Mój kot ma już 14 lat i od jakiegoś czasu choruje na nerki. Weterynarz robi swoje, kroplówki, dieta i tak dalej, ale czuję, że mogłabym mu jeszcze jakoś pomóc energetycznie. Próbowałam kłaść dłonie na jego boczku kiedy śpi, ale nie wiem czy robię to dobrze, czy w ogóle coś dociera. Czy ktoś z was pracował energetycznie ze zwierzęciem? Jak to wyglądało, co czuliście, jak reagowało zwierzę?
Też mam kota i właśnie o tym myślałam, bo ostatnio był po operacji. Słyszałam, że zwierzęta są bardzo wrażliwe na energię i łatwiej im przekazać intencję niż ludziom, bo nie mają bariery umysłu. Ale sama nie próbowałam, bo bałam się że zrobię coś źle. Czy jest jakaś podstawowa technika od której można zacząć?
Pracowałem ze swoim psem kiedy miał stan zapalny łapy. Kładłem dłonie kilka centymetrów nad miejscem, nie dotykając, i po kilku minutach czułem wyraźne ciepło. Pies się nie wyrywał, wręcz przeciwnie, położył głowę i zasnął. Nie twierdzę, że to go wyleczyło, ale uspokoił się bardzo szybko. Nie wiem tylko, czy skupiać się na konkretnym miejscu, gdzie boli, czy raczej na całym polu energetycznym zwierzęcia.
Czakry u zwierząt to temat na osobną rozmowę i nie wszyscy bioenergeterapeuci zgadzają się co do ich dokładnego umiejscowienia. Są różne szkoły i różne mapy, więc nie traktowałbym jednej jako jedynej słusznej. Natomiast to co opisał Sewer76 z ciepłem i spokojnym zachowaniem zwierzęcia, to jest coś co się powtarza w relacjach wielu osób pracujących ze zwierzętami. Myślę, że intencja i spokój osoby pracującej są tu kluczowe.
A nie jest tak, że kot po prostu lubi ciepłe dłonie i się relaksuje jak mu ktoś daje uwagę? Pytam szczerze, bo skąd wiadomo, że to energia, a nie zwykły kontakt fizyczny i poczucie bezpieczeństwa?
Mam pytanie do tych co próbowali, jak długo trwa jedna sesja? Mój kot ma 17 lat i szybko się męczy, więc zastanawiam się czy 5 minut wystarczy, czy trzeba siedzieć dłużej.
To jest ciekawe, że kot sam decyduje kiedy kończyć. Mój Mruczek właśnie tak robi, po jakimś czasie po prostu wstaje i odchodzi. Myślałam że to znaczy, że mu przeszkadzam, a może po prostu bierze tyle ile potrzebuje?
W wielu tradycjach uzdrawiania zwierzęta traktuje się jako istoty, które bardzo dobrze wiedzą kiedy dość. Nie mają ego które każe im zostać z grzeczności. Jeśli odchodzi, to naprawdę koniec sesji. Czytałam też, że w pracy z chorymi zwierzętami ważna jest intencja przekazana w spokoju, a nie z lękiem czy desperacją, bo zwierzę to czuje i może się zamknąć. Masz poczucie że jesteś spokojna kiedy pracujesz z kotem?
Właśnie dlatego chciałam zapytać o afirmacje. Ja używam ich kiedy się boję o kogoś bliskiego i naprawdę pomagają mi się skupić na tym co pozytywne, zamiast kręcić się w lęku. Czy ktoś łączy afirmacje z pracą energetyczną przy zwierzęciu? Zastanawiam się czy można mówić je w myślach podczas trzymania rąk.
Pytam bo jestem ciekaw, czy afirmację trzba mówić po polsku czy jezyk nie ma znaczenia? Spotkałem sie ze zdaniem że intencja jest ważniesza niż słowa ale nie wiem czy to prawda.
Wracając do pytania Konstancji o lęk podczas sesji, to jest właśnie ten moment gdzie afirmacje mają sens nie dla zwierzęcia, ale dla osoby pracującej. Jeśli siedzisz przy chorym kocie i jesteś pełna strachu, to ta praca jest mocno ograniczona. Afirmacja to nie zaklęcie, to sposób do przestawienia własnego stanu wewnętrznego. Pytanie do ciebie: co konkretnie czujesz w tej chwili kiedy zaczynasz sesję, zanim jeszcze dołożysz dłonie?
Ten ścisk który opisujesz to chyba zna każdy, kto pracował z chorym zwierzęciem albo bliską osobą. Może zamiast walczyć z tym uczuciem, po prostu je uznać przed sesją? Powiedzieć sobie w myślach: 'tak, boję się, i mimo to jestem tutaj i jestem spokojna'. Trochę jakbyś dała sobie zgodę na te emocje, zamiast je odpychać. Czy próbowałaś czegoś takiego?
Z kolorem to jest tak, że każda tradycja mówi co innego. Szary dym jest popularny, ale znam podejścia gdzie wolą biel jako oczyszczenie. Moim zdaniem sam kolor jest mniej ważny niż to, żebyś miała konkretny obraz do którego możesz się odwołać. Czy kiedy próbowałaś wizualizacji to w ogóle coś poczułaś, czy było pusto?
