Zastanawiam sie od jakiegos czasu nad czyms, co mi chodzi po glowie przy pracy z klientami. Mianowicie - czy energia bioenergoterapeutyczna ma jakies ograniczenia temperaturowe? Pracuje z ludzmi w roznych warunkach i zauwazylam, ze zima, przy bardzo niskich temperaturach, przeplyw energii miedzy dlonmi a cialem klienta jest jakby… inny. Bardziej skondensowany, jakby scisniety. Latem z kolei energia zdaje sie rozlewac swobodniej, ale bywa tez rozmyta i trudniejsza do ukierunkowania. Ale to nie wszystko, bo zaczelam tez zwracac uwage na zapachy podczas sesji i jest tu chyba jakas zaleznosc. Przy zimowych sesjach naturalnie siegam po olejki korzenne, cieple, i mam wrazenie ze to wspomaga ten przeplyw. Czy ktos z was pracowal w naprawde ekstremalnych warunkach temperaturowych, mroz, upal, i zauwazyl cos podobnego? Albo ma jakies doswiadczenia z zapachami w kontekscie temperatury otoczenia?
O, świetny temat bo akurat ostatnio się nad czymś podobnym głowiłam! Ja nie jestem bioenergoterapeuta z prawdziwego zdarzenia ale pracuję z czakrami i przy medytacjach zauważam dokładnie to o czym piszesz - zimą energia jakby idzie w głąb, bardziej do środka ciała, a latem chce się rozpraszać na zewnątrz. Trochę jak oddychanie u roślin albo coś. Ale mam pytanie - kiedy piszesz „skondensowana” to co dokładnie czujesz w dłoniach? Bo ja np. zimą czuję większy opór, jakby ktoś mi stawiał lekką barierę, i nie wiem czy to temperatura powietrza wpływa na moje odczucia czy faktycznie coś się zmienia w polu energetycznym
Powiem szczerze że pracuję z bioenergią od ponad 15 lat i ten temat nie jest taki prosty jak się wydaje. Temperatura otoczenia na pewno wpływa na komfort terapeuty i klienta, co z kolei przekłada się na jakość sesji - to jest fakt. Ale czy energia „zna” granice temperatury w sensie dosłownym? Wolałabym być ostrożna z takimi stwierdzeniami. To co opisujesz, Lonia, może być też kwestią tego jak twoje własne ciało i układ nerwowy reagują na zimno lub ciepło, a nie samej energii jako takiej. Z zapachami zgadzam sie bardziej - aromaty faktycznie modulują nasz stan, rozluźniają albo pobudzają, i to pośrednio wpływa na to jak pracujemy energetycznie.
Ojej, ja tam nie jestem żadnym ekspertem ale mam jedno doswiadczenie z tym zwiazane. Bylam raz na sesji bioenergoterapeutycznej zimą, gabinet był troche niedogrzany, i terapeuta mówiła ze czuje moje pole jakby „skulone”. I rzeczywiście mialam wtedy takie wewnętrzne wrazenie jakbym była cala naprężona i zamknięta. Ona zapaliła wtedy kadzidełko z sandalowcem i cos dziwnego - naprawde poczułam jak się rozluźniłam i ona mowiła ze pole sie otwiera. To bylo dziwne. Czy to od sandałowca, od ciepla które dawalo kadzidelko, od samego zapachu czy od sugestii? Nie wiem.
To bardzo ciekawy kierunek rozważań i wiele tradycji uzdrawiania na to zwraca uwagę, choć nie zawsze wprost. W ajurwedzie na przykład jest pojęcie „agni” - ogień trawienny, wewnętrzne ciepło - i zimowe rytuały uzdrawiające celowo angażują zapachy rozgrzewające: imbir, goździk, czarny pieprz. Nie po to żeby „walczyć” z zimnem jako takim, ale żeby utrzymać wewnętrzny żar gdy zewnętrze wychładza. Z mojego doświadczenia z kamieniami wiem że np. obsydian czy turmalin inaczej się zachowuje zimą podczas uzdrawiania - jest potrzeba dłuższego „rozgrzewania” kamienia w dłoniach zanim stanie się przewodnikiem energii. Czy to temperatura fizyczna? Tak bo kamień jest zimny. Ale też coś więcej. Pytanie do Loni - jakich olejków używasz zimą i czy dobierasz je świadomie pod kątem jakości energii którą chcesz osiągnąć, czy raczej intuicyjnie?
