Mam pytanie, które mnie ostatnio blokuje przy afirmacjach. Chcę coś zmienić w swoim życiu, ale sama nie wiem dokładnie co. Wiem, że czuję się nie na miejscu, że coś jest nie tak, że chcę inaczej, ale nie jestem w stanie tego nazwać konkretnie. I jak tu afirmować, skoro nie wiem, co afirmować? Wszystkie przykłady, które znajduję, są bardzo precyzyjne: 'mam świetną pracę', 'jestem zdrowa', 'mam harmonijny związek'. A ja nie wiem, czego chcę. Czy afirmacja w stylu 'żyję w zgodzie ze sobą' ma w ogóle sens, czy to za mało?
To jest jedno z częstszych nieporozumień wokół afirmacji. Wszyscy uczą się ich od tych gotowych przykładów i wychodzi z tego wrażenie, że muszą być jak zamówienie w sklepie. Ale to nie jest jedyna szkoła. Jest cały nurt pracy z afirmacjami przez stan, nie przez cel. Zamiast 'mam świetną pracę' mówisz 'czuję się spokojna w tym, co robię' albo właśnie 'żyję w zgodzie ze sobą'. To działa inaczej, ale niekoniecznie słabiej. Pytanie do Ciebie: skąd to poczucie, że coś jest nie tak? Z jednego obszaru życia, czy tak ogólnie?
Ciekawa dyskusja. Ja na to patrzę trochę z innej strony. W słowiańskich praktykach zamawiania, które mnie interesują, słowo nigdy nie było precyzyjnym zamówieniem. Mówiono bardziej o kierunku, o życzeniu drogi, a nie punktu docelowego. Coś w stylu 'niech mi się dobrze wiedzie' miało swoją moc właśnie przez nieokreśloność, bo nie zamykało możliwości. Nie wiem, czy to rozwiązuje problem Powojki, ale może zmienia perspektywę na to, czy brak konkretności to w ogóle problem.
to jest właśnie sytuacja, w której ogólna afirmacja stanu ma więcej sensu niż konkretna. Jak nie wiesz, gdzie jedziesz, to nie planujesz trasy do Krakowa. Idziesz w kierunku, który czujesz. 'Czuję się coraz bardziej sobą', 'wiem, czego chcę' albo nawet 'pozwalam sobie to odkryć' to są działające afirmacje w tym stanie. Nie muszą wiedzieć, co konkretnie mają przyciągnąć.
A nie zastanawiałyście się, czy próba afirmowania czegoś w środku napadu paniki w ogóle ma sens? Pytam, bo znam kilka osób, które próbowały i mówiły, że to zupełnie nie działa, albo nawet irytuje. Jakby ciało było tak nakręcone, że jakiekolwiek słowa nie przebijają się przez ten szum.
Czyli rozumiem, że w szczycie stresu afirmacja słowna może nie dojść do celu, ale co zamiast tego? Czy jest jakaś forma afirmacji, która działa właśnie wtedy, kiedy jesteś rozbita?
A jak w ogóle ustawia się taką kotwicę? Przepraszam, że pytam o podstawy, ale to dla mnie nowe. Czy chodzi o to, że jak jest dobrze, to celowo powtarzasz to słowo, żeby umysł je zapamiętał z dobrym uczuciem?
Wracając na chwilę do początku wątku, bo myślę, że to się łączy. Powojka pisała o braku konkretnego celu, a tu mówimy o panice i stresie. Mam wrażenie, że obie sytuacje mają wspólny mianownik: afirmacja nie może działać, jeśli nie masz kontaktu z tym, co czujesz w danym momencie. Czy to brak wiedzy o sobie, czy chaos emocjonalny, efekt jest podobny. Słowa lecą obok.
to, co opisujesz z tym oporem fizycznym, jest ważne. Ciało mówi ci, że afirmacja nie trafia, bo jest niezgodna z aktualnym stanem. To nie jest wada, to informacja. Zamiast walczyć z tym oporem, spróbuj go potraktować jak punkt wyjścia. Co czujesz, kiedy pojawia się ten opór? Bo to może być ważniejsze niż sama afirmacja.
to nie jest sabotaż, to jest wewnętrzna spójność. Jeśli mówisz 'jestem spełniona' i czujesz 'to nieprawda', to twój system nerwowy reaguje na niezgodność. Właśnie dlatego afirmacje w stylu 'jestem już tam, gdzie chcę być' często nie działają przy głębszym dyskomforcie. Pytanie jest takie: czy chcesz zmienić przekonanie, czy chcesz ogarnąć kierunek? To dwie różne prace.
Słucham tej rozmowy i zastanawiam się, czy nie ma tu jeszcze jednej warstwy. Mówicie o oporze jak o czymś, co trzeba ominąć albo osłabić. A w tradycyjnym zamawianiu słowiańskim opór nie był problemem, bo zamawiający nie zamawiał dla siebie, mówił za kogoś lub w czyimś imieniu. Słowo szło w świat, nie do własnej głowy. Ciekawi mnie, czy zmiana perspektywy z 'mówię do siebie' na 'mówię w przestrzeń' zmienia cokolwiek w tym odczuciu oporu.
