Zaczęło się od pytania znajomej, które mnie zaskoczyło: czy mogę robić afirmacje dla niej, skoro ona sama w to nie wierzy? I to mnie skłoniło do głębszego zastanowienia. Bo technicznie - tak, można formułować pozytywne intencje dla kogoś innego. Ale etycznie sprawa jest dużo bardziej złożona. Afirmacja to kierowanie świadomą intencją. Kiedy robimy to dla siebie, mamy pełną zgodę własnego umysłu. Kiedy robimy to dla kogoś bez jego wiedzy - czy to w ogóle jeszcze afirmacja, czy już coś innego? I drugie pytanie, które mi się nasuwa: czy skuteczność takiej praktyki w ogóle zależy od tego, że ta osoba o niej wie?
To jest jeden z tych tematów, przy których trzeba naprawdę uważnie rozróżniać. Afirmacje dla siebie a intencje kierowane na kogoś to nie jest to samo, nawet jeśli brzmi podobnie. Jeśli mówię "moja córka jest bezpieczna i zdrowa" - to inaczej działa niż "niech moja córka zmieni zdanie w sprawie tej pracy". Pierwsze to życzenie, drugie to już ingerencja. I myślę, że granica etyczna przebiega dokładnie w tym miejscu: czy ta intencja dotyczy dobrostanu tej osoby, czy chcemy wpłynąć na jej wybory?
Ale właśnie nie rozumiem tej granicy. Jeśli matka robi afirmacje dla dziecka, to jest złe? Albo jeśli ktoś modli się za kogoś - to też ingerencja? Gdzie kończy się zwykłe życzenie komuś dobrze, a zaczyna ta niedobra "ingerencja"? Pytam serio, bo dla mnie to nie jest oczywiste.
Pracuję z afirmacjami od kilku lat i powiem wprost - afirmacje dla bliskich działają. Robiłam regularnie dla siostry, kiedy przechodziła trudny okres, i po kilku tygodniach jej sytuacja się wyrównała. Myślę, że intencja niesie energię i jeśli jest dobra, to nie potrzebuje zgody. Energia i tak dociera.
Myślę, że w tej rozmowie mieszamy dwie warstwy: etyczną i skutecznościową. Można dyskutować, czy afirmacje dla kogoś w ogóle działają - i to jest jedno pytanie. A zupełnie oddzielne jest pytanie, czy mamy prawo to robić. Bylica mówi o tej drugiej warstwie i myślę, że słusznie to rozdziela. Można wierzyć, że intencja ma moc, i jednocześnie pytać, czy wypada jej używać bez wiedzy drugiej osoby.
A ja mam pytanie, bo może głupie, ale co jeśli ta osoba jest dzieckiem? Małe dziecko nie może wyrazic zgody na nic, a przecież rodzice muszą jakoś interweniować w jego życie. Czy to jest inna sytuacja niż z dorosłym?
A co z sytuacją, kiedy ktoś bliski jest w depresji albo jakimś kryzysie i sam nie jest w stanie siebie wspierać? Czy wtedy wysyłanie mu afirmacji czy pozytywnych intencji jest ok, nawet bez zgody? Pytam, bo mam taką sytuację z bliską osobą i nie wiem, co wolno.
Dodam coś z własnej praktyki. Czytałem o technice pisania afirmacji za kogoś w trzeciej osobie - czyli "Adam z łatwością odnajduje spokój" zamiast "ja". Podobno działa inaczej na umysł piszącego, bo nie aktywuje tych samych oporu co zwykłe afirmacje. Ale pytanie, kto tu się zmienia - ty czy Adam? Bo może to tylko ćwiczenie twojego własnego nastawienia do tej osoby?
Szczerze? Trochę sceptycznie podchodzę do całego tematu, ale ta obserwacja z nastawieniem mnie przekonuje. To jest coś mierzalnego. Jak patrzę na kogoś z większą życzliwością, to naprawdę inaczej się do niego zachowuję. I on to czuje. Nie potrzeba żadnej mistyki, żeby to wytłumaczyć.
Myślę że najważniejsza granica to jednak ta: czy robimy to z miłości i życzenia dobra, czy z potrzeby kontroli. Jeśli ktoś robi afirmacje dla byłego partnera w stylu "on wróci do mnie" - to już zupełnie inna historia niż "niech mu się wiedzie". Pierwsze to życzenie dla siebie, ubrane w troskę o innego.
Wracając do tego, co mówił wcześniej Protazy o zmianie własnego nastawienia - myślę, że ta obserwacja ma głębsze konsekwencje, niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Jeśli afirmacje dla kogoś zmieniają głównie nas samych, to może w ogóle powinniśmy przestać myśleć o nich jako o praktyce 'dla kogoś', a zacząć rozumieć je jako pracę z własną relacją do tej osoby. To kompletnie przesuwa ciężar etyczny - nie pytamy wtedy 'czy wolno mi to zrobić dla niej', tylko 'co mówi o mnie to, co chcę afirmować'.
Ale właśnie mam pytanie do tego, co napisała Pelagiusza86. Jeśli pracuję ze swoją relacją do bliskiej osoby i moje nastawienie do niej się zmienia - to realnie zmienia się moje zachowanie wobec niej, prawda? Ona to czuje. Czyli jednak na nią wpływam, tylko pośrednio. Czy to zmienia cokolwiek etycznie?
