Wracam do pytania które zadałam wcześniej bo nie do końca rozumiałam odpowiedź Pelagiuszy - skoro metta to praca nad własną życzliwością, a afirmacje dla kogoś zaczynają się od definowania jego stanu, to czy można robić afirmacje 'w stylu metta'? Tzn. skupiać się na rozwijaniu własnej życzliwości i troski, ale nie definiować co ta osoba ma osiągnąć?
Czyli żeby skrócić - różnica między afirmacją która jest ok a tą która zaczyna przekraczać granicę to podmiot zdania? Jeśli podmiotem jestem ja i moje stany - bezpieczne. Jeśli podmiotem jest ta druga osoba i co ma czuć albo osiągnąć - to już wchodzi w inny teren?
Tak, myślę że to dobry skrót. Podmiot zdania to jedno z prostszych kryteriów które można zastosować bez głębokiej teorii. Choć mam pytanie do Protazego - czy to znaczy że afirmacja 'mój syn jest bezpieczny' jest już za daleko, nawet jeśli pochodzi z czystego lęku macierzyńskiego?
czyli w praktyce ta sama afirmacja może być etyczna albo nie, zależnie od tego co ja sobie myślę kiedy ją powtarzam? Jak mam nad tym panować jeśli nie zawsze wiem co w danej chwili dominuje?
Mam takie pytanie trochę z innej strony - czy te zasady o podmiocie zdania i intencji to jest coś co pochodzi z jakiejś konkretnej szkoły czy tradycji, czy to jest wniosek z tej dyskusji? Bo chciałem sobie poczytać więcej ale nie wiem czego szukać.
Chciałam się odnieść do tego co mówiła Kostroma o bracie. Nie pytam o efekt magiczny, tylko o to jedno - czy czułaś że powinnaś mu powiedzieć? Nie chodzi mi o teorię, tylko o to co czułaś.
Mam wrażenie że w tej rozmowie cały czas zakłada się że ta druga osoba w ogóle nie praktykuje i nie wie o takich rzeczach. Ale co jeśli oboje jesteście w jakimś sensie na tej ścieżce, tylko ona nie robi afirmacji? Czy wtedy reguły są takie same?
Czytam ten wątek od dłuższego czasu i mam takie jedno pytanie które mi nie daje spokoju - czy jest jakaś różnica między robieniem afirmacji dla kogoś a po prostu bardzo intensywnym myśleniem o tej osobie z życzliwością? Bo to drugie robimy chyba wszyscy?
Ale czy ta intencjonalność nie sprawia jednocześnie że jest bezpieczniejsza? Bo właśnie dlatego że ją świadomie formułujesz, możesz nad nią zapanować. Spontaniczne myślenie może być dużo bardziej chaotyczne i mniej kontrolowane.
Żeby nie zgubić wątku - bo ta rozmowa zrobiła się bardzo filozoficzna - mam pytanie praktyczne. Protazy, Bylica, powiedzmy że ktoś jest na początku i nie jest pewien czy jego afirmacja ma dobry podmiot. Czy jest jakaś prosta weryfikacja którą można zrobić samemu przed regularną praktyką?
no to jest naprawdę konkretny test. Nie spodziewałem się że to takie proste do sprawdzenia. Ale mam od razu pytanie - co jeśli obie wersje brzmią dla mnie tak samo dobrze? To znaczy że afirmacja jest neutralna, czy że po prostu nie mam wyczucia?
Dobra, rozumiem logikę tego testu. Ale czy ktoś z was rzeczywiście go stosuje na bieżąco? Bo czytam to wszystko i mam wrażenie że to jest teoria, którą trudno przełożyć na codzienną praktykę kiedy po prostu chcesz poczuć się lepiej myśląc o kimś bliskim.
Troche sie zgubiłem w tej dyskusji. To jak ostatecznie brzmi prawidłowa afirmacja dla kogoś bliskiego? Czy można w ogóle użyć jego imienia czy to już jest przekraczanie tej granicy?
Czytam ten wątek od samego początku i mam jedno pytanie do Protazego albo Bylicy - czy ta zasada dotyczy tak samo afirmacji wypowiadanych głośno i tych tylko w myślach? Intuicyjnie czuję że może być różnica, ale nie wiem czemu tak myślę.
Wracając do tego co pisałam wcześniej o osobach które obie praktykują - mam wrażenie że ta rozmowa zakłada zawsze jakiś rodzaj asymetrii, że jedna osoba 'robi coś' a druga 'nie wie'. Ale czy afirmacje dla kogoś bliskiego to nie jest czasem po prostu forma modlitwy? I jeśli tak, to co ją odróżnia etycznie od modlitwy za kogoś?
