Słucham afirmacji przez słuchawki przed zaśnięciem już od kilku tygodni i zauważyłam coś dziwnego - w pewnym momencie przestaję je słyszeć świadomie, a rano wstaję i mam wrażenie, że słowa same mi chodzą po głowie bez żadnego wysiłku. Nie wiem, czy to dobrze, czy coś z tym robię nie tak. Czy ktoś miał podobnie? Zastanawiam się też, czy w tym półśnie naprawdę coś dociera, czy po prostu zasypiam i tyle.
To co opisujesz to dosyć typowy etap. Pytanie jest takie - co czujesz po przebudzeniu? Czy te słowa, które chodzą po głowie, mają jakiś ładunek emocjonalny, czy są jak piosenka, której nie możesz się pozbyć, ale nic za nią nie stoi?
Echo to jest ciekawe słowo. Jak długo słuchasz tej samej listy afirmacji? Bo jeśli to te same zdania od tygodni, to umysł po prostu je kataloguje jako znane i przestaje je aktywnie przetwarzać. Mnie to spotkało po może trzech tygodniach z tą samą nagrywką i dopiero zmiana treści coś ruszyła.
Ja bym tu rozróżnił dwie rzeczy. Automatyzm słów to jedno, a automatyzm przekonania to drugie. Afirmacja może stać się mantrą, którą mózg przetwarza płytko, albo czymś, co naprawdę zmienia wzorzec myślenia. Samo powtarzanie bez zaangażowania emocji to trochę jak czytanie przepisu na obiad bez gotowania.
a właśnie to mam pytanie - jak te emocje dodać skoro sie jest śpiącym? Jak niby masz coś czuć jak odpływasz? Mnie sie wydaje ze jak jestem w półśnie to moge tylo chłoąć i nie za bardzo kontorlować
Robiłam kiedyś eksperyment - przez miesiąc słuchałam afirmacji przy zasypianiu i nic szczególnego. Potem przez miesiąc te same afirmacje rano, na głos, stojąc przed lustrem, i różnica była wyraźna. Nie twierdzę, że stan półsnu nie działa, ale że przy mnie zadziałał dopiero pełny kontakt ze słowem. Ciekawe, czy inni mają podobnie.
To co mówi Werbena ma sens, ale nie oznacza automatycznie, że zasypianie nie działa. Może po prostu dla niektórych osób jeden sposób jest skuteczniejszy. Czy ktoś próbował obu metod jednocześnie - rano na głos i wieczorem przy zasypianiu? Zastanawia mnie, czy to nie kumuluje efektu.
Ja łączyłam obydwa przez jakiś czas. Nie jestem pewna, czy efekt był mocniejszy, ale bylo mi łatwiej uwierzyć w to co mówiłam rano, jakby wieczorne powtarzanie ustawiało grunt. Coś jak podsypywanie nasiona w nocy i podlewanie rano. Choć mówie to tak trochę z czucia, nie mam dowodów że tak to działa.
Szczerze? Na początku nie wiedziałam. Zaczęłam prowadzić krótkie notatki rano - jedno zdanie o tym, jak się czuję i co myślę o sobie. I po jakimś czasie zobaczyłam zmianę w tych zdaniach. Bez notatek pewnie bym nie zauważyła, bo zmiany w myśleniu są naprawde powolne.
A teraz mam pytanie zupełnie z innej beczki, bo widziałam gdzieś że podobno można pisać afirmacje na kartce i kłaść pod poduszką i to ma działać tak jak słuchanie. Serio? To nie brzmi dla mnie jakoś przekonująco, ale może czegoś nie rozumiem.
Ja nie wiedziałam, że tu są takie niuanse. Myślałam, że afirmacja to afirmacja i wystarczy ją powtarzać. Ale skoro mówicie o emocjach i zaangażowaniu - to jak w ogóle sprawdzić, czy się ją "czuje" czy tylko mówi? Bo ja powtarzam swoje i szczerze nie wiem, czy to co czuję to prawdziwe przekonanie czy tylko nadzieja.
Dokładnie to kółko opisujesz. I właśnie dlatego niektórzy proponują, żeby na początku nie zaczynać od afirmacji, w które w ogóle nie wierzysz, tylko od takich, które są ledwo poza zasięgiem. Nie 'jestem pewna siebie', tylko 'zaczynam rozumieć, że mogę być pewna siebie'. Mniejszy opór, łatwiej się przemknąć pod tym wewnętrznym cenzorem.
A skąd w ogóle wiadomo, że to 'lekkie napięcie' a nie po prostu to że afirmacja jest nieprawdziwa? Bo mi trudno to rozróżnić. Jak coś mówię i czuję, że nie do końca w to wierzę, to nie wiem, czy to dobry znak czy zły.
to się zastanawiam czy nie lepiej nagrywać afirmacje swoim głosem i słuchac tego przed snem? Czytałam że własny głos bardziej przekonuje mózg bo to 'znane'. Ale czy to prawda czy to taki mit?
