Siedzę nad tym pytaniem od jakiegoś czasu i nie mogę dojść do spokojnego wniosku. Jeśli afirmujemy coś w teraźniejszości - 'jestem spokojna', 'mam wszystko, czego potrzebuję' - to zmienia nasz stosunek do teraźniejszości, to rozumiem. Ale co z przeszłością? Mam na myśli konkretną sytuację: przeżyłam coś, co do dziś mi ciąży. Nie chodzi o wyparcie, tylko o to, czy można afirmacjami zmienić to, jak tamto zdarzenie na mnie działa. Czy to w ogóle ma sens, czy granica między afirmacją a samooszukiwaniem się jest tu zbyt cienka?
Myślę, że to zależy od tego, co rozumiemy przez 'zmianę przeszłości'. Samo zdarzenie oczywiście nie zmieni się - ale relacja, jaką z nim mamy, już tak. Afirmacje w stylu 'tamto doświadczenie mnie wzmocniło' albo 'rozumiem, dlaczego tak się stało' mogą z czasem naprawdę zmienić to, jak ciało i umysł na to reagują. Przynajmniej tak to widzę po własnej pracy. Ale nie wiem, czy to jest działanie afirmacji jako takich, czy raczej po prostu zmiana perspektywy. Może jedno i drugie?
Ja kiedyś robiłam właśnie te afirmacje do przeszłości i doszłam do wniosku, że musiałam najpierw 'przepracować' te rzeczy inaczej - pisałam, mówiłam głośno do siebie, płakałam. Dopiero potem afirmacje coś dawały. Bez tego kroku pierweszego były jak słowa bez znaczenia. Nie wiem czy to jest regółka dla każdego, ale u mnie tak działało.
A ile czasu to zazwyczaj zajmuje, żeby poczuć jakąś zmianę? Bo czytam te posty i mam wrażenie, że to jest proces na miesiące, a nie tygodnie. Czy ktoś miał efekty szybciej?
Chcę tu wejść z trochę innej strony. Pytanie w tytule mówi o zmianie tego, co się stało - i myślę, że warto to rozdzielić na dwa poziomy. Fakty się nie zmienią. Ale zapis emocjonalny zdarzenia w ciele i umyśle - już tak. Badania nad neuroplastycznością pokazują, że za każdym razem, gdy przywołujemy wspomnienie, mamy chwilę, żeby je 'przepisać' emocjonalnie. Afirmacja wypowiadana w momencie takiego przywołania może właśnie wtedy zadziałać, bo trafia w otwarty moment. Nie zmienia faktu, ale zmienia ślad, który ten fakt po sobie zostawił.
Myślę, że połączenie z konkretnym wspomnieniem daje głębszy efekt, ale nie jest konieczne na co dzień. Ogólna praca - regularne afirmacje dotyczące np. swojej wartości czy odporności - powoli zmienia tło emocjonalne, na którym te wspomnienia funkcjonują. To jakby zmieniać klimat, a nie pogodę danego dnia. Efekt wolniejszy, ale szerszy.
Jak to technicznie wygląda - mówicie o przywoływaniu wspomnienia i jednoczesnym powtarzaniu afirmacji? Czy to nie jest ryzykowne, żeby specjalnie wracać do czegoś bolesnego bez żadnego wsparcia?
Próbowałam czegoś podobnego - jak wspomnienie się pojawia, zamiast od razu z nim walczyć, mówię sobie 'to już minęło i jestem bezpieczna teraz'. Nie wiem, czy to jest 'klasyczna' afirmacja, ale po jakimś czasie naprawdę coś się zmieniło. To zdanie zaczęło pojawiać się samo, zanim zdążyłam świadomie je powiedzieć. Ale zastanawiam się, czy nie robiłam tego za łatwo - może powinnam była głębiej sięgnąć?
Zastanawiam się nad czymś innym. Czy ktoś próbował afirmować zmianę relacji do przeszłości bez odwoływania się do konkretnych zdarzeń? Coś w stylu ogólnego 'moja przeszłość jest częścią mnie, ale mnie nie definiuje' - zamiast pracować ze szczegółami. Pytam, bo mam wrażenie, że przy konkretach łatwiej się zakopać niż pomóc.
Jak długo? Jakieś trzy miesiące, może cztery. I szczerze - efekt był, ale nie taki, jakiego się spodziewałem. Nie poczułem nagle ulgi w konkretnych wspomnieniach. Raczej zmieniło się coś w tym, jak na nie reaguję, kiedy już się pojawią. Mniej automatycznie. To chyba odpowiada na twoje pytanie Lubon, ale ciekaw jestem, czy to co opisujesz jako 'tylko słowa' - to był moment przełomowy, czy raczej powolne wygaszanie?
A jak to jest z tymi wspomnieniami, o których wcześniej pisaliście - że można je 'przepisać' przez afirmację? Bo to brzmi trochę jak self-hypnosis, nie jak afirmacja. To nie jest to samo, prawda?
Słuchajcie, mam takie spostrzeżenie z boku. Mówimy dużo o mechanizmach - neuroplastyczność, rekonsolidacja, okno czasowe. Ale większość osób, które zaczyna z afirmacjami, nie wie o tym nic i część z nich i tak coś osiąga. To jak to wyjaśnić? Czy mechanizm ma aż takie znaczenie, jeśli efekt przychodzi nawet bez jego rozumienia?
