśnie, to mnie też zastanawia. Czy ktoś kto na przykład ma wokół siebie dużo osób z problemami i naturalnie je wspiera, powinien traktować się jak terapeuta jeśli chodzi o ochronę? Nie mówię że to złe, po prostu zastanawiam się gdzie jest ta granica.
Myślę że granica nie leży w tytule ani w tym czy pobierasz za to pieniądze. Leży w świadomości tego co robisz. Jeśli wiesz że wchodzisz w kontakt energetyczny, masz wobec siebie ten sam obowiązek co terapeuta. Nieświadomość nie chroni przed skutkami, tylko sprawia że nie rozumiesz skąd bierze się zmęczenie.
To trochę niekomfortowe co powiedziała Zdzisława, bo sugeruje że nieświadome wspieranie kogoś też ma swój koszt energetyczny. Czyli mogę nie wiedzieć że 'transferuję' i wychodzić z tego obciążona?
To jest właśnie jeden ze sposobów spontanicznego oczyszczania energetycznego, robicie to intuicyjnie. Woda oczyszcza aurycznie, to jest bardzo znana zasada w bioenergoterapii. Więc wasze ciało wie co robić, nawet jeśli głowa jeszcze nie nadążyła.
Czyli chodzi o to że ta sama czynność może być neutralna albo oczyszczająca zależnie od tego jak ją przeżywamy? To jest trochę jak z afirmacjami o których mówiliśmy wcześniej - mechaniczna a świadoma.
Ale mam takie pytanie, może naiwne. Jeśli świadomość jest kluczem, to co z osobami które mają dużą naturalną empatię i od zawsze przejmują emocje innych? Czy one są w jakimś sensie bardziej narażone właśnie dlatego że robią to intuicyjnie i bez świadomej kontroli?
