Siedzę nad tym od kilku tygodni i nie daję rady tego poukładać. Zaczęłam powtarzać afirmacje regularnie, coś w stylu 'mam pieniądze i żyję w dostatku', i zamiast poczuć spokój, czuję coraz większy dyskomfort. Jakby każde powtórzenie przypominało mi, jak bardzo to nieprawda. Ktoś to zna? Bo czytałam, że to podobno normalne na początku, ale nie wiem, czy to etap przejściowy, czy po prostu coś robię nie tak.
To jest znany efekt i całkiem dobrze opisany. Kiedy afirmacja mocno rozmija się z tym, w co naprawdę wierzysz, mózg natychmiast wychwyca tę sprzeczność. Zamiast przyjąć nowe przekonanie, zaczyna bronić starego. Niektórzy to nazywają efektem odbicia. Problem nie jest w samej afirmacji, tylko w dystansie między tym, co mówisz, a tym, co faktycznie czujesz. Im większy dystans, tym mocniejszy opór.
Dokłanie to. Czakra splotu słonecznego jest od tego odpowiedzialna, serio. Jak masz tam blok energetyczny, to żadna afirmacja nie przebije sie przez to. Próbowałem przez miesiąc i nic, dopiero po pracy z czakrami zaczęło coś drgnąć. Nie mówię że to jedyna droga, ale warto sprawdzić czy nie masz tam zaciśniętego węzła.
właśnie o to chodzi. Zamiast skoku od 'nie mam' do 'mam', można budować pomost. Coś jak 'jestem otwarta na możliwości finansowe' albo 'pozwalam sobie przyjmować więcej'. Te sformułowania mózg łatwiej przyjmuje, bo nie krzyczą wprost o sprzeczności z obecnym stanem. Louise Hay pisała o tym inaczej, ale ten mechanizm był znany już dużo wcześniej u Émile Coué. On mówił, że autosugestia działa tylko wtedy, gdy wyobraźnia i wola idą w tym samym kierunku. Jak idą przeciwko sobie, wyobraźnia zawsze wygrywa.
A skąd wiadomo, że wyobraźnia i wola idą przeciwko sobie? Bo to brzmi logicznie, ale jak to w praktyce rozpoznać u siebie?
Zastanawiam się, czy to nie jest też kwestia tego, jak długo te przekonania siedzą. Czymś innym jest afirmować coś, w co przez rok wierzyłaś, że tego nie masz, a czymś innym przepracowywać przekonanie, które masz od dzieciństwa. U mnie tak było z pewności siebie. Próbowałem afirmacji i przez długi czas efekt był odwrotny, bo to było przekonanie zaszczepione bardzo wcześnie. Dopiero połączenie z czymś głębszym cokolwiek ruszyło.
u mnie to była praca z tym, skąd w ogóle to przekonanie pochodzi. Nie metafizycznie, ale dosłownie: czyj to był głos, kto mi to powiedział jako dziecku. Jak to zidentyfikowałem, afirmacja przestała być walką z murem, bo zrozumiałem, że ten mur nie jest mój. Dopiero wtedy nowe przekonanie miało gdzieś wejść.
Czytam to z dużym zainteresowaniem, bo sama chciałam zacząć z afirmacjami. Ale teraz się zastanawiam, czy to w ogóle bezpieczne zaczynać bez tej głębszej pracy, o której piszecie? Czy jest jakiś sens w 'płytkich' afirmacjach dla kogoś, kto dopiero zaczyna?
To zależy od czego zaczynasz. Afirmacje dotyczące rzeczy neutralnych albo takich, gdzie nie masz silnego przekonania odwrotnego, mogą działać bez głębszej pracy. Problem pojawia się tam, gdzie masz silne bloki. Jeśli ktoś zaczyna od afirmacji w rodzaju 'jestem spokojna' i nie jest w trakcie kryzysu życiowego, to prawdopodobnie nic złego się nie stanie. Ale jak bierze afirmację finansową z mocnym poczuciem braku za plecami, to efekt może być właśnie taki jak u Latawicy.