To co mówi Kazia bardzo mi się zgadza. Sama kilka razy rzucałam, bo nie czułam żadnej różnicy. I za każdym razem wracałam po jakimś czasie, bo coś mi jednak brakowało. Ale mam pytanie do bardziej doświadczonych - jak odróżnić moment, kiedy przerwa jest potrzebna, od momentu, kiedy po prostu się zniechęciłam i rezygnuję za szybko?
Myślę, że kluczowe jest to, skąd pochodzi impuls do przerwy. Jeśli masz poczucie nasycenia, jakbyś powiedziała to zdanie tyle razy, że straciło brzmienie - to może być znak, że potrzebujesz zmiany, nie przerwy. Ale jeśli masz poczucie oporu, wewnętrznego 'nie chcę tego mówić' - to może być właśnie ważna informacja o tym, co afirmacja próbuje zmienić.
U mnie to wyglądało tak, że jak naprawdę potrzebowałam przerwy, to sama afirmacja zaczynała brzmieć mechanicznie - jakbym czytała instrukcję obsługi. A jak rezygnowałam za szybko, to był raczej dyskomfort, coś jak wewnętrzny sprzeciw. Trudno to opisać, ale z czasem nauczyłam się je rozróżniać.
Wchodzę trochę z innej strony - czy ktoś tu afirmował konkretnie relację do przeszłości, a nie ogólne poczucie wartości czy coś podobnego? Pytam, bo mnie interesuje ta różnica. Bo 'jestem wystarczająca' to jedno, a 'to co przeżyłam miało sens' albo 'nie jestem zdefiniowana przez tamte chwile' - to brzmi inaczej, działa inaczej?
Ale jak to połączyć z tym, o czym wcześniej mówił Norbert - że trzeba przywoływać wspomnienie? Bo to co opisuje Igorek brzmi jak praca raczej obok wspomnienia niż z nim bezpośrednio. To dwa różne podejścia, czy można je łączyć?
Mam pytanie do Norberta i Igorka - bo dużo tu padło o mechanizmach i etapach, ale mnie zastanawia coś innego. Czy afirmacja dotycząca przeszłości w ogóle powinna być skierowana na samo wspomnienie, czy raczej na to, kim jesteś teraz po tym, co przeżyłeś? Bo to chyba fundamentalnie różne rzeczy, prawda?
Wracając do pytania Bard85 - ja przez długi czas robiłem ten błąd, że moje afirmacje były skierowane na same zdarzenia. 'To nie była moja wina', 'miałem prawo się mylić' i tak dalej. I zauważyłem, że zamiast mi lżej, robiło mi się ciężej, bo za każdym razem wracałem mentalnie do sytuacji. Dopiero jak zacząłem mówić o sobie teraz, coś się zmieniło.
Mnie zastanawia coś, o czym chyba nikt tu jeszcze nie powiedział wprost - czy afirmacja zmienia przeszłość, czy tylko nasz stosunek do niej? Bo tytuł tego wątku sugeruje, że możemy 'afirmować zmianę tego, co się stało' - ale fizycznie nic się nie zmieniło, prawda? To co właściwie zmieniamy?
To co mówi Norbert chyba jest clou całego tematu. Bo jak zaczęłam ten wątek, miałam z tyłu głowy pytanie właśnie o to - czy afirmując teraźniejszość mogę zmienić to, jak doświadczam przeszłości. I po tej dyskusji zaczynam myśleć, że tak, ale nie przez przepisanie faktów, tylko przez zmianę tego, co z tymi faktami robię dzisiaj. Czy to jest właściwe odczytanie tego, co tu piszecie?
Tak bym to ujął. I powiem więcej - dla mnie to jest jedyna uczciwa odpowiedź na pytanie z tytułu. Przeszłości nie zmienisz, ale możesz zmienić to, jakie miejsce zajmuje w tobie teraz. I to jest praca, którą afirmacja może wspierać - pod warunkiem że idzie razem z jakimś realnym procesem, a nie zastępuje go.
To jest chyba najtrudniejsza część. Bo jak odróżnić to, że afirmacja działa i procesy zachodzą wolno - od tego, że nic się nie dzieje, tylko nam się wydaje że pracujemy? Czy jest jakiś sygnał, że jednak coś idzie do przodu?
To co opisuje Elwirka - ta zmiana reakcji ciała - chyba najtrudniej jest samemu zauważyć, bo jesteś w środku tego. Jak w ogóle się zatrzymujesz i sprawdzasz? Masz jakiś rytuał obserwacji, czy po prostu w pewnym momencie zauważyłaś, że jest inaczej?
Wracam do wątku o tym 'chowaniu się za afirmacjami' - bo to mi chodzi po głowie. Igorek napisał wcześniej, że afirmacja bez innej pracy może być pętelką. Ale co jest tą 'inną pracą'? Bo to zdanie jest trochę zawieszone w powietrzu.
Mam pytanie do Igora i Elwirki - bo dużo tu mówicie o pracy od środka. Ale czy nie uważacie że dla dużej części ludzi afirmacje właśnie są prostym wejściem, żeby zacząć? Niekoniecznie sposóbm do głębokiej pracy, ale pierwszym krokiem który w ogóle coś rusza?
A co zmieniłeś wtedy? Bo to ciekawy moment - kiedy człowiek zauważa, że stoi w miejscu. Pytam, bo sam jestem gdzieś na tym etapie i nie wiem do końca, w którą stronę iść dalej.
