Czytam tę rozmowę od początku i mam jedno pytanie, które nie padło. Zakładamy cały czas, że ktoś wie, że afirmacja wywołuje u niego efekt odwrotny. Ale skąd ktoś w ogóle to wie? Jak rozpoznać, że afirmacja szkodzi, a nie po prostu nie pomaga?
Słucham tej wymiany i mam wrażenie, że cały czas zakładamy, że efekt odwrotny afirmacji to problem techniczny - złe zdanie, zły czas, zła kolejność kroków. A co jeśli u niektórych osób to jest sygnał, że ta technika po prostu nie jest dla nich? Nie każde sposób pasuje do każdej osoby.
Mam wrażenie, że im głębiej wchodzi ta rozmowa, tym bardziej okazuje się, że afirmacja sama w sobie to właściwie prosta technika, a cała trudność jest w samoobserwacji wokół niej. I tu wracam do oryginalnego pytania tego wątku - czy efekt odwrotny wynika z tego, że technika jest zła, czy z tego, że samoobserwacja jest u wielu osób po prostu nierozwinięta?
Słyszę w tej rozmowie coś, od czego zaczęłam ten wątek, ale inaczej sformułowanego. Pytałam, dlaczego afirmacje wzmacniają przekonanie o braku. Teraz widzę kilka warstw odpowiedzi, które się tu pojawiły: zdanie zbyt duże na aktualny stan przekonań, brak samoobserwacji, brak punktu oparcia w faktach. Czy ktoś ma poczucie, że któraś z tych warstw jest ważniejsza od pozostałych? Albo że działa inna, której nie nazwaliśmy?
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i chcę zapytać o coś konkretnego. Dużo mówiliście o tym, jak ciało reaguje, jak obserwować oddech, napięcie. Ale co z osobami, które mają trudność z rozpoznawaniem sygnałów ciała w ogóle? Są takie osoby i dla nich ta cała warstwa obserwacji somatycznej jest niedostępna. Co wtedy?
Wracam do tego, co Latawica54 zebrała kilkanaście postów wyżej. Widzę tam trzy osobne mechanizmy, które się miesza w tej dyskusji. Pierwszy: zdanie afirmacji jest za duże jak na aktualny stan przekonań - mózg rejestruje niezgodność i wzmacnia przekonanie przeciwne. Drugi: brak obserwacji, co faktycznie się dzieje przy powtarzaniu. Trzeci: technika dobrana do kogoś, kto w tym momencie potrzebuje czegoś innego. To są różne przypadki i każdy z nich ma inną odpowiedź. Miesząc je, dochodzimy do wniosku, że 'afirmacje po prostu nie działają' - co jest zbyt szerokim wnioskiem.
Chcę wrócić do mechanizmu, który Felicjan99 nazwał pierwszym - zdanie za duże na aktualny stan przekonań. Mam pytanie do ekspertów w tym wątku: czy jest jakiś sposób, żeby z zewnątrz ocenić, które zdanie jest 'za duże'? Bo z perspektywy osoby, która to robi, każde zdanie może wydawać się tylko trochę ponad stan - ona nie wie, gdzie jest jej sufit.
To rozróżnienie które robi Gebda jest bardzo konkretne, ale chcę zapytac - co jeśli u kogoś nie ma ani oporu, ani sprzeciwu, a mimo to efekt jest odwrotny? Pytam, bo znam kogoś, kto mówi, że przy afirmacjach czuje się neutralnie, zero reakcji ciała, zero wewnętrznego głosu - a mimo to po kilku tygodniach jest wyraźnie gorzej niż na początku.
Słucham tej dyskusji o dysocjacji i mam wrażenie, że weszliśmy na teren, który jest już poza afirmacjami jako takim. I nie mówię, że to źle - ale wracam do tytułu tego wątku. Efekt odwrotny afirmacji i siła negatywnego przekonania. Wszystko, o czym tu mówimy - opór, sprzeciw, dysocjacja, gotowość do obserwacji - sprowadza się chyba do jednego: negatywne przekonanie jest silne nie dlatego, że jest 'mocne', ale dlatego że jest dobrze chronione. I każda technika, która chce wejść z zewnątrz za szybko, natka się na tę ochronę.
Chcę się upewnić, że dobrze rozumiem kierunek, w którym zmierzamy. Zielarka pyta: czy właściwie to wszystko, co tutaj opisujemy - dysocjacja, brak kontaktu ze sobą, niemożność bycia w ciszy - to są przeszkody do pracy z afirmacjami, czy to są osobne problemy, które wymagają osobnej pracy? Bo mam wrażenie, że mieszamy dwie ścieżki i nie wiem, która jest która.