Celtyk pisał o czakrze splotu słonecznego i rozumiem intuicję, ale chciałem dopytać, bo to różne języki opisu tej samej rzeczy. Otylijka mówi o dysonansie poznawczym, Celtyk o bloku energetycznym. W praktyce i tak wychodzi na to samo: coś stoi na przeszkodzie i samo powtarzanie słów tego nie ruszy. Pytanie jest chyba bardziej o metodę pracy z tym blokiem, niż o to, jak go nazwiemy.
Słuchajcie, jestem sceptyczna wobec całej tej energetyki, ale argument z gruntowaniem rozumiem dosłownie. Trochę jak z nawykami, nie możesz wprowadzić nowego zachowania bez pracy z tym, co trzyma stare. To ma sens nawet bez czakr. Ale mam pytanie do Otylijki, bo pisała o Coué, ta metoda z pierwszej połowy ubiegłego wieku, czy ktoś sprawdzał, czy te jego obserwacje mają jakieś późniejsze potwierdzenie?
A czy ktoś ma jakieś doświadczenie z afirmacjami pisanymi, nie mówionymi? Bo czytałam, że pisanie ręcznie ma inny efekt niż mówienie na głos. Zastanawiam się czy przy tym opisanym efekcie odbicia rodzaj powtarzania ma znaczenie.
Wracam do tego pytania, bo rzeczywiście pisanie ręczne to coś, co widzę często w różnych metodach. Ale nie rozumiem dlaczego miałoby robić różnicę. Czy to chodzi o wolniejsze tempo i przez to większą uważność, czy jest jakiś inny mechanizm?
To co opisuje Hilek79 brzmi prawie jak journaling połączony z afirmacjami. Czy to można traktować jako osobną metodę, czy raczej jeden z możliwych sposobów pracy? Pytam, bo nie wiem czy to jest jakoś opisane czy każdy robi to po swojemu.
Słuchajcie, wracam do czegoś, o czym pisał wcześniej Felicjan99, o różnych językach opisu. Zastanawiam się, czy ta rozmowa nie pokazuje, że problem z afirmacjami jest w istocie niezależny od tego, czy ktoś mówi o czakrach, o dysonansie poznawczym, czy o starych głosach. Za każdym razem chodzi o to samo: afirmacja działa tylko wtedy, kiedy między nią a aktualnym stanem jest możliwy most. Bez mostu masz odbicie. Czy to jest jakiś konsensus czy ktoś ma inne zdanie?
ja się z tym zgadzam w zasadzie, ale mam jedno ale. U mnie ten 'most' sam w sobie nie był wystarczajacy. Potrzebowałem jeszcze żeby energia w ciele szła w tym samym kierunku co słowa. Jak to opisywać językiem energetycznym albo psychologicznym, trudno mi powiedziec. Ale dosłownie czułem kiedy afirmacja 'wchodziła' a kiedy odbijała sie jak od szyby.
A propos tego, co pisze Otylijka, mam pytanie trochę z boku. Jeśli ciało reaguje wcześniej niż świadomość, to czy w ogóle możemy świadomie 'przeprogramować' przekonanie przez powtarzanie słów? Nie brzmi to trochę jak próba ominięcia systemu, który jest szybszy niż nasza intencja?
Czytam tę rozmowę i mam pytanie, które może być naiwne, ale nie mogę go nie zadać. Skoro tak wiele warunków musi być spełnionych jednocześnie, to kiedy afirmacje w ogóle mają szansę zadziałać? Mam wrażenie, że im więcej czytam, tym bardziej wygląda to jak coś, co działa tylko w idealnych warunkach.
Mam pytanie do tego, co opisuje Elwirka. To rozróżnienie na 'nowość' i 'głębszy blok' brzmi logicznie, ale skąd ktoś początkujący ma wiedzieć, co u niego się dzieje? Nie każdy ma na tyle wglądu, żeby to odczytać. Czy nie jest tak, że ta metoda wymaga już jakiegoś poziomu samoświadomości, zanim w ogóle zadziała?
