Czytam ostatnio sporo o afirmacjach i zastanawiam się, czy to nie jest tak, że używamy tej samej formułki przez cały rok, a tymczasem my sami się zmieniamy, nasze potrzeby się zmieniają, pory roku się zmieniają. Czy nie powinniśmy dopasowywać afirmacji do tego, co się dzieje wokół i w nas? Np. wiosną coś innego, jesienią coś innego. Albo przy nowiu coś innego niż przy pełni. Pytam szczerze, bo trochę sceptycznie do tego podchodzę, ale może coś w tym jest.
To jest bardzo dobre pytanie i sama się nad tym zastanawiałam. Pracuję z czakrami od kilku lat i zauważyłam, że np. wiosną naturalnie otwiera się czakra serca i wtedy afirmacje związane z miłością do siebie jakby łatwiej wchodzą. Jesienią bardziej czuję potrzebę pracy z korzeniami, z czakrą podstawy, więc i afirmacje sam przez się skręcają w stronę bezpieczeństwa i stabilizacji. Nie wiem, czy to reguła, czy moje własne doświadczenie, ale dla mnie sezonowość działa. Celestynko, a Ty co o tym myślisz? Bo wiem, że pracujesz z tym długo.
Też to zauważyłam, że jedna formuła przez cały rok zaczyna z czasem brzmieć pusto. Powtarzam afirmacje od jakichś trzech lat regularnie i na początku robiłam to samo zdanie przez miesiące. Działało przez chwilę, potem jakby mózg się do tego przyzwyczajał i przestawał reagować. Zaczęłam zmieniać co miesiąc i poczułam różnicę. Ale czy to kwestia pór roku, czy po prostu zmiany samej w sobie? Nie jestem pewna, czy księżyc tu cokolwiek robi, czy to bardziej nasza psychika po prostu potrzebuje nowości.
Mam podobne pytanie. Czy jeśli ktoś zmienia afirmacje przy każdym nowiu, to nie jest tak, że robi to bardziej rytualnie, symbolicznie, niż faktycznie przeprogramowuje cokolwiek? Tzn. nów jako moment „startu” wydaje mi się bardziej motywacyjny niż magiczny. Czy te cykle księżycowe naprawdę coś robią z przyswajaniem afirmacji, czy to tylko ładny kontekst?
Te 21 dni to uproszczenie, które się przyjęło od Maxwella Maltza i zostało wyrwane z kontekstu. On pisał o minimum 21 dniach, a ludzie zapamiętali, że tyle wystarczy. Badania Phillippy Lally pokazują, że średnio to około 66 dni, ale zakres był od 18 do 254 dni w zależności od osoby i złożoności nawyku. Więc nie ma jednej odpowiedzi. Natomiast przy afirmacjach chodzi o coś innego niż nawyk ruchowy, więc te liczby i tak są tylko orientacyjne. Ważniejsze pytanie to czy afirmacja wzbudza w Tobie opór, czy nie. Jeśli wzbudza silny opór, to znaczy, że pracujesz nad czymś głęboko zakorzenionym i potrzebujesz więcej czasu i innej formy pracy, nie tylko powtarzania.
Ja przez lata robiłam różnie i doszłam do wniosku, że najlepiej działa u mnie połączenie jednej stałej afirmacji, takiej osiowej, z drobnymi zmianami pomocniczymi przy porach roku. Ta osiowa zostaje przez długi czas, bo dotyczy czegoś głębokiego w moim systemie przekonań. A te sezonowe to raczej uzupełnienia, coś jak dodatkowe wsparcie dla tej głównej. Wiosną np. dodaję coś o otwartości, zimą coś o spokoju i odpoczynku. Nie zastępuję jednej drugą, tylko buduję warstwowo.
Ojej, dopiero czytam i jestem pod wrażeniem, tyle tu mądrości. Mam pytanie trochę z boku: czy afirmacje przy nowiu i pełni powinny być inne, czy to w ogóle ma znaczenie? Gdzieś czytałam, że nów to czas sadzenia intencji, a pełnia to czas kulminacji. Więc może przy nowiu afirmacje o tym czego chcemy, a przy pełni o tym co już mamy? Ale nie wiem, czy to ma realne przełożenie na efekty, czy to tylko symbolika.
