Mam pytanie do was, bo siedzę nad tym od jakiegoś czasu i nie daję rady sama dojść do wniosku. Przeżywam progresję Saturna do Wenus w swoim natalu i jest to coś, co totalnie zmieniło moje podejście do relacji. Nie jakieś dramatyczne zdarzenia zewnętrzne, tylko wewnętrzne... jakby uczucia zrobiły się cięższe, poważniejsze. Nie wiem, czy to dobrze czy źle. Zastanawiam się czy to przejście w ogóle sprzyja miłości, czy raczej ją zamraża. Ktoś z was miał coś podobnego i może powiedzieć jak to u niego wyglądało?
Też to przechodziłam i mogę powiedzieć, że to jedna z bardziej wymagających progresji, jakie znam. Saturn do Wenus to nie jest czas sielanki, raczej czas weryfikacji. Dla mnie oznaczało to koniec jednej relacji, która była po prostu... niedojrzała. Bolało, ale teraz widzę, że to był ten Saturn, który powiedział 'sprawdzam'. A co masz Wenus w jakim znaku? Bo to sporo zmienia charakter tej progresji.
Dołączam, bo to temat, który mnie od dawna zastanawia. Słyszałam różne interpretacje tej progresji i jedni mówią, że to czas osamotnienia w miłości, a inni, że to czas, gdy poznajemy kogoś dojrzałego i poważnego. Skąd ta rozbieżność? Czy to naprawdę zależy od natalu, czy może od tego, co osoba sama wnosi do relacji w tym czasie?
Właśnie, ale ja mam tezę, że ta progresja zawsze najpierw coś zabiera, zanim coś da. Czy wy też to tak odczuwałyście? Że jakby musiał być ten etap 'straty' albo 'pustki' zanim coś nowego i poważniejszego mogło wejść?
Czytam i mam mieszane uczucia. Trochę sceptycznie do tego podchodzę, bo skąd wiadomo, że to akurat ta progresja odpowiada za zmiany w uczuciach, a nie po prostu... dojrzewamy z wiekiem? Nie kwestionuję astrologii w ogóle, ale jak odróżnić wpływ Saturna od normalnego procesu dojrzewania emocjonalnego, który i tak by nastąpił?
To bardzo konkretne pytanie i dobrze, że padło. Ja na przykład w czasie podobnego przejścia świadomie zwolniłam z romantycznymi decyzjami. Nie dlatego, że Saturn mi nakazał, ale dlatego, że sama czułam, że potrzebuję czasu na przemyślenie, czego naprawdę chcę od relacji. Ta progresja jakby daje ci pretekst, żeby nie działać pod wpływem emocji. Ale to moje subiektywne odczucie.
A ja chciałam zapytać, bo jestem tu bardziej od strony afirmacji i samorozwoju niż czystej astrologii, czy ta progresja ma jakiś związek z pracą nad sobą? Bo słyszę tu dużo o relacjach zewnętrznych, a zastanawiam się, czy Saturn-Wenus nie dotyczy też relacji z samą sobą i tego, jak siebie traktujemy.
I to jest piękne ujęcie, ale jednocześnie trochę mnie to niepokoi. Bo jeśli Saturn testuje samoocenę przez Wenus, to czy w tym czasie jest ryzyko, że ta samoocena mocno spada? Że człowiek zaczyna się czuć niewarty miłości zamiast to przepracować zdrowo?
Na to pytanie mogę odpowiedzieć z własnego doświadczenia i niestety tak, bywa z tym różnie. Znam osoby, które w tej progresji wpadły w duże zwątpienie co do siebie. Ale znam też takie, które ją przeszły i wyszły z tego silniejsze i spokojniejsze w kwestii miłości. Myślę, że tu naprawdę dużo zależy od tego, z jakimi zasobami wewnętrznymi wchodzimy w to przejście.
Czytam cały wątek i mam pytanie może trochę z innej strony. Mówimy o dojrzewaniu w miłości, ale co to właściwie znaczy 'dojrzała miłość' w kontekście astrologii? Bo dla mnie to brzmi trochę... zimno? Jakby dojrzałość w miłości to była taka trochę zrezygnowana akceptacja, a nie prawdziwe uczucie.
Och, ten wątek to naprawdę otworzył mi oczy, tyle tu mądrych spostrzeżeń! Chciałam tylko dodać, że sama niedawno robiłam swój horoskop progresywny i zobaczyłam, że mam Wenus zbliżającą się do koniunkcji z Saturnem progresywnym i szczerze, bałam się tego. Ale po przeczytaniu tej dyskusji chyba trochę inaczej na to patrzę. Dziękuję wam za tę rozmowę, naprawdę 🙂
Ale ile czasu trwa ta progresja tak z grubsza? Bo czytam to wszystko i brzmi jak coś, co może ciągnąć się latami, a to trochę przytłaczające jeśli przez cały ten czas ma się testować miłość i samoocenę. Chciałbym wiedzieć, czy to kwestia miesięcy czy dłużej.