Siedzę nad tym wątkiem i mam mieszane uczucia. Z jednej strony rozumiem te obserwacje, z drugiej zastanawiam się ile w tym efektu placebo i autosugestii. Zapach sandałowca powoduje reakcję układu limbicznego, rozluźnienie, spowolnienie oddechu - to jest fizjologia, nie magia. I to automatycznie zmienia odczucia energetyczne bo ciało jest inaczej nastawione. Nie mówię że sesja jest mniej wartościowa, mówię że może nie chodzi o jakiś tajemniczy wpływ temperatury na energie jako taką, tylko o to jak temperatura wpływa na nas jako istoty biologiczne a my potem interpretujemy te zmiany energetycznie. To ma sens?
Ale czy skoro ciało i energia są ze sobą połączone to nie wychodzi na to samo? Tzn. jeśli temperatura wpływa na ciało a ciało jest nośnikiem energii albo z niej zbudowane, to temperatura jednak wpływa na energię, tylko pośrednio. Nie?
Ja powiem z innej strony. Pracuje z runami i rytualami i wiem ze szamani wielu tradycji celowo wchodza w ekstremalne warunki - silny mroz, sauny przegrzewajace cialo, post na sloncu - wlasnie zeby zmienic stan energetyczny. Nie przypadkiem. Temperatura ekstremalnie niska albo ekstremalnie wysoka powoduje zmiane stanu swiadomosci, a to jest brama do glebszej pracy. Wiec pytanie „czy energia zna granice temperatury” to moze byc niedobrze postawione pytanie. Moze lepiej: jak temperatura sluzy jako sposob do zmiany energetycznej. Zapachy dzialaja podobnie zreszta - to sa chemo-sygnaly ktore zmieniaja stan
Nawiążę jeszcze do tego co mówił Hydromanta - te szamańskie praktyki mnie zawsze fascynowały właśnie w tym kontekście. Wiem że np. w sweat lodge, w tym indiańskim namiocie pary, temperatura dochodzi do bardzo wysokich wartości i to ma być celowe żeby „uwolnić” energie zablokowane w ciele. Ale zastanawiam sie - czy to jest bezpieczne dla kogoś kto nie jest przyzwyczajony? I czy zwykły bioenergoterapeta może jakoś korzystać z tej zasady w normalnej pracy, nie ekstremalnej?
Chciałabym wrócić do wątku zapachów bo myślę że jest tu więcej do powiedzenia. Każdy zapach ma swoją „temperaturę energetyczną” - i to nie jest metafora, to jest zupełnie namacalna jakość. Goździk, pieprz, imbir, myrra - to są zapachy gorące, yang, pobudzające przepływ. Lawenda, rumianek, bergamotka - chłodne, yin, uspokajające. Jeśli więc pracujemy w zimnym pomieszczeniu i energia klienta jest skurczona, ściągnięta zimnem, to intuicyjne sięgnięcie po gorący zapach jest kompensacją energetyczną - uzupełniamy to czego brakuje. I na odwrót, w letnim upale lawenda schładza i uspokaja rozgrzane, rozproszone pole. Myślę że to co robi Lonia intuicyjnie jest właśnie taką kompensacją, i to jest bardzo dobra praktyka.