Prowadziłam notatki przez prawie rok, właśnie porównując różne podejścia, i powiem Wam jedno: nie zauważyłam żadnej wyraźnej różnicy między afirmacjami robionymi przy nowiu a tymi robionymi bez żadnego rytmu księżycowego, jeśli chodzi o zewnętrzne efekty. Natomiast zauważyłam ogromną różnicę między afirmacjami robionymi regularnie a tymi robionymi „kińy mi się przypomni”. Rytm księżycowy pomógł mi właśnie dlatego, że dał mi strukturę i regularność. Więc może Ferdek ma rację, że to nie księżyc, tylko dyscyplina.
Trochę zgubiłem się w tej rozmowie. Czy możecie mi powiedzieć po ludzku: jeśli dopiero zaczynam z afirmacjami, to czy powinienem od razu kombinować z fazami księżyca i porami roku, czy najpierw po prostu zacząć i się nie rozpraszać? Czytam to wszystko i mam wrażenie, że zanim cokolwiek zacznę, muszę mieć plan na cały rok.
Bardzo dziękuję za tę rozmowę, czytam od początku i mnóstwo mi tu rozjaśniło. Mam jedno małe pytanie: czy afirmacje wypowiadane głośno działają inaczej niż te myślane po cichu albo pisane? Pytam, bo mi osobiście łatwiej pisać niż mówić, szczególnie jak mówię coś o sobie pozytywnego, to czuję wewnętrzny opór, który przy pisaniu jest mniejszy.
Wracając do sedna tematu, bo mi zależy na tej kwestii sezonowości: rozumiem argumenty za stałą formułą i za strukturą. Ale czy ktoś z Was czuje, że zimą naprawdę potrzebuje innych afirmacji niż latem? Nie chodzi mi o teorię, tylko o to osobiste poczucie. Bo ja np. zimą czuję się zupełnie inną osobą niż latem i wydaje mi się, że mówienie sobie zimą „jestem pełna energii i działam” brzmi jak kpina, bo moje ciało dosłownie domaga się spowolnienia.
Tak, naprawdę czuję tę różnicę. Zimą moje afirmacje są bardziej do wewnątrz, skupione na spokoju i zasobach. Latem zupełnie inaczej, tam chodzi o działanie i otwartość. Nie wiem czy to pory roku same w sobie, czy po prostu mój rytm biologiczny, ale ciało wyraźnie czuje co w danym momencie potrzebuje.
Mam takie pytanie, może trochę z boku: czy w takim razie afirmacje o tym, że mam energię i działam skutecznie, powiedziane zimą kiedy wszystko zwalnia, nie będą po prostu fałszywe dla mojego umysłu? Tzn. czy umysł nie odrzuci czegoś, co jest sprzeczne z aktualnym stanem ciała?
Czytam i myślę, że chyba sama popełniam ten błąd co Spellbound opisuje. Mam pytanie: czy jest jakiś sposób, żeby odróżnić afirmację, która naprawdę mi służy od takiej, która tylko mnie uspokaja, że nic nie robię? Bo z zewnątrz brzmią tak samo.
Wracając do tego, o co pytałam na początku, bo rozmowa mi trochę uciekła w stronę notatek i samoewaluacji, co jest ciekawe, ale jednak. Czy ktoś z Was świadomie dostosowywał afirmacje do konkretnych pór roku i widzi w tym sens po czasie? Nie intuicyjnie, nie 'chyba', tylko naprawdę widzi różnicę między sezonowym podejściem a stałą formułą przez rok?
Ja tak, i po dwóch latach pracy sezonowej mogę powiedzieć, że stała formuła przez cały rok dawała mi poczucie wywiązania się z obowiązku, ale sezonowa daje poczucie, że naprawdę z sobą rozmawiam. Różnica jest subtelna, ale dla mnie bardzo realna.
To pytanie Kornelii jest chyba najważniejsze w tym wątku i dobrze, że wróciło. Umysł bardzo sprawnie dopasowuje narrację do stanu, w którym jest. Sezonowość może być autentyczną odpowiedzią na rytm biologiczny, ale może być też bardzo eleganckim mechanizmem unikania. Różnica jest w tym, czy po afirmacji zimowej masz w końcu mniej lęku i więcej spokoju, czy tylko mniej wyrzutów sumienia, że nic nie robisz.