Mam pytanie do tej całej dyskusji o oporze. Wy mówicie o 'ciele', 'systemie nerwowym', 'wewnętrznej spójności'. Skąd wiadomo, że ten opór to nie jest po prostu zdrowy rozsądek, który mówi 'ta technika jest bez sensu'? Nie bronię sceptycyzmu na siłę, ale chcę zrozumieć, jak odróżniacie sensowny opór od tego, który 'przeszkadza'.
A co z tym, o czym pisała Ninka_73 wcześniej, że podczas napadu paniki afirmacje w ogóle nie przechodzą? Nie wróciłyśmy do tego. Czy to znaczy, że jeśli ktoś ma bardzo silny lęk i głównie wtedy próbuje afirmować, to ta praca jest od razu skazana na niepowodzenie? I jak w takim razie w ogóle zacząć?
Wróćmy do Powojki, bo to właściwie jej wątek. Mamy tu trochę różnych ścieżek, kotwice, rytm zamiast przekonywania, afirmacja stanu. Która z tych rzeczy według was najlepiej pasuje do sytuacji, kiedy ktoś nie wie, czego chce? Bo każda z tych metod wymaga chyba jakiegoś punktu wyjścia.
Właśnie to mnie nurtuje od początku tego wątku. Słucham was i widzę, że każda metoda ma sens w jakimś kontekście, ale ja nadal nie wiem, od czego zacząć, kiedy nie mam punktu wyjścia. Czy to może być samo w sobie afirmacja, 'szukam swojego kierunku' albo 'pozwalam sobie nie wiedzieć'?
'pozwalam sobie nie wiedzieć' to jedna z niewielu afirmacji, przy której nie ma zwykle oporu, bo jest prawdziwa. Nie twierdzisz, że masz odpowiedź, twierdzisz, że nie musisz jej mieć teraz. Dla mnie to brzmi jak dobry punkt startowy właśnie w takiej sytuacji.
Ale jak odróżnić, że coś 'się układa' od tego, że nic się nie dzieje i po prostu sobie powtarzamy zdanie? Serio pytam, bo nie mam pojęcia, czy da się to jakoś poczuć, czy sprawdzić.
Czytam to wszystko i mam poczucie, że mnie to dotyczy bezpośrednio. Ta cisza, którą opisuje Radomir, to coś, co rozumiem. Mam ją od jakiegoś czasu. Nie wiem, czy to spokój, czy znieczulenie. Może właśnie dlatego szukam jakiejś afirmacji, bo liczę, że uruchomi coś, co samo nie chce ruszyć.
A może zamiast afirmacji najpierw sprawdzić, co to za cisza? Bo afirmacja wrzucona w znieczulenie może po prostu nie trafić w nic. Albo trafić w coś, czego nie chcesz ruszyć na siłę.
Nie jedyna, ale jedna z niewielu, które można zacząć bez jasnego kierunku. Pisanie działa podobnie, takie swobodne, bez celu. Ruch ciała też. Ale afirmacja ma tę przewagę, że jest krótka, da się ją powtarzać w bardzo złych momentach, a pisanie czy ruch wymagają trochę więcej siły.
To jest ważne, co mówi Czesia61, bo czytam ten wątek i widzę, że cały czas zakładamy, że człowiek ma jakieś minimum zasobów, żeby zacząć. A co jeśli nie ma? Czy afirmacja może w ogóle temu zaradzić, czy to jest technika dla kogoś, kto jest już w miarę stabilny?
Wracam do wątku Powojki, bo jej sytuacja to nie jest kryzys w tym sensie, o którym mówicie. Tu chodzi o brak kierunku, nie o brak zasobów. Czy macie jakieś konkretne przykłady afirmacji, które komuś pomogły, kiedy ten ktoś nie wiedział, czego chce? Coś poza 'pozwalam sobie nie wiedzieć', które już padło.
Ta afirmacja, którą podała Werbena, jest szeroka, ale właśnie dlatego może być bezpieczna. Mam pytanie do Powojki: czy próbowałaś ją powiedzieć na głos? Bo jest różnica między czytaniem zdania a wypowiedzeniem go. Chodzi o to, że głos uruchamia coś inaczej niż samo myślenie.
Nie, jeszcze nie próbowałam mówić na głos. Trochę głupio mi, szczerze. Mam wrażenie, że jakbym rozmawiała sama ze sobą i jeszcze do tego nie wiedziała, co chcę powiedzieć.
Ten opór, który opisuje Powojka, jest bardzo konkretną informacją. Nie 'głupie mi', tylko 'coś we mnie nie chce tego wypowiedzieć'. To nie jest przeszkoda techniczna. To jest właśnie ten punkt, od którego warto zacząć, bo on mówi gdzie jest napięcie.
Ale zaraz, czy to nie sprawia, że afirmacja staje się rodzajem terapii, a nie po prostu techniką powtarzania? Pytam, bo miałam wrażenie, że afirmacje działają właśnie przez mechaniczne powtarzanie, bez analizowania każdego słowa.
To mnie ciekawi, bo właśnie zakładałam, że im bardziej coś powtarzam, tym bardziej zaczynam w to wierzyć, nawet wbrew sobie. Czy to nieprawda? Gdzieś czytałam, że właśnie na tym polega ta technika.