Właśnie, i to jest ważna rzecz, bo ludzie często patrzą tylko na dokładną datę, a tymczasem ta progresja zbliżająca się i odchodząca to już jest praca. Jak fala, która wchodzi i schodzi powoli.
A jak w ogóle poznać, że to już mija? Bo Saturn w progresji odchodzi chyba bardzo powoli i wyobrażam sobie, że trudno poczuć, że coś się kończy. Czy to bardziej czuć wewnętrznie, czy widać to w konkretnych zdarzeniach?
To bardzo ciekawe pytanie, bo z mojej perspektywy samorozwojowej takie przejścia często kończą się jakimś przełomem albo akceptacją. Czy w tej progresji jest taki charakterystyczny moment, że człowiek po prostu wie: okej, coś się we mnie zmieniło?
O rany, to jest naprawdę trudne rozróżnienie. Chyba nigdy bym na to nie wpadła sama, że można się w tym pomylić. Czy ktoś tu miał doświadczenie, że myślał, że to dojrzałość po tej progresji, a potem okazało się, że jednak coś innego?
Ja powiem szczerze, że dla mnie to cały ten temat jest trochę za subtelny. Mówicie o spokoju, o jakości decyzji, o granicy z wypaleniem... no ale jak mam to zastosować do siebie konkretnie? Mam tę progresję aktywną i co, siedzę i czekam?
Ale co to znaczy uczciwie w tym kontekście? Bo chyba każdy myśli, że jest szczery sam że sobą, a potem terapia pokazuje, że nie bardzo. Czy ta progresja jakoś wymusza tę szczerość, czy tylko stwarza ku niej warunki?
To jest trochę przerażające, że ta progresja może coś 'posypać', żeby coś zbudować. Czy zawsze tak musi być? Czy można przejść przez to bez większych strat, jeśli jest się świadomym?
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i chciałam zapytać o coś konkretnego. Czy ta progresja działa inaczej, jeśli mamy Wenus w znaku, który Saturn generalnie lubi, jak Koziorożec albo Panna? Bo wydaje mi się, że to musiałoby mieć znaczenie.
A co z Wenus w Byku? Bo Byk to domicyl Wenus, ale Saturn z nim chyba nie ma tak złych relacji? Zastanawiam się, czy wtedy ta progresja to bardziej umocnienie tego, co już mamy, czy jednak też coś rozkręca.
No to teraz mam pytanie, które mnie nurtuje od chwili jak przeczytałam o tym Byku. Czy ta progresja może działać zupełnie inaczej, jeśli Wenus jest natasktowana natywnie, tzn. już w radixie ma napięty aspekt do Saturna? Czy wtedy jest jakby podwójny ładunek, czy może odwrotnie, człowiek jest już jakoś przyzwyczajony?
To ciekawe zagadnienie, bo harmonijne aspekty w radixie dają pewien naturalny zasób, ale progresja i tak przynosi swoje pytania. Myślę, że przy trygonie Wenus-Saturn ktoś może być spokojniejszy, bardziej ufający temu procesowi, ale sama lekcja dojrzewania uczuciowego i tak się odbywa. Może po prostu mniej boleśnie.
No właśnie, bo czytam tę rozmowę i mam wrażenie, że gdzieś pomiędzy pytaniami o Byka i trygony zgubiłem wątek. Co konkretnie ta progresja od nas wymaga? Żebyśmy się nad sobą zastanowili, zadali sobie pytania, przeżyli coś trudnego? Bo to brzmi jak opis każdego poważnego okresu w życiu, niezależnie od astrologii.
Dobra, ale teraz mam pytanie, które może lekko wyjdzie poza schemat. Czy ta progresja może być w ogóle nieodczuwalna? Tzn. czy są osoby, które przez cały jej czas nie mają żadnych konkretnych doświadczeń, żadnych relacyjnych tematów, nic, i po prostu to mija?
No dobra, to już jest konkretniejsze, dziękuję. Ale teraz mam kolejne pytanie, bo jak to słyszę, to brzmi jakby Saturn wymuszał rodzaj rachunku sumienia. Czy to jest zawsze tak bolesne, jak to opisujesz? Bo mam wrażenie, że niektóre z tych pytań można sobie zadać spokojnie, przy kawie, bez żadnego dramatu.
A mogę zapytać, jaka jest ta różnica między progresją a tranzytem? Bo ja czasem widzę te słowa i używam je zamiennie, ale chyba nie powinnam.