Zgadzam się z Hilkiem, ale chcę dodać coś z innej strony. W pracy z energią ciała ta obserwacja, o której mówicie, przychodzi trochę szybciej, bo ciało jest konkretniejsze niż myśl. Jak czujesz napięcie w gardle albo ucisk w piersi przy konkretnym zdaniu, to nie musisz analizować, po prostu wiesz. Może dla niektórych wejście od strony ciała jest łatwiejsze niż od strony słów?
Mam pytanie do Gebdy albo Otylijki, bo obie wydają się znać ten temat od środka. Czy istnieje jakiś próg, poniżej którego afirmacja jest nie tylko nieskuteczna, ale może realnie zaszkodzić? Nie chodzi mi o dyskomfort, tylko o coś poważniejszego.
To, co pisze Otylijka, to chyba jeden z ważniejszych momentów tej dyskusji. I teraz zastanawiam się nad czymś, co zaczęło się jeszcze na początku tego wątku. Mówiłam o tym, że ta rozmowa pokazuje pewną niezależność mechanizmu od języka opisu. Ale Otylijka teraz wskazuje na sytuację, gdzie niezależnie od tego, jak to opisujesz, coś może pójść źle. Czy to nie oznacza, że są przypadki, gdzie afirmacja po prostu nie jest właściwym startem?
właśnie tak to rozumiem. I to wróciło do tytułu wątku w bardzo konkretny sposób. Efekt odwrotny nie jest błędem techniki ani błędem użytkownika, to sygnał, że punkt startowy jest zły. Afirmacja zakłada, że masz już jakiś fundament, do którego możesz się odwołać. Jeśli go nie ma, to nie ma się skąd odbić.
Wracając do pytania Jaskier - powiem konkretniej, bo to ważne. Nie chodzi o szukanie jednej metody, która zastąpi afirmacje. Chodzi o to, że fundament to najczęściej coś, co dało poczucie: 'mogę coś zmienić'. Może to być drobna zmiana nawyku, może doświadczenie, że coś zaplanowałem i zrobiłem. Bez tego moment, w którym mówisz sobie 'jestem wartościowy' i słyszysz w głowie natychmiastowe 'nie, nie jesteś', jest dokładnie tym, o czym Otylijka pisała wcześniej. Sprawdzian bez przygotowania.
Słucham tej wymiany i mam wrażenie, że rozmowa dotknęła sedna. Zaczynałam ten wątek od pytania, dlaczego afirmacje wywołują efekt odwrotny, a teraz widzę, że to pytanie odsłoniło coś głębszego - że skuteczność afirmacji zależy od czegoś, czego sama technika nie zawiera. Mam pytanie do Gebdy i Otylijki: czy istnieje moment, w którym można powiedzieć, że ktoś jest gotowy na afirmacje w klasycznej formie? I skąd to wiedzieć?
Na pytanie Latawicy nie ma jednej odpowiedzi, ale jest kilka sygnałów, które obserwuję. Po pierwsze - czy dana osoba jest w stanie powiedzieć neutralne zdanie o sobie bez natychmiastowego odruchowego zaprzeczenia. Nie pozytywne, tylko neutralne. Jeśli 'jestem człowiekiem, który czasem coś robi dobrze' wywołuje wewnętrzny sprzeciw, to klasyczna afirmacja będzie działać jak tarcza w ścianę. Po drugie - czy ta osoba miała kiedykolwiek doświadczenie, że cokolwiek w jej życiu się zmieniło przez jej własne działanie. Jeśli nie, to afirmacja bez tego kontekstu jest jak mapa do miejsca, w które się nie wierzy.
Chce dorzucic cos do tego watku z innej strony. Dużo mówimy o afirmacjach jako powtarzaniu słów, ale u mnie zmiana zaczela sie kiedy przestalem powtarzac zdania a zacząłem je czuć w ciele. Nie mówię ze to jedyna droga, ale jeżeli ktoś ma poczucie ze słowa lecą w próżnie, moze warto zapytac co sie dzieje z oddechem gdy wypowiada to zdanie. Dla mnie to byl sygnał - kiedy przy konkretnym zdaniu łapałem sie na wstrzymywanym oddechu.