Słucham tego i mam pytanie do całej dyskusji: czy ktoś w ogóle sprawdzał afirmacje pod kątem faz księżyca, a nie tylko pór roku? Bo mam wrażenie, że księżyc zmienia się szybciej niż sezon i może być lepszym, bardziej precyzyjnym rytmem. Albo w ogóle nie ma znaczenia i to są dwa oddzielne tematy?
Przepraszam, że wchodzę z innego kąta, ale słucham i zastanawiam się nad czymś podstawowym: jeśli afirmacje mają 'przeprogramować' umysł, to jak długo taki efekt trwa? Bo jeśli zmieniamy je co sezon, to może nigdy niczego do końca nie przeprogramujemy, bo umysł nie zdąży.
Dobra, ale żeby to działało, to ta osiowa afirmacja musi być na tyle ogólna, żeby nie wchodzić w konflikt z sezonową, prawda? Jak ją sformułować, żeby nie była ani zbyt ogólna, bezużyteczna, ani zbyt szczegółowa, bo wtedy ogranicza? To chyba najtrudniejsza część całego układu.
Słucham tej rozmowy i mam pytanie może trochę z boku, ale chyba istotne: czy afirmacja ma opisywać stan, który chcemy osiągnąć, czy stan, który już mamy? Bo zależy od odpowiedzi na to pytanie, ta kwestia sezonowości wygląda zupełnie inaczej.
Wracam do tego, co powiedziała wcześniej Kunegunda o spontanicznym przechodzeniu między czasem przyszłym a teraźniejszym w zależności od fazy księżyca. Jeśli to dzieje się naturalnie, bez narzucania, to może właśnie taki jest mechanizm: umysł sam dobiera formę do stanu. Pytanie, czy warto to kontrolować, czy raczej obserwować i podążać za tym.
Słucham tej rozmowy i trochę się gubię, bo wyszliśmy od pytania, czy zmieniać afirmacje sezonowo, a teraz jesteśmy przy księżycu, czasie gramatycznym i mechanizmach działania. Nie mówię, że to nieistotne, bo jest. Ale mam wrażenie, że nie odpowiedzieliśmy na coś podstawowego: jeśli ktoś zaczyna od zera, to czy w ogóle ma sens zaczynać od afirmacji sezonowych, czy najpierw wypracować jedną stałą, a potem myśleć o sezonowości?
To jest dobre pytanie i myślę, że ma praktyczną odpowiedź. Na początku sezonowość wprowadza za dużo zmiennych. Nie wiesz jeszcze, co działa dla ciebie, więc zmienianie afirmacji co kwartał to trochę jak testowanie diety, zmieniając jednocześnie wszystko: kalorie, makra i pory posiłków. Niczego się z tego nie nauczysz. Najpierw jedna afirmacja, przez wystarczająco długi czas, żeby cokolwiek zaobserwować.
A wracając do tematu sezonowości, bo trochę nam odpłynęło: jeśli kryterjum jest zmiana zachowania, to może sezonowość ma sens właśnie dlatego, że inne zachowania są adekwatne w różnych porach roku? Zimą raczej nie będę zaczynał nowych projektów, latem mam więcej energii do działania. Czy afirmacja, która wspiera aktywność, nie jest po prostu nie na miejscu w grudniu?
Ale czy to nie jest po prostu wpływ nastroju na wybór słów? Jesienią jesteśmy bardziej melancholijni, więc piszemy o spokoju. Wiosną lepiej się czujemy, więc piszemy o odwadze. To niekoniecznie musi mieć coś wspólnego z cyklem naturalnym, może tylko z biochemią i długością dnia.
Cieszę się, że Nyja zapytała, bo to jest właśnie to, czego mi brakowało w tej dyskusji. Mamy tu dużo argumentów za i przeciw, ale mało konkretów o tym, jak zacząć testować sezonowość, nie ryzykując rozwalenia całej praktyki. Celestynka mówiła wcześniej o ustaleniu bazy na początku. Czy to znaczy, że powinno się mieć jedną stałą afirmację, która nie zmienia się sezonowo, i do niej dodawać sezonowe?
