To co Dola pisze o afirmacjach jako sposobie na 'nie zostawanie z tym samemu' — to mnie uderzyło. Bo ja zawsze myślałem o afirmacjach jako o czymś oddzielnym, samorozwojowym, nie powiązanym z pracą energetyczną. A tu wychodzi że mogą być czymś w rodzaju pomostu między sesjami. Czy tak to rozumiesz?
to jest ciekawe podejście bo ja z kolei miałam wrażenie że afirmacje zaraz po sesji mi nie działały. Dosłownie wypowiadałam słowa i nic, jakby szły w próżnię. Dopiero po kilku dniach, kiedy opadł ten 'kurz po sesji', zaczynam je czuć. Czy u ciebie też było coś takiego?
Słucham tej rozmowy o afirmacjach i mam pytanie które mnie trochę nęka: czy ktoś z was miał sytuację że afirmacja brzmiała jak kłamstwo i to było wprost nie do wytrzymania? Coś w stylu 'jestem spokojna i zrównoważona' kiedy wewnętrznie wszystko się trzęsło?
To co Otylka mówi o zmianie sformułowania ma swoje odbicie w podejściach terapeutycznych. Afirmacja która jest zbyt odległa od obecnego stanu może wywoływać opór, bo system nerwowy ją odrzuca jako niespójną. Dlatego tak zwane afirmacje pomostowe, zaczynające się od 'jestem w procesie' albo 'zaczynam', mogą być łatwiej przyswajalne. Ale ciekawi mnie jak to wyglądało u was po sesjach bioenergoterapii, czy opór był silniejszy niż zwykle?
Przepraszam że wchodzę z boku, ale chcę się upewnić że dobrze rozumiem. Afirmacje to są po prostu zdania które się powtarza? I to ma realny wpływ na to co się dzieje energetycznie po sesji, czy to bardziej kwestia psychiki? Bo nie do końca rozumiem jak to się łączy z bioenergoterapią.
Ja mam podobne pytanie do Sigilii, tylko inaczej sformułowane: czy afirmacje mogą być za wcześnie? Mam na myśli — zaraz po sesji, kiedy jest to co Dola nazywała 'porozrzucanymi emocjami', czy afirmacja nie przykrywa czegoś co powinno jeszcze chwilę poboleć?
Moja terapeutka powiedziała mi wprost że afirmacja zaraz po sesji nie jest po to żeby przykryć, tylko po to żeby dać kierunek. Że jeśli coś zostało otwarte, to afirmacja może pomóc żeby energia szła konkretną ścieżką a nie rozsiewała się bez sensu. Ale przyznała też że to nie jest reguła dla wszystkich.
Czy to nie jest trochę tak że jak terapeutka sama formułuje afirmacje, to ty powtarzasz czyjeś słowa o sobie? I czy to w ogóle działa tak samo jak coś co sam z siebie czujesz i formułujesz? Pytam szczerze bo to mnie zatrzymuje.
Wracając do pytania Novarii o to czy afirmacja może być za wcześnie — u mnie były momenty kiedy odczekiwałam zanim zaczęłam. Pierwsza doba po sesji to był dla mnie czas bez żadnych narzuconych słów. Dopiero potem, kiedy trochę opadło, zaczynałam powtarzać. I to czułam jako coś naturalnego, nie wymuszonego.
Dobra, ale wracając do tego co Dola napisała o pierwszej dobie bez słów — to mnie zatrzymuje. Bo ja bym właśnie w tym pierwszym dniu chciała coś robić, żeby nie zostawać sama z tym co wyszło. I teraz nie wiem czy to jest zdrowe podejście czy właśnie ten przymus działania jest częścią problemu?
Dokładnie o tym myślałam kiedy to pisałam. Ten przymus robienia czegoś zaraz, natychmiast — to samo w sobie jest sygnałem. Jakby cisza po sesji była nie do zniesienia. I może właśnie dlatego warto ją wytrzymać, bo ona też jest częścią przemiany.
a czy ta cisza u ciebie była neutralna, czy raczej nieprzyjemna? Bo to chyba robi różnicę. Cisza jako odpoczynek to jedno, a cisza jako coś co ciśnie i nie daje oddechu to chyba jednak coś innego.
To kryterium które Dola opisuje — kiedy cisza służy a kiedy szkodzi — to jest coś o czym mówię na każdym kroku, bo wydaje mi się że to jest serce całej pracy po sesji. Czy ktoś z was dostał kiedyś od terapeuty jakiekolwiek wskazówki jak to rozróżniać?
Ja dostałam coś w stylu 'obserwuj co się pojawia i nie oceniaj'. Co brzmi ładnie, ale w praktyce kiedy masz falę emocji i nie śpisz w nocy, to ta rada jest trochę jak nic. Ktoś jeszcze miał wrażenie że te wskazówki są za mało konkretne?
