Czytam ten wątek i mam pytanie, bo pewnych rzeczy nie ogarnam. Mówiłyście o koniunkcji jako o tym, że planety są blisko siebie w stopniach. A co jeśli ta sama planeta jest blisko Ascendenta, a nie planety? Ascendent to nie planeta, więc czy to w ogóle sie liczy?
Mam takie skojarzenie w związku z tym, co piszecie. Słyszałem kiedyś że w synastrii liczy się nie tylko to, jakie aspekty są między waszymi planetami, ale tez w których domach partnera lądują wasze planety. Czy to jest prawda i czy to ma wpływ na ten domicyl, o którym dyskutujemy?
Obserwuję ten wątek od dawna i muszę powiedzieć, że to jest jedna z lepszych dyskusji o synastrii, jakie tu widziałam. Mam jedno małe pytanie: czy jeśli czyjaś planeta jest w domicylu, ale retrogradacyjna, to ta moc domicylu jest jakoś zmieniona?
Przepraszam, że wchodzę z czymś bardzo konkretnym ale czytam ten wątek i mam taką sytuację: ktoś ma Wenus w Wadze w mojej siódmej. Wenus w domicylu, w domu związków. I co, to teraz oznacza, że ta osoba jest moją idealną partnerką? Bo tak to trochę brzmi z tego wszystkiego.
Hej ale czy my nie odchodzimy trochę od tematu? Bo wątek jest o tym, czy planeta we własnym znaku sprawia, że "automatycznie kochamy tę osobę". A tu coraz bardziej rozmawiamy o tym, co ta planeta nam daje. To nie jest to samo pytanie, prawda?
Szczerze? Myślę, że gdy Wenus w domicylu konjunktuje Księżyc drugiej osoby w małej orbie, powiedzmy do trzech stopni, to jest to jedna z tych konfiguracji, gdzie bardzo często pojawia się silne uczucie. Nie miłość z automatu, ale wyraźna tendencja. Statystycznie, jeśli wogóle można tak mówić o astrologii.
A ja mam inne pytanie, bo trochę zgubiłam się w tej dyskusji. Jeśli nie ma automatyzmu w domicylu, to po co w ogóle sprawdzać, czy planeta jest w domicylu czy nie? Co to zmienia w praktyce?
Właśnie o to mi chodziło, gdy zaczęłam ten temat. To "odczuwa się" jest kluczowe. Sama miałam kontakt z kimś, kto miał Marsa w Baranku, czyli w domicylu, i ta energia była nie do pomylenia. Bezpośrednia, jasna, czytelna. Nie czułam miłości, ale czułam, że wiem, z kim mam do czynienia. Żadnego zamglenia.
Dobra, ale jak już wiem, że ta energia jest czytelna i wyraźna, to co z tym dalej zrobić? Bo mnie troche frustruje, że astrologia mówi "tu jest potencjał", ale nie mówi, czy cokolwiek z tego wyniknie. Szczególnie przy domicylu, który niby wzmacnia. 😛
Właśnie tu jest różnica między domicylem a tym, co nam robi. Saturna w Koziorożcu w domicylu czuć jako bardzo skrystalizowaną energię, zbitą, wymagającą. I to może działać w dwie strony. Albo kogoś organizuje, albo przygniata. Nie każda planeta w domicylu jest miła w synastrii, prawda? Czy ktoś miał podobne doświadczenie z Saturnem czyjejś w domicylu?
Dokładnie to chciałam powiedzieć. Domicyl nie równa się "przyjemny". Wenus w domicylu to jedno, ale Mars w Baranku albo Saturn w Koziorożcu w domicylu to zupełnie inne jakości energii. silna planeta to niekoniecznie łatwa planeta. Joasia, ten respekt ktory opisujesz, brzmi bardzo charakterystycznie dla Saturna.
Ja bym tu dodał, ze domicyl w synastrii zawsze wzmacnia temat danej planety, bez wyjątku. Saturn w Koziorożcu to karma, zobowiązania, dojrzałość. Jeśli pada na Ascendent, to ta osoba dosłownie kształtuje twoją tożsamość. To jest według mnie jeden z najmocniejszych aspektów synastrii, mocniejszy niż niejedna koniunkcja luminariów.
Czytam tę rozmowę o Saturnie i zastanawiam się, czy przypadkiem nie zaczęłyśmy mieszać dwóch różnych pytań. pierwsze: czy domicyl sprawia, ze kochamy tę osobę. Drugie: czy domicyl sprawia, że relacja z nią jest ważna. To nie jest to samo, a Saturn doskonale to pokazuje, bo Saturn potrafi być kluczową osobą w życiu, ale niekoniecznie tą, którą kochamy romantycznie.
