A czy ktoś próbował pracować bez kontaktu fizycznego? To znaczy — być w innym pokoju albo nawet kiedy pies jest w klinice? Cyrkonka wcześniej pytała o korytarz, ale ja mam na myśli bardziej świadomą pracę na odległość, nie tylko oddychanie ze stresu.
Jowitka, ja próbowałam. Kiedy Mruczek był na badaniach i nie mogłam być obok, siadałam w domu i po prostu skupiałam się na nim — nie wiem jak to nazwać, ale wyobrażałam sobie że jest ciepło i spokojnie. Nie wiem co to robiło jemu, ale mnie pomagało nie siedzieć i się trząść. Czy to się liczy?
Konstancja, myślę że się liczy choćby z tego powodu który Glozka mówiła wcześniej — że kiedy po powrocie brałaś go na ręce, byłaś spokojniejsza. Ale zastanawiam się czy jest jakaś różnica między taką pracą a po prostu modlitwą albo życzeniem komuś dobrze. Co sprawia że to jest 'praca energetyczna' a nie po prostu troska?
To pytanie mnie też kręci od jakiegoś czasu. Bo czytałam że w bioenergoterapii chodzi o świadome kierowanie energii, a nie tylko o myślenie z miłością. Ale jak to rozróżnić w praktyce? Czy jest jakiś moment kiedy 'myślę życzliwie' zamienia się w 'pracuję energetycznie'?
Wracając do pytania o chorowanie — bo ja to zadałam wcześniej i trochę utknęłyśmy na kwestii stanu opiekuna, co jest ważne, ale mnie interesuje też techniczna strona. Czy przy chorobie zmieniacie miejsce skupienia? Znaczy — czy skupiacie się na konkretnym miejscu w ciele zwierzęcia gdzie jest problem, czy na całym zwierzęciu?
To co mówi Pelargonia jest dla mnie nowe. Nigdy nie myślałam o tym żeby pozwolić żeby to ręce 'same wiedziały'. Brzmi trochę abstrakcyjnie, ale z drugiej strony pies czasem sam podstawia określone miejsca do głaskania... Czy to jest podobny mechanizm czy całkiem coś innego?
Słuchajcie, mam jedno pytanie które mnie gnębi w całej tej rozmowie. Mówimy o tym że zwierzę wyczuwa stan opiekuna, że podstawia miejsca, że samo się kończy sesja. Ale Cyrkonka jest w konkretnej sytuacji — pies na kroplówce co kilka dni, niepewność co do rokowań. Czy ktoś z Was był w podobnej sytuacji długotrwałej, nie jednorazowej choroby? Bo mi się wydaje że to jest inny poziom trudności.
Darek, byłam i to jest dokładnie inne. Mruczek chorował przez kilka miesięcy z wynikami raz lepszymi raz gorszymi. I po jakimś czasie zrozumiałam że nie da się utrzymać tego samego skupienia co na początku — po prostu człowiek się zużywa. Zaczęłam robić krótsze rzeczy, czasem tylko te kilka oddechów o których mówiłam, i powiedziałam sobie że to wystarczy na dziś. Nie wiem czy Cyrkonka ma na to przestrzeń w głowie, ale to pytanie warte zadania sobie.
Konstancja, to co opisujesz — siedzenie w domu i wyobrażanie sobie że jest ciepło i spokojnie — jest dla mnie bardzo bliskie temu co teraz robię kiedy nie mogę być przy Burku. Ale właśnie to pytanie Sodalitki mnie nie opuszcza. Czy w tej chwili kiedy siedzisz i skupiasz się na Mruczku, czujesz że coś robisz, czy bardziej że jesteś z nim myślami? Bo ja nie potrafię tego rozróżnić.
Cyrkonka, szczerze? Nie wiem. I chyba przestałam się tym zadręczać. Przez pierwsze tygodnie Mruczka ciągle analizowałam — czy 'dobrze' skupiam, czy intencja jest wystarczająco silna. A potem przyszedł moment kiedy byłam tak zmęczona, że przestałam myśleć o technice i po prostu siedziałam. I paradoksalnie tamte chwile zapamiętałam jako spokojniejsze. Czy to była praca energetyczna? Nie mam pojęcia.
Wchodzę tutaj z boku, bo słucham i zastanawiam się nad czymś innym. Mówimy dużo o tym co czuje opiekun, jak zwierzę reaguje, kiedy wychodzi z sesji. Ale czy ktoś z was pracował z afirmacjami równolegle? Znaczy — nie podczas pracy z psem czy kotem, ale dla siebie, żeby w ogóle dać radę przez takie tygodnie jak te które opisuje Konstancja?
Przepraszam że wchodzę w tę afirmacyjną stronę, ale chcę się upewnić że dobrze rozumiem. Sodalitka mówi że afirmacje dawały jej coś do trzymania się — nie wiem czy to różni się znacząco od powiedzenia 'modliłam się żeby dać radę'. Nie mówię że to złe. Mówię że może to jest to samo tylko inaczej nazwane. Czy ktoś widzi tu realną różnicę?
Ja używałam afirmacji kiedy kotka miała złe wyniki i musiałam czekać kilka dni na decyzję weterynarza. Powtarzałam sobie 'jestem przy niej tak jak potrzebuje' i to mi pomagało nie wpadać w to kręcenie się w kółko z niepokojem. Nie wiem czy to miało wpływ na nią energetycznie — ale miało wpływ na to jakiej byłam osobą kiedy do niej podchodziłam.
Mam wrażenie że trochę za bardzo próbujemy rozdzielić oddech, afirmację, energię, stan psychiczny — a to wszystko u mnie działa jako jedno. Nie zaczynam od afirmacji, potem energii, potem oddechu. To się skleja w jakiś ciąg który znam po czasie i który wprowadza mnie w pewien tryb. Może właśnie dlatego trudno powiedzieć co tu robi co.