To co Tojadek mówi o za mało konkretnych wskazówkach pojawia się bardzo często w relacjach osób po różnego rodzaju sesjach pracy ciało-umysł. Brak instrukcji nie jest przypadkowy — część podejść zakłada że nadmierne prowadzenie po sesji zaburza to co i tak naturalnie się przetwarza. Ale pytanie brzmi czy ta filozofia jest komunikowana klientowi, czy po prostu go zostawia bez słowa wyjaśnienia.
Ja mam pytnaie trochę z boku — czy jeśli afirmacje po sesji naprawde działały, to czy w jakymś momencie przestajesz je potrzebować? Bo boję się że wejdę w uzależnienie od powtarzania i nie będe umiała bez tego funkcjonowac.
Słuchajcie, mam wrażenie że cała ta rozmowa krąży wokół jednego pytania którego nikt wprost nie zadał: czy te przemiany po bioenergoterapii naprawdę wynikają z sesji, czy to może być po prostu czas, który by i tak upłynął? Jak w ogóle to odróżnić?
Wydaje mi się że to jest trochę złe pytanie, przynajmniej jeśli chodzi o pracę wewnętrzną. Bo nawet jeśli czas by i tak upłynął, to sesja mogła zmienić coś w tym jak ten czas przebiegał — szybciej, głębiej, z mniejszym bólem. Niekoniecznie musi być 'albo-albo'.
Dla mnie najlepszym dowodem były te momenty kiedy zmiana przychodziła w miejscu gdzie jej kompletnie nie oczekiwałam. Nie tam gdzie się skupiałam, nie w temacie który przerabiałam świadomie, tylko gdzieś obok. To było za nieoczekiwane żebym mogła to przypisać samemu upływowi czasu.
To co Dola opisuje z tą nieoczekiwaną zmianą gdzieś obok — ja to też miałam i to było dziwne. Nie w miejscu gdzie bolało, tylko w czymś zupełnie innym. Ale właśnie dlatego nie byłam pewna czy to sesja czy coś innego. Dola, a po jakim czasie od sesji to się pojawiło? Bo u mnie był chyba tydzień przerwy i nie wiedziałam jak to połączyć.
To co opisujecie obie — ta zmiana w miejscu gdzie się jej nie szukało — to jest coś o czym rzadko się mówi przy bioenergoterapii. Jakbyśmy zawsze oczekiwały że efekt będzie tam gdzie było skupienie. A często bywa inaczej. Marchewka94, czy to ma jakiś sens z perspektywy tego jak w ogóle działa praca z energią?
Chodzi mi o to że to dotyczyło czegoś co w ogóle nie było na mojej liście tematów do przepracowania. Żadnych afirmacji, żadnej intencji. A zmieniło się. I to konkretnie — w relacji z konkretną osobą, w konkretnym wzorcu który miałam od lat. To nie było 'trochę lepiej', tylko wyraźne przesunięcie.
Ale jak to zweryfikować? Serio pytam bez złośliwości. Bo każdy z nas ma jakieś zmiany przez cały czas — dojrzewamy, coś się rozwiązuje, coś się kończy. Skąd pewność że to właśnie tamta sesja?
To porównanie z lekami jest interesujące, ale kuleje w jednym miejscu — leki mają przynajmniej teoretyczny mechanizm działania. Przy bioenergoterapii nawet jeśli coś działa, to pytanie dlaczego pozostaje otwarte. Mistral, ty chyba też masz wątpliwości co do mechanizmu?
Ja miałam. Pierwsza sesja była właściwie bez echa — nic się nie zmieniło, żadnych reakcji, żadnych emocji. Dopiero od drugiej coś zaczęło się ruszać. Nie wiem czy to kwestia otwierania się, czy po prostu tamta sesja nie trafiła.
To jest ważne pytanie Amuletka, i nie ma jednej odpowiedzi. Brak reakcji po sesji może oznaczać wszystko — że ciało nie było gotowe, że terapeuta i klient nie nawiązali kontaktu, że sama sesja była technicznie słabsza. Jedna sesja bez efektu to nie wyrok. Ale jeśli po trzech nic się nie porusza, to warto zapytać terapeutkę wprost co jej zdaniem się dzieje.
Ja mam pytanie trochę z boku bo rzadko sie tu odzywam — czy afirmacje po sesji to jest coś co terapeuta powinien zaproponować, czy sami możemy dobierać? Bo czytałem gdzieś że złe afirmacje po sesjach mogą wchodzić w konflikt z tym co sesja zaczęła i to może blokować. To prawda czy bzdura?