Ryszard poruszył temat wizualizacji i to ciekawy kierunek. W wielu tradycjach pracy z umysłem wizualizacja jest o tyle inna od afirmacji, że nie angażuje języka - a język w pewnych podejściach jest uważany za szczególnie wiążący, bo werbalizacja intencji to coś więcej niż samo myślenie. Ale to już trochę zależy od tradycji, w której się pracuje.
Czytam ten wątek od początku i mam takie proste pytanie: czy w ogóle jest jakaś forma afirmacji dla kogoś, którą wszyscy tutaj uznaliby za bezpieczną i etyczną? Bo z rozmowy wynika, że prawie każda wersja ma jakieś zastrzeżenia.
Protazy, ale to rozróżnienie 'przypadkowe życzenie vs regularna praktyka' - gdzie leży granica? Jeżeli codziennie rano myślę o kimś dobrze, ale nie robię z tego żadnego rytuału, nie wypowiadam żadnych słów - czy to już jest ta 'intencjonalna praktyka'? Bo mi się zdaje, że samo regularność nie wystarczy żeby to było coś więcej niż życzliwość.
Trochę się gubię w tym, co tutaj czytam. Chciałam zapytać o coś bardziej podstawowego - czy jeśli medytuję i podczas medytacji po prostu mam kogoś w sercu, bez żadnych słów, bez obrazów, tylko takie... ciepłe skupienie na tej osobie - to czy to w ogóle należy do tej samej kategorii?
Mam takie pytanie, bo to mnie nurtuje od początku tego wątku - czy ktokolwiek tutaj faktycznie praktykuje afirmacje dla kogoś bliskiego regularnie? Nie teoretycznie, ale naprawdę? Bo całą dyskusję widzę bardziej filozoficzną niż opartą na doświadczeniu.
ale chyba nie jest tak, że poczucie sprawczości to 'tylko iluzja'? Psychologicznie stan osoby, która czuje że coś robi, że nie odpuściła, jest inny. I to może realnie wpływać na relację, bo ona sama jest spokojniejsza, bardziej obecna. Czy to nie jest właśnie ten mechanizm o którym mówiliście wcześniej?
Mam pytanie do Bylicy albo Protazego - czy jest jakaś różnica jeśli ta osoba, dla której robimy afirmacje, sama by tego chciała gdyby zapytać? Czyli nie ma zgody bo nie zapytaliśmy, ale prawdopodobnie by ją wyraziła?
Dobra a jak ktoś bliski ma problem z którym sam sobie nie radzi i nie przyjmuje pomocy z zewnątrz - to co? Siedzimy z rękami skrzyżowanymi? To trochę bez sensu żeby mieć metodę i jej nie używać.
To co mówi Dominisia01 chyba dobrze zamyka jeden z wątków tej rozmowy. Afirmacje dla bliskich mają sens jako praktyka - ale ich granice są tam, gdzie zaczyna się myślenie, że zastępują coś realnego albo że mamy prawo definiować czyjś docelowy stan. Pytanie o etykę nie ma tu jednej odpowiedzi, bo zależy od tego, co wkładamy w tę praktykę i czego od niej oczekujemy.
To co napisał Protazy na końcu - że granica jest tam gdzie zaczynamy wierzyć, że zastępujemy coś realnego - to chyba najważniejsze zdanie w tym wątku. Ale mam pytanie do Bylicy albo kogokolwiek kto praktykuje: jak to wygląda w praktyce? Tzn. jak rozpoznać u siebie ten moment kiedy przechodzisz z 'robię to dla siebie, żeby się nie rozsypać' w 'robię to bo wierzę że to zmieni tę osobę'?
Dobra ale czy ktoś mógłby mi wyjaśnić jedną rzecz bo naprawdę nie rozumiem - jeżeli afirmacje dla bliskich 'działają głównie na mnie', to czym się różni to od zwykłej modlitwy? Bo ludzie się modlą za innych od tysięcy lat i nikt nie robi z tego dyskusji etycznej.
ale to rozróżnienie jest trochę akademickie, nie? W praktyce osoba która się modli 'Boże spraw żeby córka wróciła do zdrowia' i osoba która powtarza 'moja córka jest zdrowa i silna' - obie kierują intencję na tę samą osobę bez jej zgody. Gdzie tu konkretna różnica etyczna?
Zostanę przy tym co zapytałam wcześniej, bo nadal nie dostałam odpowiedzi od osoby która naprawdę praktykuje regularnie. Dominisia01 mówiła o dwóch miesiącach. Czy ktoś jeszcze? Bo ta dyskusja jest teoretycznie bardzo bogata, ale chciałabym usłyszeć więcej z doświadczenia.
Czytam ten wątek od jakiegoś czasu i mam takie sceptyczne pytanie - czy nie jest tak, że cały ten etyczny wymiar to trochę nadbudówka? Tzn. życzenie komuś dobrze bez wiedzy tej osoby wydaje się tak nieszkodliwe, że cała ta dyskusja o zgodzie i granicach trochę... nie wiem, może przesadza?
Mam takie pytanie, może trochę z boku - czy jeśli ktoś nam sam powie że potrzebuje wsparcia i że lubi takie rzeczy, ale nie powie wprost 'rób afirmacje za mnie', to czy to jest wystarczająca zgoda? Czy muszę pytać dosłownie?
