Dokładnie to samo chciałam powiedzieć co Sewer76. Może dlatego afirmacje podczas sesji tak działają — bo zmieniają stan osoby, która je mówi, nie tylko są przekazem dla zwierzęcia. To ma sens psychologicznie.
Mam może głupie pytanie, ale właśnie czytam tę rozmowę od początku i zastanawiam się — czy do pracy ze zwierzętami potrzebna jest jakaś inicjacja albo kurs, żeby zacząć? Czy można po prostu próbować?
Zgadzam się z Glozką w tym sensie, że zacząć można bez kursu. Ale dodam jedno: jeśli zwierzę jest naprawdę chore tak jak Mruczek Konstancji, to praca energetyczna to wsparcie, nie leczenie. Weterynarz jest podstawą, to jest dodatek. Myślę, że wszyscy tu to rozumiemy, ale warto to powiedzieć wprost.
Dziękuję za tę odpowiedź, Pelargonia. Rozumiem, że weterynarz jest podstawą, to oczywiste. Ale mam jeszcze jedno pytanie — czy kiedy zaczynasz pracę ze zwierzęciem, masz jakiś stały sposób na to, żeby się najpierw samej uspokoić? Bo czytam tu, że stan osoby pracującej ma znaczenie, i zastanawiam się jak to w praktyce wygląda, zanim w ogóle przyłożysz ręce.
Ja zanim zacznę, siadam spokojnie obok psa na kilka minut. Dosłownie nie robię nic. Nie dotykam, nie mówię. Czekam aż moje oddychanie wyrówna się samo. Dopiero wtedy zaczynam zbliżać dłonie. Nie wiem czy to jest jakaś technika, ale tak to u mnie wygląda.
Czytam to i myślę, że Mruczek robi coś podobnego. Jak siadam przy nim bez telefonu i bez telewizora w tle, to on inaczej się układa. Nie wiem czy to 'energia', ale coś w tym musi być, że on inaczej reaguje na moją obecność zależnie od tego jak się czuję.
To co mówisz Konstancja i Sewer ma jak najbardziej wyjaśnienie w tym, że zwierzęta są bardzo czułe na mowę ciała i ton oddechu. Jeśli jesteś napięta, twój oddech jest płytszy, jesteś mniej nieruchoma. One to wyczuwają. To nie musi być energia subtelna żeby działało.
Oboje macie rację w swoich zakresach. Ale wróćmy do praktyki: czy ktoś próbował pracować ze zwierzęciem na odległość? Nie fizycznie przy nim, ale np. gdy pies był u weterynarza albo w innym pomieszczeniu? Ciekawy jestem czy ktoś miał takie doświadczenie i co z tego wyniknęło.
Ja właśnie chciałam zapytać o to samo co Bogumil. Bo mój pies jest teraz co jakiś czas w klinice na kroplówkach i nie mogę przy nim być. Czy w ogóle jest sens próbować na odległość, czy to już jest coś innego niż to, o czym tu mówimy?
Cyrkonka, jak długo pies jest na kroplówkach? Pytam bo sama przez to przechodziłam z kotem i to jest bardzo trudny czas. Czy próbowałaś już czegoś, czy dopiero szukasz?
To 'po prostu siedzę i myślę' to może być właśnie coś. Czytałam, że intencja skupiona na kimś konkretnym, bez rozproszenia, to już jest forma pracy energetycznej według wielu podejść. Nie wiem czy możemy to zmierzyć, ale czy intencja jako taka w ogóle jest tu przez kogoś kwestionowana?
To jest dokładnie to, co ja napisałam wcześniej o Mruczku. Że te sesje dają coś mnie. I myślę, że to nie jest żadne pomniejszenie tej pracy — to jest jej prawdziwa część. Pytanie tylko czy przy okazji dają też coś zwierzęciu.
Czytam tę rozmowę od jakiegoś czasu i jedno mnie zastanawia: czy ktoś z was rozmawiał z weterynarzem o tym co robi? Nie oczekuję że weterynarz powie 'świetnie, rób tak dalej', ale jestem ciekawa jak to w ogóle przyjmują.
To co powiedział weterynarz Glozce wydaje mi się bardzo uczciwe. Nie wiem czego się spodziewałam — że będzie protestował? Ale ta odpowiedź 'nic złego, o ile nie rezygnujesz z leczenia' brzmi jak coś, co mogłoby uspokoić wiele osób, które się boją w ogóle przyznać. Cyrkonka, czy ty mówiłaś weterynarzowi o tym co robisz?
