Mam inne doświadczenie z gotowymi afirmacjami - przez pierwsze tygodnie też czułam ten efekt papugi, ale po jakimś czasie niektóre zdania zaczęły znaczyć coś innego. Jakby wchodziły głębiej przez powtarzanie. Może potrzeba czasu żeby cudze słowa stały się swoje?
Z tego co czytałam, to spór między różnymi podejściami jest stary - jedni mówią że samo powtarzanie tworzy nowe ścieżki myślowe, inni że bez zaangażowania emocjonalnego to tylko słowa. Ale co to ma wspólnego z bioenergoterapią konkretnie? Czy robicie afirmacje w trakcie sesji, po, przed?
U mnie terapeutka zaproponowała afirmacje jako dopełnienie sesji, nie zamiast nich. Robiłam je wieczorem przez kilka minut, własne, zapisane po każdej sesji. I mam wrażenie że ta sesja jakby otwierała przestrzeń a afirmacja tę przestrzeń zabudowywała czymś nowym. Ale nie wiem czy to dobre porównanie.
To 'otwieranie przestrzeni' które opisuje Dola pojawia się dość często w relacjach po sesjach energetycznych. Chciałabym zapytać Dola - czy terapeutka mówiła ci coś o tym w jakim stanie energetycznym jesteś po sesji i czy jest jakiś powód żeby właśnie wtedy pracować z afirmacjami?
Słucham tej rozmowy i mam pytanie - jeśli sami mówicie że nie wiecie czy to energia, czy czas dla siebie, czy afirmacje, czy ich kolejność, to jak właściwie oceniacie czy bioenergoterapia w ogóle coś zrobiła? Nie mówię że nie działa, naprawdę pytam.
Chciałam dopytać o te afirmacje po sesji - czy robicie je zaraz po powrocie do domu, czy zostawiacie jakiś czas? Bo zastanawiam się czy jest sens w robieniu ich jak się jest jeszcze w tym stanie, czy może lepiej gdy trochę opada.
Przy okazji tego co mówi Amuletka - czy ktoś z was miał po sesjach takie poczucie że coś w was zmieniło się zanim zdążyliście to przemyśleć? Bo ja miałam raz takie dziwne wrażenie że decyzja była już podjęta zanim dotarła do głowy. Nie wiem czy to związek z sesjami czy przypadek.
Znam to uczucie które opisuje Tojadek. Po jednej z sesji miałam dokładnie to samo - decyzja jakby już była, a ja ją tylko odkryłam. Terapeutka mówiła że ciało czasem wie wcześniej niż głowa. Nie wiem czy to energia, czy cokolwiek innego, ale ten mechanizm mi się powtórzył kilka razy.
To co opisują Tojadek i Dola przypomina mi koncepcje z psychologii somatycznej - że ciało przechowuje wiedzę, do której umysł analityczny nie ma dostępu na co dzień. Bioenergoterapia mogłaby być jednym ze sposobów na dotarcie do tej warstwy. Ale ciekawi mnie czy te decyzje się sprawdziły z perspektywy czasu?
Sprawdziła się. Chyba. Znaczy nie żałuję jej. Ale czy dlatego że była 'energetycznie właściwa' czy dlatego że po prostu była dobra - tego nie odróżnię. Marchewka94 pyta o perspektywę czasu i uczciwie mówiąc nie wiem jak długo trzeba czekać żeby to ocenić.
Wracając do pytania Hortensji sprzed kilku postów - mam wrażenie że ta rozmowa właśnie pokazuje dlaczego jest tak trudno ocenić co zrobiła bioenergoterapia. Bo zmiany które opisujemy, decyzje, spokój, inne patrzenie na rzeczy, są prawdziwe. Ale mechanizm jest niewidoczny. I może w tym właśnie tkwi sedno tematu który Dola otworzyła.
Prowadzę notatki od jakiegoś czasu i powiem wam że próbowałam to śledzić. Robiłam wpisy przed sesją i po sesji, co czuję, co myślę o konkretnych sytuacjach w życiu. I jest coś, różnica między stanem 'przed' a 'po' jest wyraźna i powtarzalna. Ale Hortensja ma rację że nie wiem czy to sesja, czy samo wyjście z domu i godzina dla siebie.
Ja nie prowadzę notatek tak porządnie jak Karinka.x ale teraz zaczynam żałować że nie zaczełam wcześniej. Czy myślisz że warto zacząć w połowie procesu, czy to już nie ma sensu bo nie mam danych z początku?
Wracam do tego co mówiła wcześniej Dola o 'otwieraniu przestrzeni' przez sesję i zabudowywaniu jej afirmacjami. Mam pytanie do osób które to robią - czy te afirmacje które pisałyście po sesjach dotyczyły konkretnie tego co działo się na sesji, czy były bardziej ogólne? Bo zastanawiam się czy tematyczne powiązanie ma znaczenie.
