Wracam do tego co mówiła Martusia o tygodniu jako minimalnym czasie obserwacji. Mam wrażenie że to wciąż za krótko żeby wyciągać wnioski. Przekonania budowały się latami. Dlaczego mielibyśmy oczekiwać że tydzień to wystarczający sygnał?
Ta 21-dniowa reguła - skąd to w ogóle pochodzi? Bo widzę że każdy ją powtarza jak pewnik, a nigdy nie widziałem żeby ktoś pytał skąd to się wzięło.
I tu chyba jest clue całego wątku - że 'jawna porażka' to często nie jest porażka metody, tylko porażka nierealistycznych oczekiwań co do czasu i formy. Wracam do tego co pisałam na początku: jak zrezygnowałam po pierwszym podejściu, to właśnie dlatego że po miesiącu nic się nie zmieniło i uznałam że to nie dla mnie. Teraz wiem że zaczęłam zbyt ambitnie i zbyt krótko.
Mnie też to spotkało i zastanawiam się - czy jest jakiś sposób żeby nie popełniać tych samych błędów przy kolejnym podejściu, skoro nie wiemy z góry która forma będzie dobra i ile czasu potrzebujemy? Czy to jest zawsze trochę metodą prób i błędów?
Metoda prób i błędów w pewnym sensie tak, ale można ją robić mądrzej. Zanim zaczniesz nowe podejście, zapisz co konkretnie nie zadziałało w poprzednim - nie ogólnie 'afirmacje nie działają', tylko: forma zdania, pora dnia, długość sesji, czas jaki dałaś. Potem przy kolejnym podejściu zmieniasz jeden element, nie wszystko naraz. Inaczej po kolejnym niepowodzeniu nadal nie wiesz co było przyczyną.
Ja przez długi czas nie prowadziłam żadnych notatek i faktycznie przy kolejnym podejściu wracałam do tych samych błędów. Dopiero jak zaczęłam zapisywać choćby jedno zdanie po sesji - co czułam, czy cokolwiek się ruszyło - to zobaczyłam wzorzec. Że u mnie wieczorne sesje były zawsze gorsze niż poranne.
Ten wątek z notowaniem przypomina mi coś co czytałem o metodzie samoobserwacji - że sama obserwacja zmienia zachowanie. Możliwe że te notatki nie tylko dokumentują efekty, ale same w sobie coś uruchamiają przez sam fakt że skupiasz na tym uwagę. Czy ktoś to rozważał?
Wracając do tego co pisała Twilighta o nierealistycznych oczekiwaniach - mnie długo blokowało że szukałam dramatycznej zmiany. Myślałam że jak afirmacja 'zadziała' to poczuję coś wyraźnego, jakiś przełom. A zmiany były tak stopniowe że je przeoczałam i uznawałam całą praktykę za porażkę.
Słucham tej rozmowy i mam poczucie że dużo mówicie o obserwowaniu siebie, notowaniu, porównywaniu. Mam pytanie trochę z boku - czy ktoś miał tak, że to wszystko zaczęło zajmować tyle uwagi że samo powtarzanie afirmacji zeszło na drugi plan? Bo ja mam tendencję do analizowania zamiast robienia.
To wyważenie które opisuje Martusia - między robieniem a obserwowaniem - przypomina mi problem z każdą praktyką uważności. Za dużo 'meta' i przestajesz być w doświadczeniu. Może afirmacje mają dokładnie ten sam problem co medytacja - że ludzie myślą o tym jak medytują zamiast medytować.
No właśnie, ja mam dokładnie ten problem z tym analizowaniem. Zanim zacznę powtarzać to już przeredagowałam afirmację ze trzy razy w głowie i w ogóle nie wiem czy to jeszcze ta sama afirmacja co zaczęłam. Czy to znaczy że trzeba sobie raz wybrać wersję i się trzymać, nie zmieniać przez jakiś ustalony czas?
Wracając do tego co Twilighta pisała na początku o jawnych porażkach - mam wrażenie że sporą część tych porażek powoduje właśnie to co teraz opisujecie: zbyt częste zmiany, za dużo analizowania, brak jakiegokolwiek punktu odniesienia. Ja przy pierwszym podejściu nie miałam żadnego z tych elementów i szczerze powiem że efektu też nie miałam. Przy drugim podejściu zrobiłam tylko jedną zmianę - zaczęłam traktować to jak eksperyment z datą startu i datą pierwszej oceny. I wtedy coś się zmieniło, choć nie to czego oczekiwałam.
To co mówi Wrenna o nieoczekiwanych zmianach jest ważne. Ja też miałam tak że liczyłam na jedno a dostałam coś innego. I przez chwilę nawet nie liczyłam tego jako efekt, bo to nie był ten obszar który afirmowałam. Teraz myślę że to może być nawet bardziej wiarygodny sygnał niż zmiana dokładnie tam gdzie celujesz - bo tam gdzie celujesz możesz sobie wmawiać że coś widzisz.
