Chcę poruszyć coś, o czym rzadko się tu mówi wprost. Afirmacje motywacyjne są wszędzie - na kubkach, w aplikacjach, na Instagramie. Ale czy ktoś z was uczciwie sprawdził, czy powtarzanie 'jestem zorganizowana, działam teraz, nie odkładam' faktycznie zmieniło coś w zachowaniu? Bo z tego, co śledzę w badaniach, obraz jest niejednoznaczny. Są osoby, którym afirmacje pomagają zacząć działać, ale jest też spora grupa, u której intensywne powtarzanie pozytywnych stwierdzeń daje odwrotny efekt - mózg rejestruje stan jako już osiągnięty i odpuszcza. To zjawisko opisywane przez Gabriele Oettingen jako 'positive fantasizing'. Ciekawa jestem waszych konkretnych doświadczeń, nie teorii z internetu.
Akurat o tym myślałam ostatnio, bo sama używam afirmacji od jakiegoś czasu i mam mieszane odczucia. Z jednej strony czuję się rano lepiej, spokojniej - ale czy to przekłada się na odkładanie mniej zadań? Szczerze? Niekoniecznie. Mam wrażenie, że afirmacje działają bardziej na nastrój niż na konkretne działanie. Ale może źle je stosuję, bo powtarzam je wieczorem przed snem, nie rano.
A czy można to łączyć? Tzn. afirmacje rano plus to planowanie konkretne? Czy jedno nie niweluje drugiego?
Ale czy nie jest tak, że skoro afirmacje zmieniają nastrój, to pośrednio też wpływają na odkładanie? Bo jak mi się dobrze nie chce działać, to rzadko zaczynam. Chyba że chodzi o te dni, gdy czuję się świetnie, ale i tak nic nie robię - to wtedy afirmacje na pewno nie pomagają?
A jak długo trzeba powtarzać, żeby w ogóle cokolwiek poczuć zmianę? Bo słyszałam o tych 21 dniach, ale nie wiem czy to prawda.
254 dni?! To brzmi jak wieczność. Czy naprawdę nie ma szybszego sposobu? Pytam serio, bo mam projekt do skończenia i odkładam go od tygodni.
Myślę, że źle rozumiesz cel. Afirmacje nie są po to, żeby naprawić prokrastynację natychmiast. Raczej chodzi o to, żeby zmieniać to, co sama o sobie myślisz na co dzień. Jeśli głęboko wierzysz, że 'jestem osobą, która zawsze odkłada', to żadna technika nie zadziała długoterminowo. Afirmacje próbują zmienić to przekonanie u podstaw.
Pytająca afirmacja? Nigdy o tym nie słyszałem. To nie jest wtedy zaprzeczeniem samej idei afirmacji? Bo afirmacja to chyba z założenia twierdzenie, nie pytanie.
Okej, to ma sens. Ale jak mam wyczuć, której formy użyć? Czy to jest kwestia próbowania, czy jest jakiś sposób żeby to ocenić z góry?
Ale ja jak powtarzam afirmacje, to nie obserwuję siebie, tylko po prostu mówię i tyle. Czy to znaczy, że robię to źle?
To znaczy, że afirmacja jest rodzajem testu na to, w co wierzę?
A czy to nie jest trochę smutne? Że afirmacje nie zmieniają, tylko pokazują, że coś jest nie tak? Ja to trochę inaczej sobie wyobrażałam.
Dobra, ale to mnie zastanawia: jeśli afirmacje mogą pokazywać nasze przekonania, to czy to znaczy, że treść afirmacji powinna być dobrana do tego, co chcemy zbadać, a nie tylko do tego, co chcemy osiągnąć?
Przepraszam, że wchodzę z boku, ale mam pytanie do wszystkich: czy ktoś z was prowadzi jakiś zapis tego, jak reaguje na różne afirmacje? Bo to, co opisujecie, wydaje się trudne do śledzenia bez notatek.
A ja mam inne pytanie - czy w ogóle warto tracić czas na analizowanie, czy afirmacje działają, skoro i tak trzeba je po prostu spróbować? Może to jest za dużo myślenia o czymś, co powinno być proste?
A jak niby mam wiedzieć, czy to 'głęboko zakorzenione przekonanie' czy tylko zwykły nawyk? Skąd to się w ogóle wie?
Przepraszam że wchodzę z innej strony, ale mam wrażenie że w tej rozmowie zakładamy, że każdy potrafi obserwować swoje reakcje wewnętrzne. A co jeśli ktoś naprawdę tego nie potrafi? Czy afirmacje mogą w ogóle pomóc komuś, kto nie ma tej umiejętności, czy raczej wymagają, żeby ją najpierw rozwinąć?
Poczekajcie, bo się trochę zgubiłam. Mamy teraz dwa wątki naraz: czy afirmacje wymagają samoświadomości, żeby działać, i czy same mogą samoświadomość budować. To są chyba dwa różne pytania?
A co jeśli ktoś zaczyna od afirmacji właśnie dlatego, że nie wie nic o sobie i chce to zmienić? Czy to w ogóle dobry punkt wyjścia, czy lepiej zacząć od czegoś innego?
U mnie tak właśnie było. Nie zaczęłam od 'poznam siebie', tylko od 'chcę się lepiej czuć rano'. I dopiero przy okazji zorientowałam się, że mam konkretny wzorzec myślowy, którego wcześniej w ogóle nie widziałam. Nie wiem, czy to jest samoświadomość w pełnym sensie, ale coś tam się otworzyło.
Mam pytanie bardziej praktyczne: czy jest jakiś sens w tym, żeby zmieniać afirmacje, kiedy przestają wywoływać reakcję? Znaczy - jeśli mówiłam coś przez miesiąc i teraz brzmi to neutralnie, ani dobrze ani źle, to czy to znaczy, że 'zadziałało' i mam iść dalej, czy że po prostu się przyzwyczaiłam i straciłam czujność?
A jak w ogóle wiadomo, które tematy są wrażliwe? Mam na myśli zanim się jeszcze zacznie pracować z afirmacjami. Czy jest jakiś sposób żeby to sprawdzić wcześniej, czy raczej człowiek się po prostu potyka?
To 'forsowanie jak taran' jest chyba najczęstszym problemem, który widzę u osób dopiero zaczynających. Masz jakieś obserwacje, co konkretnie sprawia, że ludzie w to wpadają? Czy to kwestia tego, jak afirmacje są opisywane w popularnych źródłach?
Wracając do mojego pytania o neutralność - rozumiem teraz tę różnicę między integracją a habituacją. Ale jak to sprawdzić w praktyce? Ten test Tamarki.2 brzmi logicznie, ale zakłada, że mam już jakąś skalę porównawczą. A jeśli nie pamiętam jak mocno reagowałam na początku?
No ale słuchajcie, ile czasu można poświęcać na analizowanie czy mi się coś skurczyło w żołądku. Ja chciałam żeby afirmacje mi pomogły przestać odkładać rzeczy na później, a tu się okazuje, że do tego potrzeba jeszcze notatnika, dziennika, obserwacji ciała... Kiedy w końcu to ma po prostu działać?
To co powiedział Lucjan82 jest ważne. Czy w ogóle da się odróżnić, co zadziałało, jeśli pracuje się kilkoma metodami jednocześnie? Czy ma sens robić to 'osobno'?
A wracając do tego tytułu tematu - samoświadomość. Czy ktoś tu mówi, że afirmacje *naprawdę* uczą nas znać siebie lepiej, czy raczej wszyscy zgadzamy się, że mogą, ale pod warunkami? Bo ja przez ostatnią część rozmowy straciłam wątek główny.
