Myślę ze to widać po efekcie w czasie. Jak ominiesz temat i nic sie nie zmienia, to znaczy ze ominąłes. Jak pójdziesz dookoła i jednak dotrzesz do jakiejs zmiany, to znaczy ze droga byla okrezna ale skuteczna. Nie da sie tego ocenic w momencie wyboru, tylko patrząc wstecz.
To znowu wychodzi że potrzebny jest czas i obserwacja. Ale ja mam wrażenie że od początku tego wątku odpowiedź na moje pytanie z tytułu jest 'tak, można sobie zrobić krzywdę, ale czy zrobiłaś nie wiesz zanim nie minęło trochę czasu'. Czy to jest w ogóle pomocne jako odpowiedź?
Hmm. Powiedziałabym że to jest pomocne, bo zmienia nastawienie. Jeśli wiesz że ocena przychodzi z opóźnieniem, to przestajesz szukać natychmiastowego sygnału alarmowego i zaczynasz bardziej regularnie sprawdzać jak jest. To inne nastawienie niż 'nic złego się nie dzieje więc jest ok'.
Ale Zorza69 ma trochę rację że to jest frustrujące jeśli szukasz praktycznej zasady. Ja też przez chwilę szukałam czegoś w stylu 'jeśli X, to zatrzymaj się', ale chyba nie ma jednej takiej zasady, są raczej kierunki.
Czytam to od dłuższego czasu i mam takie pytanie, bo nie pracuję z afirmacjami tylko bardziej z energią przez ręce. Czy te same sygnały, ten skurcz, drażliwość, sny, dotyczą też takiej pracy? Czy to jest specyficzne dla afirmacji?
Wracając do tego co mówiła Basieńka o reakcji ciała przy pierwszym kontakcie z afirmacją, czy jest różnica między reakcją przy pierwszym czytaniu a przy wielokrotnym powtarzaniu? Bo rozumiem że afirmacje zazwyczaj się powtarza, nie czyta raz.
To chyba widać po tym co dzieje się poza samą afirmacją. Jak tłumię w złym sensie, to zwykle gdzieś indziej coś wybucha, np. śpię gorzej, jestem bardziej drażliwa na drobiazgi. Jak ciało się po prostu oswaja, to reszta życia zostaje w miarę spokojna.
To jest bardzo konkretny przykład Feniksa55. Czy to znaczy że mamy obserwować nie tylko siebie podczas afirmacji, ale całe życie wokół? Bo to jest dosyć duże zadanie.
Tak to działa, niestety. Energia szuka ujscia i jak nie moze wyjsc przez to gdzie chcesz, to wychodzi inaczej. Nie koniecznie dramatycznie, ale zwykle gdzies wylaze, w snach, w relacjach, w ciele.
Czyli jednak notatki? Kilka postów temu ktoś mówił że to może być pułapka nadinterpretacji, a teraz słyszę że jednak prowadź notatki. To co konkretnie zapisywać żeby nie wpaść w spiralę szukania połączeń wszędzie?
Przepraszam że wchodzę w ten wątek, ale mam wrażenie że cały czas mówimy o afirmacjach, a temat jest szerszy. Wracając do pytania z tytułu, czy przy pracy z energią przez ręce, tak jak Pentaklista opisywał, te same zasady obserwacji działają?
Ja kiedyś próbowałam prowadzić notatki po każdej pracy energetycznej i po miesiącu miałam tyle zapisanego że sama się w tym zgubiłam. Może jest jakaś prostsza forma niż pełny dziennik?
Chciałam zapytać, bo gdzieś na początku padło że można sobie zrobić krzywdę. Mam na myśli taką sytuację, czy jeśli ktoś jest w trudnym momencie życiowym, np. rozstanie, strata pracy, to czy w ogóle powinien zaczynać pracę z energią czy lepiej poczekać?