To co mówi Otylijka89 jest ważne, ale chce zapytac - co konkretnie znaczy 'przygotowanie do obserwacji siebie'? Bo to brzmi jak coś, co można nabywać latami albo jest albo go nie ma. Czy da się to jakoś przybliżyc osobie, która właśnie ma ten efekt odwrotny i nie rozumie skąd?
Chcę wrócić do pytania Celtyku, bo myślę, że Elwirka92 dała jedną odpowiedź, ale jest też druga warstwa. Obserwacja siebie to nie tylko 'co czuję teraz'. To też zdolność do zauważenia, co się dzieje w momencie, kiedy mówię afirmację. Czy jest napięcie, czy jest luz, czy jest obojętność. Większość osób mówi afirmację i nie patrzy, co się dzieje w trakcie. Skupiają się na zdaniu, nie na reakcji.
Słucham tego i mam pytanie praktyczne. Jak ktoś jest w środku silnego przekonania o braku - powiedzmy, że od lat - to czy w ogóle jest w stanie wejść w ten stan, który opisuje Otylijka89? Poranek między snem a jawą z silnym lękiem brzmi jak coś, co jeszcze bardziej aktywuje przekonanie, nie mniej.
To co opisuje Gebda jest bardzo bliskie temu, co ja nazywam afirmacjami pomostowymi - zdaniami, które nie przeskakują od razu do celu, tylko są krokiem bliżej niż aktualny stan. Zaczęłam to stosować po tym, jak przez kilka tygodni klasyczne afirmacje wzmacniały we mnie poczucie braku zamiast go zmniejszać. I rzeczywiście - mniejsze zdanie, mniej sprzeciwu. Ale mam pytanie do Gebdy: jak długo zostajemy na tych małych zdaniach? Czy jest jakiś sygnał, że można iść dalej?
ja bym powiedziała, że sygnałem jest to, kiedy małe zdanie zaczyna brzmieć nudno, a nie uspokajająco. Kiedy 'siedzę i oddycham' jest oczywistością, a nie ulgą - to znaczy, że ten poziom jest już zakorzeniony i można zrobić mały krok wyżej. Nie skok, krok.
To jest właśnie pytanie, na które chciałem dostać odpowiedź od początku tej dyskusji. Nuda ze spokoju versus nuda z odcięcia - jak to rozróżnić? Mam hipotezę, ale chcę sprawdzić czy się zgadzamy. Nuda ze spokoju jest trochę jak poczucie, że zdanie jest za małe dla mnie teraz - czuję, że mnie już nie trzyma, bo nie potrzebuję być trzymany. Nuda z odcięcia jest jak poczucie, że zdanie po prostu nic nie robi - mówię je i jakby przechodziło obok. Różnica jest subtelna, ale jest w tym, co jest po wypowiedzeniu zdania. Cisza czy pustka?
Wracam tu, bo ta dyskusja mocno się rozwinęła. Mam pytanie do Gebdy i Felicjana jednocześnie. Piszecie o rozróżnianiu nudy ze spokoju i nudy z odcięcia - ale zakładacie, że osoba jest w stanie to rozróżnic sama, bez kogoś z zewnątrz. A jeśli ktoś jest głęboko w odcięciu, to może właśnie nie mieć dostępu do tego rozróżnienia? Tzn. odcięcie polega chyba na tym, że się nie wie, że się jest odcięty.
Czytam tę dyskusję od początku i mam jedno pytanie, bo gubie się trochę. Jeśli napięcie jest złe, odcięcie jest złe, a skok do pozytywnej afirmacji jest zły - to kiedy w ogóle jest ten właściwy moment? Czy to nie jest tak, że zawsze znajdziemy powód, żeby nie zaczynać?
A ja się zastanawiam, czy cała ta dyskusja nie zakłada czegoś, co nie zawsze jest prawdą - że efekt odwrotny afirmacji to problem do rozwiązania. A co jeśli dla niektórych osób efekt odwrotny jest po prostu sygnałem, że afirmacje nie są ich metodą? Nie każde sposób... przepraszam, nie każda metoda pasuje każdemu. Czy ktoś tu w ogóle zrezygnował z afirmacji na rzecz czegoś innego i miał z tego lepsze efekty?
