Mam dylemat który wraca u mnie przy każdym rytuale. Część osób z którymi rozmawiam twierdzi że bez głośnego wypowiadania słów rytuał jest pusty – dźwięk niesie intencję, kropka. Druga grupa mówi odwrotnie: prawdziwa praca dzieje się w głowie, w ciszy, a głos to teatr który tylko rozprasza. Sam próbowałem obu metod, raz głośno raz bez słów, i nie umiem stwierdzić co u mnie sprawdza się lepiej. Jak Wy do tego podchodzicie?
To zależy od rodzaju rytuału i tradycji. Magia ceremonialna – klasyczny Solomon, hermetyzm, Złota Jutrzenka – bez wypowiadania nie istnieje. Imiona, formuły, wibracje – to fundament. Magia ludowa, kuchenna, intuicyjna – tu większość pracy idzie w ciszy albo szepcie. Pytanie nie powinno brzmieć „głośno czy cicho", tylko „co robisz i z czego ta praca się wywodzi".