Ja do tej pory używałam afirmacji bardziej jako mantrę przy zasypianiu, a nie przy pracy z kimś chorym. Po przeczytaniu tej rozmowy zastanawiam się, czy to zupełnie inne zastosowanie, czy jednak podobny mechanizm?
Wracając do Konstancji i tego ścisku podczas sesji. Czytałam kiedyś o podejściu gdzie zamiast afirmacji pozytywnych, które mogą brzmieć fałszywie kiedy boisz się, stosuje się afirmacje obecności. Coś jak 'jestem tu z tobą, jesteś kochany'. Bez obietnicy uzdrowienia, bez 'będzie dobrze'. Czy ktoś próbował czegoś takiego ze zwierzęciem?
To mi się podoba. Mój kot nie rozumie słów, ale takie zdanie 'jestem tu z tobą' jest prawdziwe i mogę je powiedzieć bez poczucia że kłamię. A to chyba ważne, żeby afirmacja nie była pustym słowem.
Właśnie. Jak mówię w myślach 'wyzdrowiejesz', to gdzieś w środku od razu pojawia się głos który mówi 'a skąd wiesz'. I cała ta afirmacja się sypie. A 'jestem tu z tobą' to coś, co jest po prostu prawdą. Spróbuję tak przy następnej sesji z Mruczkiem.
Ten mechanizm z głosem, który podważa afirmację, jest bardzo częsty. To nie jest kwestia złej woli, to kwestia tego, że umysł nie znosi fałszywości. Dlatego afirmacje skuteczniejsze są kiedy opisują stan, a nie obietnicę. 'Moje dłonie są spokojne' zamiast 'moje dłonie uzdrawiają'. Tylko tyle i aż tyle.
Zatrzymajmy się chwilę bo wątek się trochę rozlewa. Konstancja pytała na początku jak pracować energetycznie z chorym kotem, a teraz jesteśmy przy częstotliwości głosu. Czy ktoś może zebrać co konkretnie działa według własnego doświadczenia? Nie teoria, ale to co próbowałeś i co zaobserwowałeś.
Ja jeszcze nie zaczęłam regularnie, dopiero przymierzam się. Ale te informacje o długości sesji i obserwowaniu reakcji są dla mnie bardzo konkretne i pomocne. Mam pytanie praktyczne: zaczynacie od głowy kota czy od bolącej okolicy?
To jest pytanie na które nie ma jednej odpowiedzi, bo zależy od tego jakie podejście wewnętrznie czujesz jako swoje. Nie żartuję, to serio ma znaczenie. Jeśli skanujesz wolno i czujesz że gdzieś dłonie 'ciągną', to tam zostań chwilę. Jeśli nie czujesz nic konkretnego, zacznij od ogółu i sprawdź co się dzieje.
Próbowałam dziś z Mruczkiem. Zaczęłam od tułowia, wolno, z odległości może dziesięciu centymetrów. W okolicach brzucha miałam poczucie ciepła w dłoniach, ale nie wiem czy to nie było po prostu od jego ciała. On akurat leżał i mruczał, więc się nie wyrywał.
Ciepło od ciała a ciepło 'energetyczne' to faktycznie trudne do odróżnienia przy chorym kocie, bo jest blisko i jest ciepły z natury. Konstancja, a po tej sesji jak się czułaś ty? Czy był jakiś wyraźny moment, kiedy pomyślałaś, że skończyć?
To zmęczenie po sesji ze zwierzęciem to chyba normalka. Czytałam, że jeśli pracujesz z kimś bardzo chorym, twój układ energetyczny też to odbiera. Dlatego podobno ważne jest żeby po sesji 'zamknąć' przepływ. Konstancja, czy robiłaś coś takiego po zakończeniu?
Rozumiem to pytanie i jest uczciwe. Ale patrzę na to tak: jeśli ktoś przy chorym kocie usiądzie spokojnie, skupi się, oddycha miarowo i ma ciepłe dłonie blisko zwierzęcia — to nawet jeśli nie ma żadnej 'energii', to jest obecność. I ta obecność działa. Może nie uzdrawia, ale uspokaja. Czy potrzebujemy wiedzieć skąd, żeby to robić?
Szczerze? Nie wiem. Mruczek jest ogólnie spokojniejszy w ostatnim czasie, ale on też dostał nowe leki od weterynarza, więc nie przypisuję sobie zasługi. Nie chcę sobie wmówić, że to ja. Ale czuję, że te sesje dają mi coś — poczucie, że robię coś, a nie tylko czekam.
To jest bardzo ważna rzecz, którą teraz napisałaś. Bo chyba właśnie o to chodzi w tej pracy ze zwierzęciem w chorobie — nie o cuda, ale o to, żeby nie siedzieć bezradnie. Pytanie do wszystkich: czy ktoś miał poczucie, że te sesje bardziej pomagają jemu, czy zwierzęciu?