Według mnie trudny moment to czasem najlepszy czas zeby zacząć, bo jest motywacja i cos rzeczywistego do przepracowania. Ale to jest kwestia co i jak, nie czy w ogole. Agresywne oczyszczanie w kryzysie to moze byc za duzo, a lekka praca z oddechem i uziemieniem to moze byc wlasnie to co pomaga.
Intuicja trochę, ale też dawkowanie. Jak robisz coś pietnascie minut i czujesz ze mozesz wiecej, nie rób więcej. Zatrzymaj sie na tym piętnastu, nawet jak by się chciało. To jest taka zasada którą mi dał ktoś starszy i długo mi zajęło żeby ją zrozumieć.
To jest ciekawe, bo ja robiłam odwrotnie. Jak coś działało, to robiłam więcej, bo myślałam że jak działa to więcej znaczy lepiej. Czy to mogło mi zrobić krzywdę, nawet jeśli nie czułam nic niepokojącego?
Ja też tak miałam i to mnie zastanawia od jakiegoś czasu. Jeśli nie czujesz że coś jest nie tak, ale robiłaś za dużo, to skąd w ogóle masz wiedzieć że przekroczyłaś granicę?
Nie chodzi mi o to żeby ktoś mi powiedział że przekroczyłam granicę, tylko o to jak w ogóle taki próg rozpoznać. Bo jeśli nie czujesz nic niepokojącego, to po czym wiesz że coś poszło nie tak?
Często nie wiesz od razu. Dowiadujesz sie po fakcie, jak sie okazuje ze bylasz przemęczona albo ze przez kilka dni bylas jakas nie swoja i dopiero wstecz laczysh ze cos bylo nie tak. Dlatego ta obserwacja o ktorej mowilismy ma sens, bo bez niej nie masz żadnego punktu odniesienia.
Ale to brzmi jak błędne koło. Obserwujesz, żeby zobaczyć że coś poszło nie tak, ale żeby zobaczyć że coś poszło nie tak, musisz już wiedzieć co szukać. Jak ktoś zaczyna od zera, to co ma obserwować?
Na początku obserwuje się własny punkt wyjścia, nie efekty. Zanim zaczniesz cokolwiek robić, zauważ jak się czujesz. Jak śpisz, jak się budzisz, jak funkcjonuje ci głowa w ciągu dnia. Bez tego nie masz z czym porównywać.
To jest chyba najszczersze co tu padło. Większość z nas nie ma tej bazy i teraz próbujemy oceniać czy coś działa albo czy coś nam zaszkodziło bez żadnego punktu startowego.
Dlatego ja mówię o tej skali, bo jak zaczniesz ją prowadzić teraz, to za miesiąc masz już coś. Nie masz przeszłości, ale możesz budować od dziś. Lepsze to niż nic.
Ja miałam taki moment gdzie moje nastroje i praca energetyczna tak się ze sobą pomieszały że naprawdę nie wiedziałam co jest czym. W końcu zrobiłam przerwę na kilka tygodni i dopiero wtedy zobaczyłam że bez pracy energetycznej jest stabilniej. To nie znaczy że praca mi szkodziła, ale w tamtym czasie było za dużo.
Swoje. Po prostu byłam zmęczona i stwierdziłam że skoro nie wiem co jest czym, to wyciszam wszystko i patrzę co zostaje. Trochę jak z eliminacyjną dietą, wyłączasz jeden czynnik i obserwujesz.
Czyli odpowiedź na pytanie z tytułu jest trochę taka, że można sobie zrobić krzywdę nie przez samą energię, ale przez to że za dużo na raz i za szybko? Nie sama praca jest ryzykowna, tylko tempo i dawkowanie?
To porównanie z bieganiem dużo mi wyjaśnia. Czyli te piętnaście minut o których mówił Oskar wcześniej to nie jest przypadkowa liczba, to jest właśnie ten pomysł żeby nie przebiec od razu dwudziestu kilometrów.