Ale właśnie — to jest ciekawy moment w tej rozmowie. Bo z jednej strony mówimy o energii, intencji, polach subtelnych. A z drugiej okazuje się, że jak trzeba powiedzieć to weterynarzowi, to sformułowanie się upraszcza do 'siadam i myślę o psie'. Zastanawiam się czy to nie jest właśnie sedno tej rozmowy — że te dwa opisy mogą mówić o tym samym.
Cyrkonka, nie odpowiedziałaś na moje wcześniejsze pytanie — czy to są tygodnie po kolei z przerwami czy pies jest tam prawie non stop? Pytam bo to robi dużą różnicę dla samego opiekuna, nie tylko dla zwierzęcia. Jak długo tak wytrzymujesz?
To 'zobaczymy' jest chyba najtrudniejszą częścią. Mruczek miał okres, kiedy codziennie się zastanawiałam czy mu lepiej czy gorzej i to zawieszenie było gorsze niż cokolwiek konkretnego. Cyrkonka, czy te sesje kiedy siadasz i skupiasz się na nim — robisz to regularnie czy tylko jak jest akurat w klinice?
Też chciałam się zapytać o tę regularność. Bo czytałam że w podejściach afirmacyjnych stałość intencji ma znaczenie — nie jednorazowy zryw, ale codzienne powtarzanie. Nie wiem czy to się przekłada na pracę z chorym zwierzęciem, ale wydaje mi się logiczne że jeśli to w ogóle coś robi, to robienie tego regularnie powinno działać inaczej niż raz na jakiś czas.
Dokładnie to samo mi przyszło do głowy co Glozka. Ja ćwiczę regularnie i widzę, że mój pies reaguje inaczej w dniach gdy rano zrobiłem praktykę niż kiedy nie. Nie wiem co on wyczuwa, ale jest jakiś stan, który on chyba odbiera. I to jest codzienna sprawa, nie wyjątkowa sytuacja kliniki.
Czytam tę dyskusję i mam pytanie może trochę z boku, ale chyba ważne: czy kiedy pracujecie energetycznie ze zwierzęciem chorym, robicie coś inaczej niż ze zdrowym? Czy to jest ta sama praktyka, tylko z inną intencją, czy naprawdę zmieniacie technikę?
To co mówi Pelargonia wydaje mi się bardzo praktyczne. Czy ktoś ma jakiś sposób na to żeby wejść w taki stan zanim się zacznie pracę z chorym zwierzęciem? Nie chodzi mi o teorię, bardziej o coś konkretnego co robicie przed.
To co mówi Glozka jest zaskakująco konkretne. Może właśnie od ramion bym zaczęła. Przy psie w domu staram się to robić, ale przy psie w klinice, kiedy czekam w korytarzu — tam to jest trudniejsze. Czy ktoś pracował w ogóle z oddechem w warunkach które nie są spokojne?
Cyrkonka, ja raz czekałam z Mruczkiem na wyniki i był taki moment paniki, że zaczęłam po prostu liczyć własne wdechy zamiast myśleć. Nie wiedziałam wtedy że to cokolwiek 'robi', ale po kilku minutach on przestał się wiercić w koszyku. Może to zbieg okoliczności, może nie — ale zostało mi to.
Konstancja, to z liczeniem wdechów jest ciekawe. Bo to nie było żadne wielkie przygotowanie, po prostu coś co ciało zrobiło samo żeby nie zwariować, i przy okazji zadziałało na kota. Zastanawiam się czy właśnie takie rzeczy robione z przymusu sytuacji nie są czasem bardziej skuteczne niż te zaplanowane praktyki. Nie ma czasu na napięcie związane z 'teraz muszę to zrobić dobrze'.
Ale chwila, bo chyba robimy tu coś ciekawego — zaczynamy od energii i intencji, a dochodzimy do tego, że najlepiej działa kiedy człowiek przestaje myśleć o tym żeby 'dobrze zrobić'. To brzmi trochę jakbyśmy mówili, że najlepsza praca energetyczna to taka, gdzie się o niej zapomina. Czy ktoś widzi tu paradoks czy to ja za dużo kombinuję?
Siedzę i czytam i mam trochę pomieszane. Bo z jednej strony Sewer mówi że praktyka robi różnicę nawet niezależnie od stanu ogólnego, a teraz mówimy że działa kiedy się za bardzo nie stara. Czy to nie jest sprzeczne? Czy można ćwiczyć regularność i jednocześnie nie być przywiązanym do tego żeby 'wyjść'?
To jest spójne z tym co wiem o mechanizmach uwagi, ale mam pytanie bardziej przyziemne: co robicie kiedy zwierzę w czasie sesji wstaje i odchodzi? Kotka Glozki reaguje na jej stan przed, ale co jak w połowie pracy pies po prostu traci zainteresowanie?