Próbowałam i tak i tak. Szczerze - nagranie 'na spokojnie' brzmiało pusto i przez chwilę zastanawiałam się, czy w ogóle mam to odsłuchiwać. Kiedy włożyłam więcej, nagranie było... dziwniejsze do słuchania, ale bardziej autentyczne. Nie wiem jak to wytłumaczyć inaczej.
Wracając do kartki pod poduszką, bo ta kwestia trochę nam uciekła. Zastanawiam się, czy to nie jest po prostu wersja zakotwiczenia intencji przez gest fizyczny. Podobnie jak zapisanie czegoś na kartce i spalenie, albo zakopanie. Sam akt robienia czegoś z treścią może mieć znaczenie niezależnie od mechanizmu.
Ja łączyłam, ale przez przypadek. Zapisywałam afirmacje wieczorem jako rodzaj podsumowania dnia, potem odkładałam zeszyt na szafkę nocną i odsłuchiwałam rano. Nie kładłam kartki pod poduszką, ale sam akt pisania przed snem miał inny efekt niż samo słuchanie. Pisanie jakby zmuszało mnie do wybrania tego, w co chcę wierzyć, a nie tylko przyjmowania gotowca.
Czyli pisanie własnych afirmacji jest lepsze niż korzystanie z gotowych list z internetu? Jakoś nigdy się nad tym nie zastanawiałam.
A ile to wszystko ma trwać, żeby zobaczyć jakikolwiek efekt? Bo czytam tu o miesiącach eksperymentowania i to brzmi jak przepis na to, żeby nigdy niczego nie sprawdzić do końca. Czy naprawdę nie ma jakiegoś krótszego czasu, po którym można powiedzieć - działa albo nie działa?
Mnie teraz zastanawia, czy ten automatyzm, o którym piszę w tytule - czy on w ogóle może być etapem w tej pracy, a nie końcem? Może afirmacje najpierw stają się automatyczne, potem jakoś inaczej się układają w głowie, i dopiero potem coś się zmienia? Pytam, bo moje słuchanie stało się automatyczne, ale może to nie znaczy, że nie działa, tylko że jest gdzieś na środku tej drogi.
Właśnie ten automatyzm mnie zastanawia, bo czytałam że to może być właśnie etap przejściowy. Jakby mózg najpierw przyjmuje na poziomie mechanicznym, a potem dopiero zaczyna budować nowe skojarzenia. Trochę jak nauka jazdy - najpierw myślisz o każdym ruchu, potem to jedzie samo, ale nie znaczy to, że się nie uczysz. Tylko skąd wiadomo, że to ten właśnie etap, a nie po prostu rutyna bez efektu?
Tak, coś się zmieniło, ale trudno to opisać. Wcześniej jak powtarzałam afirmacje, to czułam albo nadzieję, albo ten opór, o którym tu pisaliście. Teraz słyszę je i... nic specjalnego. Ale też nie czuję, że to kłamstwo. Po prostu są. Nie wiem, czy to dobry znak, czy właśnie to zamrożenie, o którym mówił Donat.
To co opisujesz, to brzmi jak neutralność, nie opór. A neutralność to nie to samo co brak efektu. Jak długo masz ten stan? Bo o ile pamiętam, wcześniej pisałaś że to dość świeże.
Nie zmieniałabym zbyt szybko. Trzy tygodnie to dużo, żeby ocenić, że proces się skończył. Ta neutralność jest ciekawa - czy chodzi o to, że afirmacja przestała wywoływać jakikolwiek odzew, czy raczej że wchodzi bez tarcia? To naprawdę inna rzecz i warto to rozróżnić zanim zmienisz kierunek.
Dobra, ale jak niby rozróżnić 'wchodzi bez tarcia' od 'już nie działa'? Oba brzmią tak samo z zewnątrz i chyba też od wewnątrz, nie? Mam wrażenie że tu się tworzy takie pole gdzie każdą odpowiedź można zinterpretować jako pozytywną.
a co z słuchaniem afirmacji podczas zasypiania kiedy sie jest juz prawie w śnie? bo czytałam ze podswiadomosc jest wtedy bardziej otwarta. ktoś tak robił? czy to ma sens czy nie ma różnicy?
A czy to nie jest trochę niebezpieczne? Mam na myśli - jeśli podświadomość jest otwarta, to co jeśli trafi w niej coś, czego nie chciałaś? Albo afirmacja jest źle sformułowana i wchodzi głębiej niż powinna?
