Mam pytanie, które chodzi mi po głowie od jakiegoś czasu. Używam afirmacji od kilku miesięcy i zastanawiam się, czy lepiej trzymać się jednego, stałego sformułowania, czy zmieniać je co jakiś czas, żeby nie wpaść w rutynę. Czytałam różne rzeczy na ten temat i każde źródło mówi coś innego. Poza tym nie wiem też, czy afirmacje w ogóle lepiej działają na duże, życiowe cele - jak zmiana pracy, pewność siebie - czy może na małe, codzienne rzeczy, jak np. motywacja do ćwiczeń albo wstawanie rano bez walki. Czy ktoś to u siebie sprawdzał?
Dobre pytanie, bo sama się nad tym zastanawiałam. Z mojego doświadczenia wychodzi, że przy małych, codziennych nawykach stałe sformułowanie działa lepiej - to bardziej jak kotwica, mózg zaczyna je rozpoznawać automatycznie. Przy dużych celach zmieniałam brzmienie co jakiś czas i czułam, że to odświeżało intencję, zamiast ją wygaszać. Ale nie wiem, czy to reguła, czy po prostu mój sposób.
To co opisujesz, Janeczko, to chyba klasyczne zobojętnienie na bodziec. W psychologii mówi się o habituacji - mózg przestaje reagować na to, co powtarza się bez zmiany. Więc zmiana sformułowania może mieć sens czysto technicznie, nie tylko energetycznie.
Nie do końca. Habituacja dotyczy bodźca, nie treści. Możesz zmienić formę - intonację, porę dnia, sposób zapisywania - i ta sama treść znowu zaczyna 'docierać'. Nie musisz od razu zmieniać całego przekonania, które budujesz.
Ja mam inne doświadczenie. Przez długi czas trzymałam się jednego sformułowania przy dużym celu i właśnie ta powtarzalność robiła robotę. Jakby umysł stopniowo się przekonywał, nie przez nowość, ale przez akumulację. Przy małych nawykach raczej nie miało to znaczenia - i tak działały albo nie.
Wrócę do pytania z początku wątku, bo myślę, że jest tam ukryte drugie pytanie. Czy afirmacje mają zmieniać przekonanie o sobie, czy mają wytwarzać konkretny stan - np. motywację, spokój - tu i teraz? To są dwa różne mechanizmy i odpowiedź na pytanie o płynność zależy właśnie od tego, który stosujesz. Przy zmianie przekonania liczy się konsekwencja i powtarzalność. Przy wywoływaniu stanu liczy się żywość i emocja, więc zmiana ma sens.
Od obu. Treść 'jestem spokojna' może działać jako stan albo jako przekonanie - zależy, czy powtarzasz to mechanicznie przed lustrem, czy naprawdę wchodzisz w to uczucie podczas powtarzania. Ale prostszy sprawdzian: jeśli po tygodniu czujesz to zdanie jako prawdziwe w środku tygodnia, nie tylko w trakcie powtarzania - to budujesz przekonanie. Jeśli efekt jest tylko przez chwilę po sesji - to wywoływanie stanu.
A co z afirmacjami na bardzo konkretne rzeczy, jak np. 'mam dość energii żeby wstać rano i pobiec'? To jest małe i codzienne. Czy w ogóle warto to formułować tak dosłownie, czy lepiej ogólniej?
Chcę tu coś doprecyzować, bo widzę, że rozmowa miesza dwa podejścia. Afirmacje w klasycznym sensie autosugestii - Coué, tradycja XIX-wieczna - zakładają właśnie mechaniczne powtarzanie bez angażowania emocji. Efekt miał wynikać z nasycenia umysłu treścią. Współczesne podejście odwróciło to i postawiło na emocjonalne zaangażowanie. Obie szkoły mają swoich zwolenników i obie mają udokumentowane przypadki skuteczności. Zanim ktoś tu ogłosi, że 'wiedzę pewną' jak powinno się to robić, dobrze byłoby wiedzieć, z której tradycji się wypowiada.
To co Zaklinacz opisuje, to de facto różnica między afirmacją stanu a afirmacją procesu. I z tego co czytałam o neuroplastyczności, mózg łatwiej przyjmuje zdania opisujące zmianę niż zdania opisujące stan, który drastycznie odbiega od aktualnego doświadczenia. Więc może to tłumaczy, dlaczego niektóre afirmacje 'nie przechodzą', nawet przy regularnym powtarzaniu.
Nie jestem pewna, czy to takie zero-jedynkowe. Może zależy od tego, jak bardzo cel jest odległy od aktualnego miejsca. Jeśli różnica jest duża, afirmacja procesu może mieć mniej oporu. Ale to tylko moje obserwacje, nie mam pewności, czy jest na to jakaś ogólna zasada.
Prowadzę notatki z praktyki od dłuższego czasu i widzę u siebie coś podobnego do tego, co Janeczka opisuje. Przy dużych celach sformułowanie ewoluowało co kilka tygodni. Przy małych, codziennych nawykach - nie, tam po prostu powtarzałam to samo i wystarczyło. Jakby skala celu wyznaczała, czy zmiana jest potrzebna.
Prawdopodobnie samo zdanie jako bodziec. To przekonanie, że 'mogę to osiągnąć', zaczyna być mniej wymagające do utrzymania - bo staje się trochę bardziej naturalne. Ale sam cel wciąż jest dalej, więc zmiana formy na nowym poziomie ma sens. Nie budujesz tego samego zdania wyżej, tylko wchodzisz na kolejny stopień.