Pelagiusza, zgadzam się z tym co piszesz o zapachach i ich jakości, to jest dobrze opisane w aromaterapii i tradycji chińskiej. Ale chcę zapytać o jedną rzecz praktyczną - czy nie masz nigdy problemów z klientami którzy są uczuleni na silne zapachy albo po prostu nie lubią zapachu który im zapalisz? Bo ja miałam taką sytuację że olejek który dla mnie był „rozgrzewający i pomocny” wywołał u klientki silną reakcję negatywną, headache, odpychanie. I wtedy ta cała praca energetyczna szła w złym kierunku bo klientka była skupiona na dyskomforcie.
Hm, przepraszam ale to już trochę naciągane. Jeśli ktoś ma migrenę od silnego zapachu to ma migrenę, a nie „sygnał diagnostyczny”. Nie chcę być niegrzeczna ale takie interpretowanie wszystkiego jako energetycznego może prowadzić do ignorowania realnych dolegliwości.
Ojej wlasnie sobie przypomnielam cos! Bylam na takim wyjezdzie kilka lat temu, zima, dom bez normalnego ogrzewania, spilismy w śpiworach 😀 i tam byla kobieta która robiła uzdrawianie i mówiła że w takim zimnie ludzie otwierają sie inaczej, glebiej. Tłumaczyła że ciepło sprawia że ludzie sa rozleniwieni i zamknięci w komforcie, a zimno wyciaga ich z tej strefy bezpieczenstwa i wtedy jest latwiej dotrzeć do głębszych warstw 🙂 Nie wiem czy to prawda ale ciekawe.
Słuchajcie, bo mi się kręci w głowie jedno pytanie przez całą tę rozmowę i nikt jeszcze nie odpowiedział wprost. Czy jest jakaś temperatura przy której bioenergoterapia po prostu nie działa albo działa znacznie gorzej? Nie chodzi mi o komfort terapeuty czy klienta ale o samą energię. Bo z dyskusji wynika albo że temperatura zmienia jakość energii ale nie blokuje jej, albo że to wszystko są nasze projekcje fizyczne. Jak to jest naprawdę?
Piwoniowa, to jest wlasnie to pytanie ktore mnie nurtuje od poczatku tej rozmowy. I szczerze? Nie wiem czy jest jakas twarda granica. W swojej praktyce nie spotkalam sie z sytuacja zeby praca kompletnie nie szla - ale byly sesje gdzie musialam wlozyc duzo wiecej, powiedzmy, intencji. I zawsze to bylo albo przy bardzo duzym zimnie, albo paradoksalnie przy bardzo duzej spiekocie, takie letnie poludnie 35 stopni. Jakby ekstrema po obu stronach stwarzaly podobny problem, tylko inny w charakterze.
To ciekawe co Lonia mówi o upale, bo ja zawsze zakładałam że zimno jest bardziej problematyczne. A letnie południe jako problem - to mnie zaskakuje. Czy to może chodzić o to że przy takim żarze i my jesteśmy energetycznie jakby „przegrzani” i trudniej o równowagę?? Jak się to czuje od strony terapeuty?
No właśnie to jest mój problem z całą tą dyskusją - „nie wiem czy to działa na poziomie energetycznym czy psychologicznie”. I jakoś nikt nie próbuje tego rozdzielić. Mięta pieprzowa obniża odczuwalną temperaturę przez stymulację receptorów zimna, to jest fizjologia. Jak to ma przełożenie na przepływ energii, skoro nie wiemy nawet jak ta energia miałaby się zachowywać?
Wierzbinka, ale czy to rozdzielenie jest wogole mozliwe i czy ma sens? Jesli psychika i cialo sa sprzezone, a stan psychofizyczny wplywa na prace energetyczna, to chlodzacy zapach miety ktory zmienia odczucie temperatury i rozluznia cialo - juz przez to wplywa na energie. Nie musi byc „czyste” oddzialywanie energetyczne zeby efekt byl realny
Chcę domknąć pytania Piwoniowej o granicę temperatury - w tradycji tybetańskiej jest coś ciekawego. Tumo, czyli wewnętrzne ciepło, to praktyka w której mnisi dosłownie regulują temperaturę ciała w ekstremalnym zimnie. I nie jest to traktowane jako „mimo zimna” tylko „przez zimno”. Ekstremalne warunki są bodźcem, nie przeszkodą. Czy to znaczy że energia nie zna granic temperatury, bo potrafi je przekroczyć 🙁 Może granica jest tylko w nas, nie w temperaturze samej w sobie.
