i tu dochodzimy do sedna problemu z tym środowiskiem. „powinien umieć rozpoznać” to nie jest standard ani wymóg. nie ma żadnej weryfikacji. ktoś robi kurs weekendowy i już „pracuje z polem”. Forsycja, nie mówię że nie próbuj, mówię żeby szukać kogoś z jakimś realnym doświadczeniem i nie bać się pytać o podejście do granic kompetencji.
Ja ze swojej strony mam pytanie trochę z boku. cały czas mówimy o pracy z polem jako o czymś co się robi „na” kimś, z zewnątrz. ale czy taka 72-letnia kobieta która nigdy nie płakała nie powinna raczej sama coś z tym zrobić? czy da się to przeprowadzić bez jej świadomej zgody i zaangażowania?
okej, ale jak ją namówić? ona uważa że jest zdrowa. mówi że nic jej nie dolega. jak zaproponować komuś wizytę u bioenergoterapeuty skoro ta osoba jest przekonana że nic jej nie brakuje?
może nie nazywać tego leczeniem? moja koleżanka zaprowadziła swoją mamę do terapeutki mówiąc że to „relaks i masaż energetyczny”. mama poszła bo chciała się odprężyć. i potem sama z siebie powiedziała że czuje się lżej. może wejście przez drzwi od relaksu jest łatwiejsze niż przez drzwi od „masz problem”.
o właśnie, Otylijka mówi coś ważnego. framing ma ogromne znaczenie. słowo „terapia” u starszych osób często wywołuje opór bo kojarzy się z chorobą albo słabością. ale „zabieg relaksacyjny” albo „masaż energetyczny” brzmi jak coś przyjemnego i niegroźnego. i w środku można zrobić dokładnie to samo.
jest różnica między manipulacją a dostosowaniem języka do kogoś. Uff, jeśli terapeutka powie przed sesją „będziemy pracować z Twoim ciałem i energią, może pojawić się spokój albo jakieś emocje” i osoba się zgodzi, to nie jest manipulacja. to że zamiast słowa „terapia” użyłyśmy słowa „relaks” nie zmienia istoty zgody na kontakt z ciałem.