To co Bryza opisuje, mocno upraszcza temat. Mam wrażenie, że zakładamy, że każdy wie, kiedy 'zaabsorbował' przekonanie. A co jeśli ktoś myśli, że zaabsorbował, bo przestał czuć opór, a tak naprawdę po prostu przestał się angażować? Skąd ta różnica jest widoczna?
A czy ta metoda 'testu wstecznego', o której Bryza pisze, działa też przy afirmacjach na małe nawyki? Pytam, bo tam chyba trudniej wyczuć tę różnicę - małe nawyki szybciej się ucieleśniają i nie wiem, czy to dlatego, że są prostsze, czy dlatego, że mózg mniej się opiera małym zmianom.
Myślę, że właśnie trafiłaś na coś ważnego. Małe nawyki mają niższy próg oporu już na starcie, więc afirmacja do nich potrzebuje mniej czasu, żeby stać się zbędna. Przy dużych celach opór jest wielowarstwowy - jedno przekonanie możesz zaabsorbować, a pod spodem jest kolejne. Dlatego przy małych nawykach szybciej dostajesz sygnał 'gotowe', a przy dużych ta ewolucja sformułowań, o której mówiłyśmy wcześniej, może trwać miesiącami.
Ciekawe, że Kobalt opisuje ten moment jako wybór - zmienić albo odpuścić. U mnie to nigdy nie był świadomy wybór, zawsze intuicja decydowała. Zastanawiam się, czy świadome zarządzanie tym procesem - jak sugeruje Cyprian_S wyżej - daje inne efekty niż pozwolenie, żeby to się działo samo.
A ile czasu zazwyczaj zajmuje, zanim afirmacja 'wchodzi' przy tych małych nawykach? Bo czytam tę rozmowę i rozumiem o czym mówicie, ale nie wiem, czy mówicie o tygodniach, czy miesiącach. Dla mnie to spora różnica w praktyce.
Wracając do mojego pytania o duże cele - powoli zaczynam rozumieć, że przy nich sama afirmacja to bardziej seria etapów niż jedno zdanie na zawsze. Ale to rodzi kolejne pytanie: czy ktoś ma jakiś sposób, żeby wiedzieć, kiedy faktycznie przeszedł do kolejnego etapu, a nie tylko się okłamał, że już czas na zmianę?
Fiolka, to pytanie o etapy przy dużych celach mnie też zatrzymało. Bo jak to właściwie wygląda w praktyce - czy chodzi o to, że afirmacja do jednego przekonania się zamyka i wtedy sformułowanie naturalnie ewoluuje ku następnemu? Czy raczej same etapy to osobne afirmacje ustawione z góry?
To co Zaklinacz pisze o braku ładunku przy zbyt ogólnych afirmacjach - to właśnie mi się przydarzyło na początku. Robiłam bardzo ogólne zdania i czułam się, jakbym czytała etykietę na butelce. Nic. Potem zaczęłam konkretyzować i było zupełnie inaczej. Ale nadal nie wiem, jak rozpoznać, że przeszłam do kolejnego etapu przy czymś większym - może to jest coś podobnego, tylko subtelniejszego?
Myślę, że dobrze to opisujesz. Przy dużych celach ten sygnał jest rzeczywiście subtelniejszy, bo opór ma więcej warstw i żadna z nich nie jest tak wyrazista jak ta pierwsza. Dla mnie sygnałem przejścia do kolejnego etapu jest moment, kiedy afirmacja przestaje wywoływać cokolwiek - ani oporu, ani ciepła. Taka sucha płaskość. To znaczy, że to sformułowanie zrobiło swoje, a to, co jest pod spodem, jeszcze się nie ujawniło. Wtedy czekam kilka dni, nie zmieniam na siłę.
Ja to rozwiązuję inaczej - zamiast przerwy robię afirmację obserwacyjną. Coś w stylu 'zauważam, co zmienia się w moim podejściu do X'. Nie cel, nie przekonanie, tylko czyste obserwowanie. To trzyma mnie w kontakcie z tematem, ale bez forsowania konkretnego sformułowania. Często po kilku dniach takiego obserwowania nowe sformułowanie samo się pojawia.
Dobra, ale ile tego oporu jest zdrowe? Czytam tę rozmowę i mam wrażenie, że każdy dyskomfort ma być traktowany jako dobry znak. A co jeśli coś po prostu nie działa i opór jest sygnałem, że trzeba zmienić kierunek, nie sformułowanie?
Cyprian_S, myślę że to całkiem dobre rozróżnienie. Chociaż z mojej praktyki wynika, że te dwie rzeczy potrafią się zacierać - zaczynam zmieniać sformułowanie, a po czasie okazuje się, że tak naprawdę zmieniałam cel, bo stare sformułowanie broniło czegoś, czego już nie chciałam. Afirmacja potrafi być bardziej szczera niż zakładasz na początku.
To co Janeczka opisuje - że afirmacja może być szczersza niż zakładasz - to chyba najważniejsza rzecz, jaką zabrałam z tej dyskusji. Zaczęłam ten wątek z pytaniem o płynność sformułowań, a skończyłam z wrażeniem, że pytanie powinno brzmieć inaczej: nie 'zmieniać czy nie zmieniać', tylko 'czego się dowiadujesz przez to, że chcesz zmienić'. Dzięki.
To co napisałaś na końcu - że pytanie powinno brzmieć inaczej niż w tytule - trochę mnie zaskoczyło. Bo przyszedłem tu z tym samym pytaniem co ty i też wychodzę z czymś innym. Ale nadal nie wiem praktycznie: jak ty teraz dobierasz afirmacje do dużego celu? Masz jakiś konkretny punkt startowy czy po prostu siadasz i piszesz, co przychodzi?
