To może warto zapytać go na kolejnej wizycie wprost, czy mogłabyś spróbować jakiejś formy pracy z napięciem jako uzupełnienia. Nie musisz od razu mówić 'bioenergoterapia', możesz zapytać czy widzi sens w pracy z ciałem od strony relaksacji. Może coś konkretniejszego doradzi.
Ja mam pytanie trochę z boku, ale związane z tym, co mówi Bursztynka. Jak wchodzisz na pierwszą sesję bioenergoterapii, to czy terapeuta w ogóle pyta cię o historię medyczną, czy od razu zaczyna? Bo zastanawiam się, czy jest jakiś wywiad na początku, jak u fizjoterapeuty.
Benedyk, ale to dotyczy też innych terapii, nie tylko bioenergoterapii. Dobry fizjoterapeuta od złego też się różni i efekty są zupełnie inne. Problem polega na tym, że w przypadku fizjoterapii mamy przynajmniej jakiś protokół, kryteria, licencję. Tutaj tego brakuje, co nie oznacza, że metoda nie działa, ale utrudnia ocenę.
I wróciłyśmy do punktu, który Almandynka poruszała kilkanaście postów wcześniej, czyli do kwestii certyfikatów i jakiegokolwiek progu wejścia do zawodu. Oksanko, jak już będziesz szukać kogoś konkretnego, to może warto zapytać na forum o polecenia, a nie szukać losowo? Tu przynajmniej są osoby, które miały kontakt z różnymi terapeutami.
Kaja, właśnie to mnie przekonuje, że zapytam tu o polecenia zanim cokolwiek zacznę szukać samodzielnie. Tylko zastanawiam się, czy polecenia na forum to dobry wyznacznik, skoro każdy może tu napisać co chce? Czy jest jakiś sposób, żeby sprawdzić kogoś poleconego trochę niezależnie?
Oksanko, to bardzo trafne pytanie. Polecenia na forum dają jakiś punkt wyjścia, ale sama zawsze radzę spojrzeć jeszcze na to, czy dana osoba jest gdzieś zrzeszona, czy ma stronę z opisem swojej pracy, czy w ogóle potrafi wytłumaczyć, co robi i dlaczego. Taka rozmowa wstępna wiele mówi.
Ale właśnie, co niby ma mówić to zrzeszenie? Bo to może być dowolne stowarzyszenie, które samo siebie powołało. Nie ma żadnego organu zewnętrznego, który weryfikuje takie 'certyfikaty'.
Rozmawiamy o tym weryfikowaniu i certyfikatach od jakiegoś czasu, ale ja ciągle nie rozumiem: czy to w ogóle zmienia efekt sesji? Możesz mieć certyfikat z najlepszego stowarzyszenia i nie umieć nic, a możesz trafić na kogoś bez papierów, kto naprawdę coś robi. Efekt ma znaczenie, nie papier.
Fizjoterapia ma jednak protokoły oceny efektów, testy czynnościowe, zakresy ruchomości, które można zmierzyć przed i po. Bioenergoterapia opiera się głównie na subiektywnym odczuciu pacjenta. To nie dyskwalifikuje tej metody jako wsparcia samopoczucia, ale sprawia, że ta rozmowa jest trudniejsza.
Czyli rozumiem, że bioenergoterapia może być OK, jeśli wiemy, co nam dolega, ale nie powinniśmy jej używać zamiast diagnozowania? Tak to rozumiem?
Ale ilu ludzi naprawdę trafia do bioenergoterapeuty dopiero po diagnozie? Mam wrażenie, że spora część idzie właśnie dlatego, że nie dostała od lekarza odpowiedzi, albo czeka na wizytę i szuka czegokolwiek. To realne i trochę rozumiem to zachowanie.
To jest chyba najważniejsze napięcie w tej całej dyskusji. Z jednej strony rozumiemy, dlaczego ludzie sięgają po takie metody. Z drugiej, jeśli to opóźnia właściwe leczenie, to może realnie zaszkodzić. Nie wiem, jak to pogodzić bez paternalizmu.
Przepraszam, że wchodzę, ale słucham tej rozmowy od jakiegoś czasu i chcę zapytać Oksankę: czy po całej tej dyskusji masz już jakiś kierunek? Bo jako ktoś, kto rozważa podobne rzeczy, ciekawi mnie, czy to pomogło w podjęciu decyzji.
Pelagiusza_R, dzięki za pytanie, bo sama właśnie o tym myślałam. Chyba tak. Bardziej rozumiem teraz, że nie chodzi o wybór jedno albo drugie, tylko o to, żeby podejść do tego świadomie, rozmawiać z lekarzem i nie szukać w bioenergoterapii odpowiedzi na pytania, które wymagają diagnozy. To chyba najważniejsze, co z tej rozmowy wynoszę.
I to jest chyba najuczciwsza konkluzja, choć wiadomo, że wiele pytań zostaje otwartych. Bo ta rozmowa pokazuje, że bioenergoterapia jako wsparcie to jedna rzecz, a jako substytut leczenia to zupełnie inna. Granica między nimi nie zawsze jest wyraźna i każdy musi ją wyznaczyć sam, najlepiej z wiedzą o tym, na co go stać i jakie ma ryzyko.
Och, Oksanka, cieszę się, że ta rozmowa coś dała! Naprawdę, tyle tu było różnych perspektyw i nie spodziewałam się, że to będzie aż tak rozbudowane. Mnie też bardzo pomogło, choć sama jeszcze nie wiem, czy bym spróbowała. Dziękuję wszystkim za tę dyskusję, naprawdę!
Ale zaraz, bo mam wrażenie, że trochę za wcześnie kończymy. Kaja powiedziała, że granica między wsparciem a substytutem nie jest wyraźna. To jak ktoś ma ją wyznaczyć w praktyce? Bo to brzmi ładnie, ale co to znaczy w konkretnej sytuacji, kiedy siedzisz i zastanawiasz się, czy iść na sesję, czy do lekarza?
No i właśnie tu jest ten problem, o którym mówiłam wcześniej. System nie działa, więc ludzie idą gdzie indziej. I potem mamy dyskusję o tym, czy to etyczne, jakby wybór był prosty. Nie zawsze jest.
Lubię tę metaforę, choć nie wiem, czy do końca trafna. Bo przy zakupach wiesz, dokąd jedziesz. Przy zdrowiu często nie wiesz, co masz, i właśnie dlatego wybór środka transportu jest trudniejszy. Mam wrażenie, że to jest sedno tej rozmowy od samego początku.
Wracając do tego, co powiedziała Oksanka, że chodzi o świadome podejście. Czy ktoś tu miał doświadczenie, gdzie ta świadomość zawiodła? Że myślał, że postępuje rozsądnie, a okazało się, że jednak nie? Bo to byłoby konkretne i ciekawe, zamiast rozmawiać w abstrakcji.
Ja mogę powiedzieć, że przez długi czas tłumaczyłam sobie, że moje zmęczenie to stres i szłam na sesje, bo czułam się po nich lepiej. W końcu okazało się, że to była niedoczynność tarczycy. Sesje nie zaszkodziły, ale nie pomogły na przyczynę. I nie wiem, czy bez nich poszłabym wcześniej do lekarza, czy tak samo późno.
A czy bioenergoterapeuci w ogóle mają jakieś wytyczne, co do tego, kiedy powinni odsyłać do lekarza? Bo skoro nie ma jednego organu, to skąd wiedzą, co robić w takiej sytuacji jak Stasi?