O tumo słyszałam ale zawsze myslalam ze to jest jakis wyjatkowy przypadek, tylko dla zaawansowanych mnichow. Czy to znaczy ze kazdy terapeuta moze sie tego „nauczyc” czy to jest jakis szczegolny dar?
Cykoria dotknęła czegoś ważnego. Ja bym to ujęła tak - może temperatura nie blokuje energii, tylko zmienia jej jakość i kierunek. W zimnie energia jakby schodzi do środka, zagłębia się. W cieple wychodzi na zewnątrz, rozszerza. To nie jest lepsza ani gorsza, tylko inna praca. I może właśnie dlatego szamani i mnisi świadomie wybierają ekstrema - żeby dotrzeć do tej energii która normalnie jest niedostępna.
O, Pelagiusza to jest świetna perspektywa! Czyli zimno nie „utrudnia” pracy energetycznej, tylko przesuwa ją w inne rejony? To by tłumaczyło czemu sesje zimą bywają głębsze mimo dyskomfortu - może właśnie schodzimy wtedy do tych głębszych warstw. Czy pracujesz z tym świadomie, tzn. dobierasz zapachy pod tą „głębszą” zimową jakość?
A u mnie mam teraz takie glupie pytanko - bo czytam i myslę sobie, czy to nie jest tak troche jak z gotowaniem? Serio. W upale sałatka, zimą zupa bo taki jest ruch tego co jest wokół? I zapachy to jakby dobieranie przypraw do tego co nam środowisko serwuje? Może to zbyt proste ale jakoś tak mi to usiadlo w głowie 😀
Stasia, wcale nie takie glupie. Ajurweda doslownie tak do tego podchodzi - dopasowujesz to co bierzesz do srodka (jedzenie, zapachy, rytualy) do tego co jest na zewnatrz. Zima dajesz sobie cieplo, latem chlod. To jest stara zasada i ma w sobie duzo sensu, tez w kontekscie pracy energetycznej.
Ok, ale wróćmy do mojego pytania które chyba wyparowało - czy jest temp przy której to po prostu nie działa? Bo z tej rozmowy wyciągam że: ekstremalne zimno zmienia charakter pracy ale nie wyklucza jej, ekstremalne ciepło też zmienia ale inaczej. Czyli odpowiedź brzmi „nie ma takiej granicy”? Czy raczej „nie wiemy bo nikt nie sprawdzał -30 stopni na zewnątrz”?
Powiem brutalnie - nie wiemy. I nie wiemy czy w ogóle jest co mierzyć. Tumo to jest realne zjawisko fizjologiczne, mnisi naprawdę potrafią regulować temperaturę ciała, to jest udokumentowane naukowo. Ale wyjaśnienie „energia” jest jednym z wielu i niekoniecznie najtrafniejszym. Natomiast jeśli pytasz czy bioenergoterapia działa w -30, to nie ma jak odpowiedzieć bo nie ma żadnej metody żeby to sprawdzić.
Ciekawy wątek wyszedł z tej rozmowy o zapachach i temperaturze. Chcę tylko dodać jedną praktyczną obserwację - i to dotyczy zarówno zimna jak i ciepła. Terapeuci często zapominają że ich własny komfort termiczny wpływa na jakość sesji. Jeśli terapeuta marznie i skupia się na tym żeby nie trząść rękami, to jego uwaga jest podzielona. Nie chodzi o to że energia „nie płynie”, tylko że sam terapeuta nie jest w stanie dobrze skupić intencji. To może wyglądać jak „granica temperatury” ale nią nie jest.