Słucham tej rozmowy o notatkach i decyzjach podejmowanych po sesjach i myślę sobie że to co opisujecie jako 'plastyczność po sesji' jest podobne do tego co obserwuję u siebie przy mocnych tranzytach, zwłaszcza Urana. Takie momenty kiedy stare wzorce nagle mają mniejszą siłę. Pytanie czy bioenergoterapia może celowo wywołać coś co tranzyt robi niejako z zewnątrz i bez pytania o zgodę.
Chciałam wrócić do pytania Leokadii o czas afirmacji po sesji, bo to mi nie daje spokoju. Dola mówiła że robiła je wieczorem, Amuletka że zaraz po powrocie. Czy ktoś próbował jedno i drugie i ma jakieś porównanie? Bo to mogłoby trochę rozjaśnić ten temat z 'oknem plastyczności'.
Próbowałam obie opcje i mogę powiedzieć z doświadczenia - u mnie wieczorny zapis działa lepiej. Zaraz po sesji jestem za bardzo w środku tego co się działo, za blisko emocji. Wieczorem mam już jakiś dystans i widzę to wyraźniej. Ale nie wiem czy to reguła, czy moja specyfika.
Właściwie to ciekawe że Karinka opisuje ten stan 'za blisko' po sesji bo ja to czułam podobnie. Terapeutka kiedyś powiedziała żebym nie pisała ani nie podejmowała nic ważnego przez pierwsze dwie godziny po sesji. I to miało sens w praktyce. Ciało potrzebuje się ułożyć.
a co rozumiesz przez 'ułożyć się'? To jest dosłowne, że chodzi o odpoczynek fizyczny, czy raczej o jakiś wewnętrzny proces, emocjonalny? Bo to brzmi jakby sesja wprawiała coś w ruch i trzeba dać temu czas.
To co Dola mówi o 'porozrzucanych myślach i emocjach' po sesji przypomina mi specyficzny stan po mocnym transycie. Taka chwilowa dezorientacja przed tym jak nowe układa się w całość. Ciekawe czy ktoś jeszcze miał takie okresy dezorientacji po sesjach, bo to by znaczyło że zmiana zaczyna się od czegoś co wygląda jak chaos.
Ten temat z trudnymi dniami po sesji jest ważny i myślę że mało o tym się mówi. Ludzie opisują przemiany jako coś płynnego i pozytywnego, a rzeczywistość bywa inna. Czy ktoś poza Tojadek miał takie okresy kiedy po sesji czuło się gorzej niż przed?
Ja miałam coś takiego po drugiej sesji. Nie drażliwość, ale nagła chęć płaczu przy błahostkach przez kilka dni. Jakby powierzchnia była cieńsza i wszystko przebijało. Nie wiedziałam wtedy czy to przez sesję czy po prostu tak wyszło.
To jest chyba luka którą wiele osób ma. Sesja się kończy i zostajesz z tym co wyszło, bez instrukcji. Ja pytałam wprost i dostałam konkretne wskazówki, ale tylko dlatego że zapytałam. Czy terapeutki same proaktywnie dają takie wsparcie, czy trzeba o to dopytywać?
Słucham tego i zaczynam się zastanawiać czy to 'gorsze samopoczucie po sesji' jest czymś normalnym czy raczej sygnałem że coś poszło nie tak. Jak niby mam to odróżnić jako osoba która dopiero zaczyna? Bo z jednej strony słyszę że to 'wychodzenie', z drugiej że to objaw pracy. Ale co jeśli to po prostu reakcja na stres?
Na to pytanie Novarii odpowiem tylko tym że według mnie kluczowa jest intensywność i czas. Dwa, trzy dni lekkiego rozchwiania to jedno. Jeśli trwa tydzień i nie ma ani jednego lepszego momentu, to już coś do przemyślenia. Ale też: czy w tym czasie jesteś w kontakcie z terapeutką, czy jesteś sama z tym?
No właśnie, to jest kolejna rzecz którą chcę zapytać swojej terapeutki. Jak ma wyglądać kontakt między sesjami? Bo mam wrażenie że teraz to jest tak że idziesz, coś się dzieje, wychodzisz i do następnej sesji jesteś sama. A to może być za długo.
U mnie tak właśnie wyglądało, sama między sesjami. Dlatego afirmacje były dla mnie sposobem żeby nie zostawać z tym zupełnie bez niczego. Nie zastępowały kontaktu z terapeutką, ale dawały poczucie że robię coś aktywnie. Że nie tylko czekam.
