Siedzę od dłuższego czasu nad tematem,który rzadko pojawia się w polskich dyskusjach astrologicznych, a moim zdaniem jest jednym z bardziej niedocenianych punktów w całej horoskopii klasycznej. Chodzi o tzw. średni punkt czułości, czyli Sensitive Midpoint w terminologii hamburskiej. W szkole hamburskiej Alfreda Witte'a i Reinholda Ebertina to fundament interpretacji, ale w naszym środowisku traktuje się go zazwyczaj pobieżnie albo w ogóle się o nim nie mówi. Mnie interesuje jeden konkretny aspekt tej techniki: dlaczego te punkty tak często korelują z miejscami w mapie, gdzie człowiek przeżywa największy ból? Mam kilka obserwacji z map klientów i własnej mapy, ale chciałem zobaczyć, czy ktos tutaj w ogóle pracuje z midpointami albo chociaż zetknął się z tym tematem. 🙂
Ojejku, ja słyszałam o midpointach ale szczerze to nigdy nie wchodziłam głembiej w temat. Zawsze mi się zdawało, że to taka technika dla bardziej zaawansowanych i że bez solidnej podstawy w tradycyjnej astrolgi nie ma co zaczynać. Ale to co piszesz o bólu mnie zastanawia. Znaczy w sensie: to jest stały punkt w mapie czy zależy od tranzytów?
Czarnobog, a jak wogóle oblicza się ten punkt środkowy? Znaczy matematycznie to pewnie połowa łuku między planetami, ale które planety bierzesz? Wszystkie z mapy? Bo wtedy tych punktów musi być masa.
Przepraszam, że wchodzę, bo to nie jest moja specjalność w ogóle. ale to co piszesz, Czarnobog, że te punkty korelują z bólem, to mnie trochę niepokoi. Znaczy to brzmi jakby mapa z góry "skazywała" człowieka na cierpienie w jakimś obszarze. Czy to nie jest trochę fatalistyczne podejście?
Moim zdaniem midpointy to trochę przereklamowana technika, bo można wygenerować ich tyle, że cokolwiek się wydarzy w życiu, zawsze znajdziesz jakiś punkt który "to wyjaśnia". To jest jak z numerologią, gdzie zawsze wyjdzie jakaś znacząca liczba. Nie mówię, że to nie działa, ale ta bolesność o której piszesz to może być po prostu zwykła koniunkcja z Saturnem czy Chironem, nie potrzebujesz midpointów żeby to wyjaśnić.
Czytam tę dyskusję z ciekawością, ale mam pytanie dość podstawowe. Czy to w ogóle jest powszechnie uznawana technika? Kupuję sobie czasem jakieś popularniejsze książki o astrologii i tam o midpointach w zasadzie nie ma nic. To jest coś co funkcjonuje glownie w akademickich czy specjalistycznych kręgach astrologicznych?
A wróćmy do tego co Czarnobog napisał na początku,bo mnie to bardzo interesuje. Napisałeś, że widzisz korelację między midpointami a miejscami bólu. Czy możesz powiedzieć więcej, niekoniecznie o konkretnych klientach, ale o tym jakie kombinacje najczęściej widzisz jako te "bolesne"??
To z tym Wenus/Pluton to mnie trafiło. Mam w radixie Wenus w koniunkcji z Plutonem i właśnie ta kwestia z miłością i poświęcaniem siebie to mój temat od lat. Ale to nie jest midpoint tylko bezpośredni aspekt, to działa tak samo?
A jak się ma ten "ból midpointowy" do progresji? Bo progresje Księżyca przez wrażliwe punkty też dają stany, które ludzie opisują jako kryzysy. Jak odróżnić co pochodzi od czego?
Czytam ten wątek od początku i mam wrażenie że to jest coś czego szukałam, żeby zrozumieć pewne powtarzające się wzorce. Ale jak ktoś nie ma dużego doświadczenia z interpretacją map, to jak w ogóle zacząć pracować z midpointami? Czy jest jakiś sensowny punkt startowy?
Przepraszam za pytanie, które pewnie jest bardzo podstawowe, ale jak to jest z tą "przemianą bolesności" o której był ten wątek? Czarnobog, napisałeś wcześniej, że świadomość gdzie jest ten punkt może zmienić relację z bólem. Ale jak to konkretnie działa? Sama wiedza wystarczy? 😉
Czarnobog, napisałeś wcześniej że świadomość gdzie jest ten punkt może zmienić relację z bólem. Ale jak to konkretnie działa? Sama wiedza, że mam np. Słońce/Saturn w tym miejscu, że jestem z natury wrażliwszy na odrzucenie, co to zmienia? Nadal będę boleć kiedy tranzyt to aktywuje, czy nie?
To co Czarnobog opisuje brzmi bardziej jak psychologia niż astrologia. Nie mówię tego złośliwie, bo to akurat ma sens. Ale zastanawiam się czy ta praca ze świadomością nie działa po prostu dlatego, że każdy rodzaj nazwania swojego bólu pomaga, niezależnie od tego czy użyjesz do tego midpointów czy rozmowy z terapeutą?
Ojejku, ale właśnie, czy to nie jest trochę samospełniające się proroctwo? Jak wiesz że za trzy miesiące będzie źle, to może zaczynasz widzieć wszystko przez ten filtr i rzeczy które normalnie by przeszły bez ecja, nagle urają jako potwierdzenie?
Oj tam, czarnobog, a miałeś kiedyś przypadek, gdzie patrząc wstecz midpoint kompletnie zawiódł? Znaczy aktywacja była wyraźna, a życie szło swoim torem bez żadnych wstrząsów?
Przepraszam że znowu wejdę z czymś podstawowym, ale czy jest jakaś granica orbu przy midpointach? Bo w klasycznych aspektach mówi się o różnych orbach dla różnych planet. Tutaj jak liczymy te punkty środkowe, to tranzyt musi być dokładnie na punkcie czy wystarczy blisko?
A jak ktoś chce samodzielnie sprawdzić swoje midpointy, to jest jakiś program który to liczy automatycznie? Bo ręcznie z 45 kombinacjami to brzmi jak niezła mordęga.
Ojejku, wracam do tego co mówiłeś o przemianie bolesności, bo mam wrażenie, że ten wątek nam troche uciekł. Czarnobog, czy pracowałeś z kimś, kto świadomie przeszedł tę drogę, czyli od "mam ten punkt i boli" do czegoś co można nazwać oswojeniem? I czy to oswojenie było trwałe czy tylko do kolejnego tranzytu?
To porównanie z "dotknęło mnie" i "przelało mnie" jest bardzo trafne. Właściwie sama to czuję z tym swoim Wenus/Pluton w koniunkcji. Wcześniej każde doświadczenie z tematem miłości i utraty po prostu mnie zalewało. A teraz nadal boli, ale jakoś wiem, że to moje stare miejsce, i że przejdę.
Czytam ten wątek od jakiegoś czasu i nie jestem mocna w astrologii, ale to co opisujecie, to mi bardzo przypomina pracę z cieniem w psychologii jungowskiej. Czy ktos to łączy, albo czy Czarnobog uważa że midpointy mają jakieś połączenie z tym podejściem??
